Pogoda szara i ciepła. Na kasztanowcu kwitnącym nad przystankiem od rana pracują pszczoły. Kochany znowu wyjechał o bardzo wczesnej porze; doturlałam się do Centrum zwyczajowo, z porannym postojem w kawiarni. I proszę, bezosobowe pogodynki wieszczyły, że będzie padało, a tu wcale nie, goretex ciążył na plecach, gdy czekałam na Kochanego pod zamkniętym na głucho M&S. Zaczynam długi weekend, jednak wizyta nastolatki poważnie zacienia tę przyjemną myśl. Nie jestem przygotowana, logistycznie (w domu ciastno i nieład, mnie nie przeszkadza, ale gość zmusza do spojrzenia na świat choć przez chwilę jego oczami, a ja nie mam na to ochoty) oraz mentalnie (czy zamiast tego mógłby być kot na przechowanie?). Ze sprzątania wynikają jednak dobre rzeczy, np. odkleiłam z sufitu łazienki trzy zimujące tam ślimaki, które się coś zagapiły, i zaprosiłam je do ogródka, i podłoga jest teraz jakby jaśniejsza oraz trochę jej więcej). Całkiem ładnie to wygląda, chociaż stres też jest (skąd wiadomo? zjadłam przeterminowany serek waniliowy, bardzo dobry).
Przylot miał być trochę po północy, tymczasem wiemy, że samolot będzie spóźniony przynajmniej o pół godziny. Kochany jutro pracuje, więc próbuje złapać z godzinę snu. Czuwam.
Bawcie się dobrze :) U mnie w sobotę będzie znajoma (ze swoimi koleżankami), ale taki ma plan zwiedzania bogaty, że nie wiem, czy w ogóle zajdzie do mieszkania (dlatego w ogóle sobie darowałem sprzątanie na przyjęcie gości :D ), czy może od razu zapakuje do samochodu i zabierze na objazd okolicy.
OdpowiedzUsuń@Dariusz, powinnam Ci była napisać, żebyś i Ty bawił się dobrze, ale sobota właśnie minęła, więc mogę jedynie wyrazić nadzieję, że było tak, jak sobie wymarzyłeś :)
Usuń