Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Justina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Justina. Pokaż wszystkie posty

środa, 18 marca 2026

2283. Przedłużone wakacje.

Od rana walczyłam z małą akuratnisią siedzącą w środku Świechny. Wzięłam dzisiaj wolne, żeby towarzyszyć Kochanemu u lekarza, ale tydzień temu coś tam bąknęłam pod nosem, że jeśli rano wszystko pójdzie sprawnie, pojawię się w Jamie po południu. Oczywiście łeb sobie zapamiętał i zamartwiał się bzdurami. Gdy się okazało, że wizyta odbyła się o czasie, wbrew akuratnisi wysłałam wiadomość, żeby na mnie nie czekali. Przywitaliśmy się z Justiną, która dla nas przerwała swoje bardzo ważne rzeczy, po czem zamiast wracać do pracy, chodu na miasto stołeczne. 

Zaparkowaliśmy pod Merrion Square i zaczęliśmy zmierzać w kierunku Dawson Street. Po drodze kupiłam mężowi kaszkiet Mucros Weavers, w miejsce gołębiego Wigensa zgubionego kiedyś tam hen na lotnisku. Skoro Dawson st, to Hodges Figgis, Tower Records i Caffè Nero. 

W pierwszym miejscu są oczywiście wszystkie książki, w drugim wszystkie płyty, minęliśmy też wielkanocnego zajączko-króliczka ;)

Na pierwszym zdjęciu notatniki holenderskiej firmy Blanks. Najpierw myślałam, że to używane książki i rzeczywiście, okładki są stare, za to w środku czyściutkie kartki wszyte w te stare okładki. Pomysł ciekawy, ale mam ambiwalentne odczucia — szkoda mi tego, co było.

Wracając do porannej wizyty: profesor B przywitał nas, pokazał skany i powiedział, że nic to. Wyniki są dobre, następna wizyta na jesieni. 

Gdy przed drugą w końcu zajechaliśmy do Drołdy (kiwałam się na boki i zapadałam w zadowolone mikrosny), wszyscy już dawno opuścili Jamę. I bardzo dobrze, o to się rozchodziło. Przygotowałam kosze na jutro, wykasowałam głupie emilki, przeczytałam ważne emilki, wydrukowałam parę papierów, zadzwoniłam do szefowej, w końcu z nudów wybrałam się z biura do Biura, po jeden świstek papieru, który był tylko pretekstem do spaceru przez stare, brudne miasto, które lubię. Dzięki spacerowi odkryłam, że niedługo na miejscu znikniętej burgerowni (żalu brak) otworzy się duża suszarnia. Szefowa zdybała mnie na ulicy, zaprosiła do siebie, rozmawiałyśmy o potencjalnym transferze mojej osoby do innych usług. Po drodze jest mnóstwo niewiadomych, więc to tylko niezobowiązujący zapis wymiany myśli, oddechu nie wstrzymuję.

W domu obiad, telefony, telefony (rozmawiałam z mamą, Kochany zadzwonił do świekry z dobrą nowiną zdrowotną oraz do kuzyna, żeby go w końcu poinformować, że jesteśmy zbyt omotani rzeczywistością i na ślub nie przylecimy) oraz oglądanie filmu na dvd: Chłopi (2023).

piątek, 14 lutego 2025

1886. Wyprawa szpitalna 2.

Czyli Walętego.

Gdy wróciłam z łazienki, żeby wybrać z szuflady skarpetki "na dzisiaj", Kochany bardzo zadowolony wskazał mi worek z napisem Merry Christmas leżący na łóżku. W środku była kurtka z goretexu w moim kolorze (kolor winny; Sprayway), dzianinowa spódnica w czarno-białe pasy (Polo Ralph Lauren, można, a może nawet trzeba, nosić ją jako sukienkę) i punkowy płaszczyk z lnu (Majestic Filatures), taki z rozwiewanymi połami, bez guzików. Nie możesz dziewczynie kupować tyle rzeczy! mówię ja. No wiadomo, łaskawie zgadza się on, dlatego kupuję tylko najpotrzebniejsze. I taka to jest rozmowa z chłopakomężem. Walentynkowo zrobiłam mu poranną kawę.

Początek dnia był dla Freda nieszczególnie rewelacyjny, bo około pierwszej po południu mąż miał pobranie krwi i musiał na czczo przegibać do tej godziny. Pogoda wstrętna, przy (moim) śniadaniu zaczyna padać, czyli wiadomo już, że outfit na ogaconego Paddingtona został powtórzon. Naprawdę uwielbiam ten plecaczek (prezent od sąsiadki, ekologiczny, bo zrobiony z recyklingu plastikowych butelek):

Zawartość na dzisiaj: mały portfel, piórnik, telefon, czytnik do książek, krem z korektorem, korektor, etatowe perfumy, klucze, szminka, rękawiczki z palcami, paczka chusteczek. Kiedy idę do pracy, mieści mi się w nim również kubek termiczny.

Najpierw Kochany chciał zobaczyć dziwny parking lotniskowy, z którego kiedyś będziemy korzystali. Jest, istnieje, ale nigdy więcej takiego zawracania głowy. Potem do szpitala, parking cyk, do pobierania krwi cyk, i tym razem wszystko przed czasem i bez perturbacji (tylko Kochanie musiał sobie rozgrzewać żyły pod ciepłą wodą, bo wszystkie gdzieś poznikały). Na wychodnym kilka sekund rozmowy z Justiną, która zabroniła Fredowi wracać do szpitala w charakterze pacjenta. Kochany naprawdę chce przestrzegać tego zakazu.

Do czego przydaje się pisanie dziennika? Chociażby do tego, żeby sprawdzić, co to była za mała dziura, gdzie pysznie karmili, gdy siedem lat temu zawitali do nas Andrju z Natką, włóczyliśmy się po Dublinie i na cito trzeba było coś zjeść. Da Mimmo na Taobh Ó Thuaidh. Zjedliśmy dania od włoskiej mamusi, miejsca na kawę i deser po czymś takim ani hu hu.

U Freda penne salsiccia e funghi, przede mną na talerzu ravioli ricotta e spinachi w sosie pomidorowo-parmezanowym.

W drodze do domu Fred odebrał telefon od Elizabety, więc smętno-deszczowa trasa częściowo upłynęła mi na sennym dosłuchiwaniu rozmowy męża z przyjaciółką przyjaciela o dolach i niedolach ludzi w wieku średnim.

W domu, po wypiciu dwóch herbat, walnęłam się na drzemkę, Fred również i tak sobie drzemaliśmy przez dobrą godzinę. Dzisiejsze podkarmianie Junony było dłuższą wizytą miziano-walentynkową: zasiedliśmy przed tv, kotka przyszła się połasić, obejrzała z nami Prostą historię o morderstwie (2016) Arkadiusza Jakubika.

środa, 28 lutego 2024

1535. Wszystko dobrze.

Budzik był nastawiony na szóstą, ale jeszcze dwadzieścia minut turlaliśmy się po łóżku mrucząc straszliwie, jak budzące się z zimowego snu niedźwiedzie. Pomogło mało, wreszcie to ja byłam dzielniejsza (oraz niewyspana; drugą noc z rzędu męczyły mnie ciężkie sny, których nie chciałam zapamiętać) i pierwsza dotknęłam stopą podłogi, żeby nam obojgu zrobić poranne napitki. 

Rysio by napisał to był dzień o nazwie środa. Nie mogłam się go doczekać. Wyjechaliśmy o ósmej; u lekarza mieliśmy być na 9:20, i tym razem o dziwo do dziesiątej było po wszystkim. W poczekalni nikoguchno. Miła dziewczyna (długie, czarne włosy, duży tyłozgryz) pokonwersowała z Fredem chwilę i zaprosiła go na konsultacje za rok. Przed wykaraskaniem się z okolic szpitala Beaumont mieliśmy nawet czas i ochotę zajść na szybkiego do głównego budynku, żeby przywitać się z Justiną.

Naprawdę chciałam znaleźć Luke'a, więc przemieściliśmy się naszym autkiem do Glasnevin i zaparkowaliśmy pod lokalnym Woodisem. Tylko weszliśmy na St. Paul's, a Fred prawie natychmiast wskazał grób, włala:

Na dodatek tak się złożyło, że do grobu obok podeszła starsza pani. Mówiła interesującym, twardym akcentem, zaraz okazało się, że pochodzi z Niemiec, ma na imię Ingeborg i jest panią Kelly. To zapewne żona leżącego obok Williego, chociaż już nie wypytywałam. Fred uważa, że może być jedną z sierot wojennych przygarniętych przez Irlandczyków. 

Z St. Paul's poszliśmy do głównego cmentarza. Najpierw zjedliśmy w restauracji drugie śniadanie (pyszny quiche z kozim serem, świeżo wyciągnięty z pieca), potem obraliśmy kierunek na ogród botaniczny. Niestety, w palmiarni dwaj panowie właśnie wycinali jakąś roślinność (na zdjęciach przedstawiających kopułę widać wyraźne, że brakuje zieleni, która była tam podczas mojej ostatniej wizyty) i ta część szklarni była niedostępna.






Zajrzeliśmy też do szklarni Krzywoliniowej i nad rzekę Tolkę. Od czasu do czasu Kochany musiał rozkładać nasz duży parasol, ale spacer był przyjemnością.

Resztę dnia (poza krótką wizytą w Lidlu) spędziliśmy w domu, relaksując się po ponad 6 km marszu. Za oknem siąpi. Przed umysłowym zrypaniem i nieprzytomnością ciała ratuję się kawą.
___
edit 21:45 całkiem już pod wieczór Anna zadzwoniła z domu opieki. Coś chyba ten jej pobyt będzie się przeciągał, zobaczymy. Poza tym obejrzeliśmy kolejne streszczenie gniota by mietczynski (tym razem Arche). Ale i tak najbardziej rechoczemy, bo wunsz! wunsz!

piątek, 8 kwietnia 2022

843. Długi dzień.

Późna pobudka, kaszanka na śniadanie, kawa z babcią Manią. Obok mnie śpi Maksio, który każdego ranka, konsekwentnie po naszej pobudce właził nam do łóżka, przytulał się i zasypiał (taki jego savoire-vivre). Pościel już złożona do prania; Fred pokaże tacie jak działa nasz stary-nowy samochód; zbieramy się w sobie.
___
edit 9:00 dnia następnego, gdyż dzień słusznie długim został nazwany. Wylecieliśmy po północy, spóźnieni. Do stolicy Irlandii dotarliśmy o drugiej czasu lokalnego, w domu byliśmy przed czwartą rano. Zanim do tego doszło, spędziliśmy ostatnie chwile w Polsce tarmoszącza uszy różnych mieszkańców i popijając trunki, np. wspomnianą kawę z babcią Manią.

Moi rodzice w asyście Maksia odwieźli nas na lotnisko. Nie posiedzieli z nami przed dalszą drogą właśnie ze względu na psa, który z powodu rasizmu musiał pozostać w samochodzie. Przepakowaliśmy tylko walizki zostawiając w Polsce Fredowy album ze zdjęciami z przełomu lat 60/70tych (stanowił zbyt duży balast). Już przy bramce zaczepiła nas mała Justina, która też wracała z matczyzny (z partnerką), referowaliśmy jej trochę gdzie, co i dlaczego naszej wizyty. W locie (samolot pełen, na szczęście ludzie w większości zmęczeni i nienarzucający się) szybko dopadła mnie senność, przez to solidnie zbudowany, włochaty steward roił mi się jako jeden z bohaterów Przelotnych kochanków Almodovara (trwałam w nadziei, że zacznie tańczyć, ale nic z tego). Po wejściu do domu wzruszenie — kot siedział zaspany w pościeli, wprawdzie na moment wybiegł na dwór, jak to on, ale zaraz wrócił, zjadł ulubiony pasztecik i zasnął obok nas, wcześniej długo pomrukując w ciemności.

środa, 23 lutego 2022

799. Krajobraz szpitalny.

Budzik zawrzeszczał nam o siódmej, zwlekliśmy się powoli i powoli się rozbudzaliśmy. Fred miał wizytę niby o 10:40, do stolicy kawałek, ludzi mnóstwo, na parkingu wolne miejsce znalazło się dopiero na drugim piętrze. W onkologicznym budyneczku przywitanie przemiłe, ręce zdezynfekowane, mierzenie temperatury i informacja o matce, która ma wprawdzie na imię Winifred, ale za to na drugie ma tak jak ja. W ogóle większość sra tu tęczą, dlatego kocham ten kraj.



Czekaliśmy ponad półtorej godziny (mąż nucił mi w tym czasie motywy m.in. z Reksia i Porwania Baltazara Gąbki). Młody lekarz w różowych skarpetkach w zwierzątka zakomunikował Fredowi, że wszystko jest grand, nie ma śladu skrorupiaka na ct scanie ani we krwi oraz obmacał Kochanego od pasa w dół i zasugerował, że te bóle w kolanie to może być romantyzm, czyli SKS. Będzie się jeszcze ktoś przyglądał za jakiś czas, po MRI biodrowo-kolanowym. Za to od ręki da się zrobić pana Röntgena, więc z kanciapki onkologicznej przeszliśmy do głównego budynku, gdzie spotkaliśmy malutką Justinę. Wiele o niej od Freda słyszałam, chyba dobra dusza, czułe ma usposobienie i cieszy się na widok mojego męża, nieleżącego, przebierającego nogami. Może będzie okazja się kiedyś spiknąć. Ona jednak w pracy, a my, myk myk, zeszliśmy do podziemia. 


Czekanie na rentgen krótkie (nawet nie wyciągnęłam książki, wolałam poprzyglądać się ludziom). Wychodząc nie spotkaliśmy już Justiny, kawa z nią będzie innym razem. W międzyczasie mijało nas na korytarzach i w poczekalniach wiele trudnych przypadków, wiele cierpienia. A jednak ... lubię tego molocha, tutaj uratowano Fredowi życie.


Ruszyliśmy ku tęczy zatrzymując się dopiero w Drołdzie. Po kawie Wiadomo Gdzie zajechaliśmy na krótkie zakupy po których mam od Freda dwa prezenty (rudą, jedwabną kamizelkę Majestic Filatures i niebieskawą, lnianą koszulę Sigrid Olsen), a od siebie tescowe witaminy na wiosnę (wit. D i zestaw z wit. C + cynk i selen) oraz książkę Catherine Corless o dzieciach z Tuam.

Gdy siedzieliśmy przy kawce odezwał się mechanik z nowiną, że zamiast pierniczyć się z częściami może lepiej wymienić bojler na nowy. Musi pomyśleć, czyli dzisiaj z wizyty i naprawy nici.

W temacie książkowym, słusznie uznałam, że czytanie o psie mnie odblokuje czytelniczo — Tristram bardzo dobrze mi się kartkował w poczekalni onkologicznej, może oświecenie to odpowiednia epoka na takie sytuacje? Pomimo hulającego za szpitalnymi oknami wiatru i przedłużającej się w chatce z piernika awarii ogrzewania, dzień był bardzo pozytywny. Wyniki takie, jakich sobie życzyliśmy, towarzystwo wzajemne wspierające, spotkanie Justiny (jeszcze jednej Polki, która nie wraca) krzepiące. Po obiedzie dokończyliśmy powtórkę drugiego sezonu Ojca Teda. Gra nam Rory z jednej ze swoich płyt live. Prysznic i wracam do czytanki.