Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cmentarz Glasnevin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cmentarz Glasnevin. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 maja 2024

1601. Powtórka z Dublina.

Nie zerwaliśmy się do śniadania od razu, siedzieliśmy w łóżku popijając pierwsze poranne napitki z nowych kubków. W takiej pozycji zadzwoniłam też do mamy, która akurat przeglądała stare papiery i wyrzucała niepotrzebności, np. wyciągi z mojego nieistniejącego konta. Przy okazji wyłowiła starą pracę licencjacką z WSF-u: Działalność kartograficzna i pisanie jako motywy kolonialne w "Jądrze ciemności" Josepha Conrada. Mądre, najs, kiedyś sobie przeczytam :D Rodzice czują się dobrze, w planach niedzielnych mieli sortowanie wielkogabarytowych śmieci i inne pożyteczne sprawy. Niestety, Maksio im choruje, wczoraj był awaryjnie u dochtórki, rodzice próbują go wyleczyć z poważnego zapalenia psiej pupy.

Usz ze Szwagrowskim zapowiedzieli wizytę na wrzesień. Superowo.

Zanim wyjechaliśmy, do naszych drzwi zapukałan Anna. Otworzył jej Fred (akurat byłam w szlafroku i jadłam śniadanie), ale sąsiadka chciała porozmawiać ze mną. Jeszcze raz powiedziała mi, że nie wiedziała o tych ptakach, była w związku z tym pokojowa wymiana zdań. Nie wierzę jej, ale się nie przeprowadzamy, więc relacje sąsiedzkie będą podtrzymane. 

Słonecznie i ciepło, miasto wydawało się nam nieco wyludnione. Najpierw wyjechaliśmy M2 do znanego nam już zakątka w Inchicore na połów polskich książek za 1 lub 2 euro (wycena na oko, na podstawie grubości egzemplarza). Efekt imponujący (to tylko nasz stosik, nastolatka ułożyła sobie własny; Orbitowski dostał się mi za darmo, jako bonus):

Nurkowaniu w makulaturze i czat z bibliotekarką (ta sama pani, co w zeszłym roku, nadal ma pretensje do Tokarczuk) trochę trwało, następnie obraliśmy kierunek na Glasnevin. Po wejściu na teren cmentarza od razu skierowaliśmy kroki do Tower Cafe, gdzie Hana zjadła swój pierwszy w życiu quiche. Spacerując i rozmawiając dotarliśmy do ogrodu botanicznego. Było warto, od naszej ostatniej wizyty miejsce wybujało roślinnością, szklarnianą i każdą inną też.



Hitem ogrodu była feeria rododendronów, wszędobylskie wiewiórki szare, żółw błotny drzemiący na skraju stawu oraz kurki wodne pływające z gromadą kurcząt. A dla mnie jeszcze Kociara, jak wyjęta z kartek Ciemno, prawie noc, nęcąca wiewiórki.

W drodze do domu na dłużej zatrzymaliśmy się w pawilonach Swords, nasz gość chciał zrobić zakupy w Bootsie, my też się z chęcią poplątaliśmy tu i tam (i w końcu nabyłam osłonkę na szczoteczkę). W domu byliśmy po szóstej, ledwo zrobiłam obiad i padłam jak kawka. 

Aplikacja w iPhonie podpowiada mi, że wychodziłam mniej kroków niż wczoraj, mimo to jestem bardziej zmachana. Zapewne dołożyła się do tego cieplejsza pogoda. Regeneruję się, jak mogę (płyny, zajęcia inne, niż przebieranie nogami).

środa, 28 lutego 2024

1535. Wszystko dobrze.

Budzik był nastawiony na szóstą, ale jeszcze dwadzieścia minut turlaliśmy się po łóżku mrucząc straszliwie, jak budzące się z zimowego snu niedźwiedzie. Pomogło mało, wreszcie to ja byłam dzielniejsza (oraz niewyspana; drugą noc z rzędu męczyły mnie ciężkie sny, których nie chciałam zapamiętać) i pierwsza dotknęłam stopą podłogi, żeby nam obojgu zrobić poranne napitki. 

Rysio by napisał to był dzień o nazwie środa. Nie mogłam się go doczekać. Wyjechaliśmy o ósmej; u lekarza mieliśmy być na 9:20, i tym razem o dziwo do dziesiątej było po wszystkim. W poczekalni nikoguchno. Miła dziewczyna (długie, czarne włosy, duży tyłozgryz) pokonwersowała z Fredem chwilę i zaprosiła go na konsultacje za rok. Przed wykaraskaniem się z okolic szpitala Beaumont mieliśmy nawet czas i ochotę zajść na szybkiego do głównego budynku, żeby przywitać się z Justiną.

Naprawdę chciałam znaleźć Luke'a, więc przemieściliśmy się naszym autkiem do Glasnevin i zaparkowaliśmy pod lokalnym Woodisem. Tylko weszliśmy na St. Paul's, a Fred prawie natychmiast wskazał grób, włala:

Na dodatek tak się złożyło, że do grobu obok podeszła starsza pani. Mówiła interesującym, twardym akcentem, zaraz okazało się, że pochodzi z Niemiec, ma na imię Ingeborg i jest panią Kelly. To zapewne żona leżącego obok Williego, chociaż już nie wypytywałam. Fred uważa, że może być jedną z sierot wojennych przygarniętych przez Irlandczyków. 

Z St. Paul's poszliśmy do głównego cmentarza. Najpierw zjedliśmy w restauracji drugie śniadanie (pyszny quiche z kozim serem, świeżo wyciągnięty z pieca), potem obraliśmy kierunek na ogród botaniczny. Niestety, w palmiarni dwaj panowie właśnie wycinali jakąś roślinność (na zdjęciach przedstawiających kopułę widać wyraźne, że brakuje zieleni, która była tam podczas mojej ostatniej wizyty) i ta część szklarni była niedostępna.






Zajrzeliśmy też do szklarni Krzywoliniowej i nad rzekę Tolkę. Od czasu do czasu Kochany musiał rozkładać nasz duży parasol, ale spacer był przyjemnością.

Resztę dnia (poza krótką wizytą w Lidlu) spędziliśmy w domu, relaksując się po ponad 6 km marszu. Za oknem siąpi. Przed umysłowym zrypaniem i nieprzytomnością ciała ratuję się kawą.
___
edit 21:45 całkiem już pod wieczór Anna zadzwoniła z domu opieki. Coś chyba ten jej pobyt będzie się przeciągał, zobaczymy. Poza tym obejrzeliśmy kolejne streszczenie gniota by mietczynski (tym razem Arche). Ale i tak najbardziej rechoczemy, bo wunsz! wunsz!

piątek, 16 lutego 2024

1523. Długi spacer.

Bo nie lubię chodzić z żoną brzydki, stwierdził Fred o poranku, pakując do samochodu ubranie na zmianę. 

Noc była ciepła, pierwszy raz w tym roku wykopywałam się spod kołdry i spałam z gołym tyłkiem na wierzchu. Pomimo nocnej kręciołki obudziłam się o piątej rano całkiem wypoczęta i postanowiłam jechać z Kochanym do Dublina. Z nieba padały jakieś paprochy, bo deszczem trudno to nazwać, raczej mgła lub zbyt niska chmura zawadzająca rąbkiem kiecki o przedmieścia stolicy, gdy z Grechutą jechaliśmy na południe. Byliśmy na miejscu przed ósmą. Kochany udał się do pracy, u mnie zostało trochę czasu do otwarcia wrót, więc poszłam półtora kilometra w przeciwnym kierunku, żeby w kawiarni Costy w południowy Finglasie napić się flat white, zjeść jogurt i poczytać książkę (otwarcie Costy opóźniło się o jakieś pięć minut, ale plan został zrealizowany).

Na wałęsania cmentarno-botaniczne ruszyłam po dziewiątej. Najpierw zaszłam do części cmentarza w Glasnevin nazywanej St. Paul's. Chociaż wiedziałam w którym kwadracie mam szukać grobu Luke'a Kelly'ego, zadanie okazało się trudniejsze niż sądziłam i szybko mnie znużyło. Dałam sobie z tym spokój i ruszyłam w kierunku ogrodu botanicznego, ale przez główne wejście na Glasnevin, którym (kierując się strzałkami) doszłam do płotu granicznego z ogrodem.






 

Palmiarnia i wszystkie inne dostępne szklarnie, kaczki, kurki wodne, rudzik, szum rzeki Tolka ... bardzo przyjemnie spędzony me time. Gdy Kochany zadzwonił, że skończył pracę, przebrał się, kupił szafkę na moje duperele i czeka, właśnie wychodziłam głównym wejściem cmentarnym. Oboje byliśmy już porządnie głodni (obczajałam wcześniej dwie kolejne kawiarnie, w ogrodzie i na cmentarzu, ale żadna mi nie podeszła), więc pojechaliśmy do Blanchardstown na lunch w Milano. Po pizzy kręciliśmy się chwilę tu i tam, mamy parę płyt ze sklepu Golden Discs, Kochany zajrzał do TK Maxxa i kupił sobie spodnie. W drodze powrotnej do domu zahaczyliśmy jeszcze o Costę w Drołdzie (do zielonej herbaty poprosiłam dżem truskawkowy :D, i bardzo słusznie zrobiłam, dżem podpasił). 

Reszta dnia domowa, Kochany chodzi z metrówką i myśli nad jutrzejszym przestawianiem kamieni, mnie rwie mały palec prawej ręki; przeglądam fotki ze spaceru; dla sportu prowadzę w sieci głupią rozmowę o niczym.

sobota, 22 października 2022

1041. Spacer w Glasnevin.

Miałam wczoraj pomysł, żeby jechać do Glasnevin pospacerować po cmentarzu, pogoda była niepewna, więc plan migotał. A jednak! Zjadłam resztki wczorajszego obiadu, skuszeni słońcem ubraliśmy się fikuśnie i wyruszyliśmy około południa. 

W temacie fikuśnych strojów: Fred miał na sobie musztardowe spodnie, granatową koszulę od żony (w delikatne gwiazdki trójramienne), szary pulower z merynosów w jodełkę, tweedowy kaszkiet w kratkę, szaro-granatowy szalik od sąsiadki, niebieskie cielaki i brunatno-bordowy płaszcz w ciemnoszarą pepitkę (to wszystko dyktował mi małżonek), ja założyłam berecik-żołądź, jasnoniebieski sweterek z kaszmiru, sztruksową spódnicę w kolorze rudym, ciemnoszare rajtki, jasnoszare martensy, do tego wełnianą marynarkę w zielonkawo-bordowate esy floresy, bezpalcowe rękawiczki w kolorowe paski, zielony szalik z kaszmiru (miałam jeszcze zielony płaszcz, ale było na tyle ciepło, że się w ogóle nie przydał). 








Oczywiście zaczęliśmy od grobu Michael Collinsa, bo wszyscy zaczynają, potem mi się pomerdało, że leży tutaj Ojciec Ted (a nie, bo w Glasnevin go tylko skremowano), a potem znaleźliśmy rodziców Joyce'a. Następnie rozglądaliśmy się za srokami, szarymi wiewiórkami i barankami przypominającymi bobroprosiaki. Za wiewiórkami w szczególności po tym, gdy przyłapaliśmy jedną, jak ogryzała ludzką kość. 

Po spacerze Kochany był już solidnie głodny. Najpierw pojechaliśmy do Swords, ale Milano miało zarezerwowane stoliki, tyle dobrego, że Fred kupił kocie naklejki, którymi w domu obkleiłam po dziecięcemu prezent dla Anne. Wróciliśmy do Drołdy i obiad został zjedzony w Borzalino (makarony pyszne). A teraz trawimy oglądając zdjęcia, Fred już myśli o organizacji jutrzej pracy, w głośnikach przeboje Janice Joplin.