Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lucjan. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Lucjan. Pokaż wszystkie posty

środa, 27 grudnia 2023

1472. Świąteczne ostatki.


Aliści, trzęsak.



***




Chłodno i słonecznie, powietrze mokre, prawie jak u nas, na wyspie. 
Był spacer z tatą i Maksiem-tropicielem hohoni, była kawa i spacer wokół stawów w mieście (w kawiarni uścisnęłam z się z Narodzonym, kolegą z ex-pracy), oraz kupowanie nowej myszy Logitech (w czasie rozmowy z mamą wyciągnęłam z gniazda odbiornik myszy z którą przyjechałam i nie wiem, gdzie w domu rodziców go odłożyłam). Pakowanie walizek raczej krótkie (mam zwarty sposób zagospodarowywania przestrzeni na wyjeździe). Jeszcze nie śpimy, zwlekamy. 

czwartek, 31 sierpnia 2023

1354. Swojsko.

Zadziwiająco mocno spałam. Kiedy otworzyłam oko Fred już siedział obok, ubrany, zaczytany w sieci i z kubkiem pierwszej kawy z dripa. Tatko wrócił ze sklepu, nakarmił trzodę i pojechał jeszcze raz; specjalnie po to, żeby kupić dla nas swojskiej kaszanki. 


Wyżej poranna fotka z serii "zobacz kotka" (grzbiet Mruczysława, Maciej, nieśmiała Rózia, Miauczysław), niżej więcej kotków (Niunia góruje nad Wojciechem).


Po zjedzeniu śniadania, ciasta, obgadaniu rodziny, umówieniu dentysty i wygłaskaniu paru futrzaków, Fred przeszedł do pisania swoich spraw, ja do wygładzania mgr (ładnie brzmi: wygładzanie, a to raczej zapychanie dziur i poprawianie rażących błędów). Zdjęcia z pracy Kochanego przez ostatnie dni właśnie wleciały na FB, więc mogłam sobie lajkować mężowską pracę twórczą.

Kiedy mama wróciła z pracy we czworo zjedliśmy obiad, potem z Kochanym we dwoje wybraliśmy się do miasta, najpierw na kawę do Kota, potem powstał zamiar spaceru do tężni, a może nawet do lasu bukowego. Już się wykaraskaliśmy z samochodu, już widziałam kaczki na stawie ... na całe szczęście Fred dodzwonił się do Józefa z pytaniem jak mu tam idzie opieka nad kotem. Na szczęście, bo przez to zagadanie stanęliśmy w miejscu i później nie trzeba było daleko wracać do auta. Gdyż taka sytuacja:


Burza przyszła szybko, zasnuła krajobraz deszczem i w takim intensywnym opadzie zaczęliśmy wracać na wieś. Po drodze w nagrodę:


Ochłodziło się, ale nie zrezygnowaliśmy ze spaceru: wyszliśmy do sklepiku po wkłady do zniczy, następnie pomiędzy kałużami zaszliśmy na cmentarz (groby dziadków i cioci). 


Kolacja, gadanie, mama jest zmęczona, więc o dziesiątej wskakuje do łóżka. My jeszcze przy ekranach, komentujemy świat (Maksymilian chrapie; Niunia zajęła stanowisko na rozłożonym i zasłanym tapczanie).

piątek, 16 czerwca 2023

1278. Praca intelektualna nie znosi pośpiechu,

drodzy moi. W każdym razie tak twierdzi dr Pierzasta i wiem, że ma rację. Przed spotkaniem bardzo się stresuję, a po spotkaniu myślę sobie: dam radę. Ale to wieczorem, od szóstej czasu polskiego. Wcześniej byłam w pracy, pokręciłam się też po mieście, zaszłam do B&B po muffinkę truskawkową, więc już znam łysego chłopaka, który do niedawna baristował w Coście, a teraz jest tutaj, prawdopodobnie na miejsce Martaszki (rzucił robotę w poniedziałek, zaczął pracować we wtorek, i słusznie; znamy tę samą menadżerkę, więc nie musimy sobie wzajemnie tłumaczyć). Po obiedzie Kochany wskoczył do łóżka i razem z kotem przespał burzowe popołudnie (padało i temperatura spadła, ale i tak nic się nie chce), a ja tymczasem, jak wspomniałam, nasiadówka seminaryjna. Później rozmawiałam z mamą (Lucjan jednak nie może mieszkać w domu, bo napiernicza się z innymi kotami; trudno, dostał ofertę, nie dał rady ze swoją osobowością, coś jak u ludzi), trochę tłumaczyłam akty urodzenia/ślubu/zgonu z rosyjskich bazgrołów ręcznych na niebazgroły angielskie (po nudnym przerzucaniu tekstu z programu do programu rozumiem 20-40%, w zależności od poziomu bazgrolenia) i ogólnie wietrzyłam umysł po stresie.

środa, 7 czerwca 2023

1269. Ogarniam się.

O poranku wszyscy byliśmy lekko rozmiękczeni. Fredowi też niewiele się chciało, a Ryszard stał na środku Kuchniosalonu jak nieszczęście i musiałam go zanieść do miski, żeby zaczął spożywać. Ojadłam się kanapek z truskawkami i ruszyłam do pracy na dziewiątą trzydzieści. 

Po powrocie (Fred wywiózł mnie z miasta, wcześniej byliśmy na kawie w Czarnej) na oparciu krzesła zastałam śliczny płaszcz Ganta, dwustronny (w kolorze szarym i ciemnogranatowym), dla mojej osoby. Będzie na jesienną Polskę.

Była dłuższa pogadanka z rodzicami. Najpierw zadzwoniłam z zapytaniem do mamy, czy by nie miała ochoty wybrać się na wyprzedaż porcelany po Krzysztofie w Wałbrzychu. Od słowa do słowa zaczęliśmy rozmawiać o nowym kocie, oficjalnie Miauczysławie, ale całym czarnym z żółtymi ślepiami, więc jak dla mnie Lucjan. Lucjan będzie kastrowany w piątek. Niefart ... w związku z tym wyprawa po dobra Krzysztofa pewnie nie zaistnieje. Z kota przerzuciliśmy się na genealogię i tutaj włączył się tatko. Chcąc nie chcąc (ale bardziej chcąc) otworzyłam drzewo i dopisałam kilka nazwisk oraz spędziłam nad tym więcej czasu niż należało. Ale ogarniam się już. Chyba. Na to wygląda.