Szara niedziela, z biegiem godzin coraz duszniejsza. Wyturlaliśmy się z łóżka, żeby śniadać, pić dobrą kawę (w Kocie Fred kupił Indonezję o nazwie Sumatra Gayo), i zerkać na odcinek Columbo (lubię zwracać uwagę na role poboczne i sprawdzać nazwiska twarzy, które skądś znam: tym razem Grant Heslov). Po wczorajszej eskapadzie popołudniowej, dzisiaj zostałam w domu, a Fred wyjechał do Kota na spotkanie ze znajomym (wracającym do Kalisza z Wro). W czasie mężowskiej nieobecności skończyłam czytać Corneille'a (Siedmioróg, 1996).
Wyciągnęłam mamę na spacer na cmentarz. Przywitałyśmy się z paroma znajomymi (zmarłymi, oczywiście) i tym razem zaszłyśmy aż do części dla dzieci. Po powrocie gmerałam w garażu w poszukiwaniu plecaka i butów na góry. Przy okazji zerknęłam na archiwizowane tam papiery i odkryłam, że mam jeszcze jednego Coetzee'ego (Lato), oraz że dostałam książkową nagrodę za najlepszą pracę maturalną z polskiego. To ostatnie pokazuje jak dziwnie działa moja głowa. Ludzie pamiętają tematy swoich prac maturalnych, nawet, gdy były niewiele warte, tymczasem mój mózg po prostu zamyka takie rzeczy na klucz i nie chce ze mną o nich rozmawiać (książka Alison Lurie, Sprawy zagraniczne). Jeszcze lepsze było odkrycie notatek z ilustracją w tomiku Rękodzieło myślenia Heideggera. Nie pamiętam, abym pisała ten tekst, ale widzę, że to moje pismo i mój szkic.
Kochany wrócił, gdy z rodzicami jadłam obiad na zewnątrz, i szybko nadrobił grafik dnia ;) Oczywiście, po posiłku poszliśmy na spacer robiąc kółeczko do babci Mani.
W temacie planów na nowy tydzień, znalazły się kijki (już zaczynaliśmy myśleć o kupnie nowych), poza tym w końcu potwierdzono nam rezerwację noclegu w Domu Śląskim, czyli trasa została przypieczętowana. Wiemy też, gdzie jesteśmy jutro. Jutro jesteśmy gdzie indziej. Resztę dnia poświęciłam na wylegiwanie się w zachodzącym słońcu na ławce przy furtce, rozmowy, głaskanie zwierzaków i zjedzenie kolacji. Spakowałam plecak i martwię się, że nie mam tego, co powinnam mieć. Jutro trzeba przejrzeć zawartość od nowa.