Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mruczuś. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Mruczuś. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 lipca 2026

2405. Przedostatni.

Najlepiej śpi mi się nad ranem ... pewnie dlatego, że wtedy jest najchłodniej ... budzi mnie głos mamy obwieszczający, że jadą z tatkiem na targ i wrócą niebawem.

Wyskrolowałam wiadomość o śmierci pani z wrocławskiego "antykwariatu z kotem" (Małgorzata Chabińska-Piątek). Zeszłej soboty zatrzymałyśmy się z mamą przed ich witryną. Dwa lata temu przechodziliśmy obok z Kochanym, natknęliśmy się na panią Małgorzatę, zamieniłyśmy kilka słów o imionach towarzyszących jej zwierząt, o Dantem. Człowiek mi nieznany, mimo to osad zaskoczenia przemieszanego z niepokojem.

Po śniadaniu flaneryzm: Kot i park zdrojowy. Poobiednio około piątej (słońce nadal grzeje) spacer z Kochanym na cmentarz.

Koty rodziców dzielą się na residentes i visitantes. Do tych pierwszych należą niewychodzący Niunia, Wojciech i Józia, wychodząco-domowi Rózia, Rozalka, Gosia i Zofia oraz Mruczysław ogrodowy. Miauczysław i Filemon chyba też liczą się jako mieszkańcy ogrodowi, choć ich status jest nadal uchodźczy. Wśród visitantes są dwa czarne koty (w tym jeden kulawy) oraz jeden czarno-biały.

Rozalka z Gosią Psem

Jeden z bezimiennych visitantes

Miauczuś residente podczas obiadu w ogrodzie

Residentes: Rozalia, Mruczysław, Róża, Zofia

Uaktualniłam wiedzę na temat grobów zwierząt w ogródku na tyłach domu (zdjęcia z odręcznymi notatkami; las rośnie). Objadłam się fasolką. Pokręciłam w obejściu. Zadzwoniliśmy do świekry z życzeniami. Fred już ustalał, kiedy zobaczymy się ze Stu, ale hamuję piętą, nie czuję potrzeby pakowania się i innych takich. Samo przyjdzie. Z niechęcią myślę o powrocie do pracy. 

sobota, 27 grudnia 2025

2202. Biel.

Wstaję o ósmej a tu śnieg, taki jak w telewizji, na oko zupełnie sztuczny, powierzchowny. Czytam. Kawę popijam. Rozmawiam z rodzicami. Rozmawiam z Kochanym. Wychodzę na dwór, Gosia w płaszczyku idzie za mną człapu człap.

Na obiad jedziemy do chińczyka, głównie ze względu na słabe warunki drogowe (do gyrosa za daleko, aż tak bardzo nie jesteśmy zdeterminowani). Po konsumpcji makaronie podjeżdżamy do Kota, zamawiam nam napitki, poza tym kupuję Kochanemu dwie paczki ziaren, Rwandę i Etiopię. 

Przed czwartą jesteśmy ponownie w domu. Zaleguję, drzemię, wyglądam przez okno, obłaskawiam Franię, która cały czas trzyma dystans. Dyjabły gromadnie coraz bliżej łóżka (czyżby Szogun?)

sobota, 4 października 2025

2118. Urodzona w szabes …

… podobno o 1:40. Czyli wylądowałam w Polsce nowo narodzona (akurat zapadałam w kolejny mikrosen, gdy koła podwozia zaboksowały w lądowisku o godzinie 1:44). Jak na narrację sztormową, lot był spokojny; w czasie podróży zaczęłam czytać Prawiek i inne czasy. Reszta wydarzeń równie gładka, szybko przeszliśmy przez granicę, Fred błyskawicznie odebrał bagaż, chwila i już witaliśmy się z rodzicami. Kochany przejął od tatki kierownicę i chodu przez Wrocław (mama jeszcze nie czytała o śmierci Hiacynty Bukiet i był to jeden z tematów podróżnych).

Pod lasem niebo usiane gwiazdami, wokół domu nowy chodnik ułożony przez tatkę; w środku przywitała nas czarna banda (pierwsza była wścibska Józia). Zębów mycie i sen (trzecia czasu lokalnego). 

Wstałam o ósmej, oczywiście czarna banda zaraz mnie dopadła, Bronek i Frania bez pardonu zaczęli się pakować w cudze śniadanie, gorsze to to od szarańczy.

(Józia z mamą też plątały się to tu to tam). Tymczasem za oknem poranna loża krytyków (Maciej jest już chyba głuchy, nie reaguje na stukanie w szybę):

Zmiany pokoleniowe są bardzo zauważalne: Maksiu ledwo chodzi, Wojciech i Niunia głównie śpią (pociesza fakt Niuniowej puchatości, koteczka jest znacznie grubsza niż przy poprzedniej wizycie, co ma znaczenie, bo wrażliwość jej brzuszka od kilku miesięcy jest dużym problemem zdrowotnym); Rózia, Rozalka i Zosia nie pogodziły się z obecnością w domu czarnej bandy, Gosi Koty i trójki jej dzieci, złodziei obierek ziemniaczanych i kolekcjonerów cudzych skarpet; Filemon ciężko choruje i odmawia leczenia. Poniżej cień Filemona za płotem, na pierwszym planie Gosia Pies z Mruczysławem kopiują układ choreograficzny ze starej foty Macieja i Malinki:

Rozmowy z rodzicami, idealne prezenty Fredowe (cztery książki Fossego, mnóstwo filmowej klasyki na dvd oraz muzyka na cd); od razu przeczytałam książkę Fossego Dziewczynka ze skrzypcami, króciutką historię ilustrowaną dla dzieci. Rodzice pojechali na zakupy. Odbyłam urodzinowe wideokonferencje ze świekrą i z Celtem. Plany miałam na dzisiaj trochę inne, ale byłam zbyt zmęczona na wymyślanie wysublimowanej aktywności kulturalnej — są takie dni, że jedzenie, rozmowy i drzemanie wystarczą (wyszłam na dwór tylko na chwilę, stąd foty Mruczysławowo-Gosiowe; drzewa szumiały).

Zjedliśmy bigos, na deser zdmuchnęłam świeczki z liczbą 50 na torcie śmietanowym z malinami. Dostałam od rodziców piękną, złotą bransoletkę z miasta Łodzi i kubek z napisem motywacyjnym, z którym zgadzam się po całości. Tak miło się zrobiło, że musiałam udać się na drzemkę. Prosz (Wojtuś wyleguje, na ręce wspomniana bransoletka):


Wieczór w pieleszach, na ekranie Co ludzie powiedzą, w tle chrapanie psa, pod ręką grubiutki kot, bochenek chleba jak trzy bochenki, jakby się komuś zakwas przedawkował. W głowie wielki spokój.

czwartek, 19 grudnia 2024

1829. Koleje chorowania.

Ach, kichanie i testowanie trzech różnych tabletek na gardło. Na jedenastą byliśmy umówieni do fryzjera, więc trzeba było się w końcu wyturlać spod nowej, gigantycznej kołdry. W salonie fryzjerskim przywitano nas z honorami (herbata zimowa & ciastko bezglutenowe), Grubiutka rzucała dowcipami, a jedna pani zapytała, czy mam balejaż (słodkie!). W Kocie zresztą dwie panie też komentowały moje pióra :D Małżonek zaryzykował nową fryzurę i zostawił na sarmackiej czuprynie kręcone włosy (już sobie kupił kosmetyki do skrętów). Po kawiarni kantor wymiany walut, sklep elektroniczny (Kochany kupił sobie nowego laptopa, tzn. zapłacił za niego; laptop przybędzie w sobotę), Rossman i obiad u chińczyka. Dzień był ponury i chłodny, ale nie robiło to na mnie wrażenia (tatko wyciągnął z garażu moją starą, ciężką kurtkę, która nadal się sprawdza).

Przyjechaliśmy do domu przed rodzicami i trochę na nich czekaliśmy (brama jest zazwyczaj zamknięta). Była okazja, żeby w samochodzie porozmawiać z Mruczysławem.

Rodzice szukali po sklepach pieczarek, w końcu kupili ostatnie 2 kg. Obrałam je, zostały usmażone i będą czekały na swoją rolę główną w wigilijnych krokietach. Poza tym czas mija leniwie, choroba rozwija się bez przytupów, jestem zmęczona i najchętniej przespałabym połowę dnia. Postanowiliśmy odłożyć wyjazd do Wro do jutra. Wieczorem Kochany rozmawiał ze Zbyniem. Mnie lektura nie idzie, bo głowa nieco boli.

wtorek, 3 września 2024

1722. Ponownie w drodze.

Dzień pożegnań.







Mama wzięła sobie wolne, tak powstała niedziela we wtorek. Rosół. Kartofle z kefirem.

Wyjechaliśmy ze wsi trochę wcześniej, żebym mogła podjąć kolejną próbę (tym razem udaną) przesłania kasy za OC. Poszło szybko, pan "z okienka" bez okienka był bardzo pomocny. Na lotnisku zważyłam i nadałam bagaż, był czas na wspólne jedzenie, wciągnęliśmy więc drugi obiad, potem rurki z kremem w Coście. Mam wrażenie, że hedonistyczne zwyczaje rozlewają się i uzupełniają z obydwu stron, z moich zwyczajów z Kochanym, ale też z domowego zalegania z rodzicami. Mam świadomość, że normalni ludzie nie chodzą na obiad na lotnisko. Nie jesteśmy normalni, takie rzeczy mogą skutkować wyobcowaniem, ten stan mi odpowiada, stał się częścią mojej natury.

W dużej walizce przewoziłam rzeczy zakupione przez Freda w Empiku, znalazłam między nimi Białość Jona Fossego (ArtRage, 2024); że stron tylko 42, wszystkie przeczytałam za jednym posiedzeniem w fotelu 20D. 

Sam lot był spokojny, przyziemienie dość agresywne i głośne. Bez zwłoki ruszyłam do wyjścia, odebrałam bagaż, Kochany już na mnie czekał z bukietem białych róż. Droga do domu jak we śnie, jechaliśmy, miałam déjà vu. W tym półśnie tak się zawzięłam, że po dziewiątej byłam już rozpakowana, kwiaty w wazonie, ja w szlafroku, pachnąca żelem pod prysznic. Znowu od siebie do siebie, jak ludzie żyją nie podróżując?

środa, 27 grudnia 2023

1472. Świąteczne ostatki.


Aliści, trzęsak.



***




Chłodno i słonecznie, powietrze mokre, prawie jak u nas, na wyspie. 
Był spacer z tatą i Maksiem-tropicielem hohoni, była kawa i spacer wokół stawów w mieście (w kawiarni uścisnęłam z się z Narodzonym, kolegą z ex-pracy), oraz kupowanie nowej myszy Logitech (w czasie rozmowy z mamą wyciągnęłam z gniazda odbiornik myszy z którą przyjechałam i nie wiem, gdzie w domu rodziców go odłożyłam). Pakowanie walizek raczej krótkie (mam zwarty sposób zagospodarowywania przestrzeni na wyjeździe). Jeszcze nie śpimy, zwlekamy. 

czwartek, 31 sierpnia 2023

1354. Swojsko.

Zadziwiająco mocno spałam. Kiedy otworzyłam oko Fred już siedział obok, ubrany, zaczytany w sieci i z kubkiem pierwszej kawy z dripa. Tatko wrócił ze sklepu, nakarmił trzodę i pojechał jeszcze raz; specjalnie po to, żeby kupić dla nas swojskiej kaszanki. 


Wyżej poranna fotka z serii "zobacz kotka" (grzbiet Mruczysława, Maciej, nieśmiała Rózia, Miauczysław), niżej więcej kotków (Niunia góruje nad Wojciechem).


Po zjedzeniu śniadania, ciasta, obgadaniu rodziny, umówieniu dentysty i wygłaskaniu paru futrzaków, Fred przeszedł do pisania swoich spraw, ja do wygładzania mgr (ładnie brzmi: wygładzanie, a to raczej zapychanie dziur i poprawianie rażących błędów). Zdjęcia z pracy Kochanego przez ostatnie dni właśnie wleciały na FB, więc mogłam sobie lajkować mężowską pracę twórczą.

Kiedy mama wróciła z pracy we czworo zjedliśmy obiad, potem z Kochanym we dwoje wybraliśmy się do miasta, najpierw na kawę do Kota, potem powstał zamiar spaceru do tężni, a może nawet do lasu bukowego. Już się wykaraskaliśmy z samochodu, już widziałam kaczki na stawie ... na całe szczęście Fred dodzwonił się do Józefa z pytaniem jak mu tam idzie opieka nad kotem. Na szczęście, bo przez to zagadanie stanęliśmy w miejscu i później nie trzeba było daleko wracać do auta. Gdyż taka sytuacja:


Burza przyszła szybko, zasnuła krajobraz deszczem i w takim intensywnym opadzie zaczęliśmy wracać na wieś. Po drodze w nagrodę:


Ochłodziło się, ale nie zrezygnowaliśmy ze spaceru: wyszliśmy do sklepiku po wkłady do zniczy, następnie pomiędzy kałużami zaszliśmy na cmentarz (groby dziadków i cioci). 


Kolacja, gadanie, mama jest zmęczona, więc o dziesiątej wskakuje do łóżka. My jeszcze przy ekranach, komentujemy świat (Maksymilian chrapie; Niunia zajęła stanowisko na rozłożonym i zasłanym tapczanie).

niedziela, 25 grudnia 2022

1105. Dwudziestego piątego.





Słoneczny, optymistyczny dzień. Podczas śniadania wręczyliśmy rodzicom prezent. Po odpoczynku wyjechaliśmy na groby i do wujostwa. Wizyta u cioci Ksty była krótka, w sam raz, żeby nie wgłębiać się w podziały (ciocia i kuzyn ucieszyli się z poznania Freda, teraz będą mogli podać wieści dalej). Był internetowy kontakt z Usz (wydaje się szczęśliwa z rodziną partnera) i z Juliją spędzającą święta z naszym kotem (chyba właśnie tego było jej trzeba). Późny obiad: pierogi ruskie i z kapustą. Wieczorem oglądamy Amelię (2001).

La chance, c’est comme le Tour de France. On l’attend longtemps et ça passe vite. Quand le moment vient, faut sauter la barrière sans hésiter.