Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ren. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ren. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 marca 2025

1916. Weekend nad Renem (i Mozelą) 3.

Jak to było jeszcze wczoraj? Ciężka noc, sen miałam niespokojny, rwany. Po zejściu na śniadanie okazało się, że dzisiaj będzie podawał je ktoś inny. Po pierwszym słowie zapytałam o narodowość: Andżelika z Mazur. I dobrze. Smakowało nam podobnie jak wczoraj. Hakar (właściciel miejscówki, Syryjczyk) pojawił się później; trochę się ociągaliśmy, trochę chcieliśmy, żeby to nie było już, ale wiadomo, komu w drogę, temu kopa, i tak już o dobry kwadrans przeciągnęliśmy dobę hotelową. Polecam to miejsce, jeśli ktoś ceni sobie święty spokój :)

Ponieważ Perlisty dopiero do nas jechał, poszliśmy z plecakami nad Ren, żeby zobaczyć rzekę pierwszy raz w pełnym słońcu. Piękna okolica, słońce, dzikie gęsi, które nie boją się ludzi. Mogę wyobrazić sobie tutaj nasze spacery z psem.


Perlisty nadjechał po jedenastej, wskoczyliśmy do samochodu i ruszyliśmy słonecznym wybrzeżem Renu w kierunku przeprawy promowej Engelsburg-Kaub. Przygoda promowa trwała kilka minut, na widoku Burg Pfalzgrafenstein na wyspie Falkenau: 


Potem już tylko piękne krajobrazy na lewo, na prawo i z góry. Perlisty zabrał nas pod centrum turystyczne od którego mogliśmy spacerować nad urwiskiem Loreley.



Kupiłem globus i teraz mam dwa, nucił Perlisty Janerkę. Wyobrażaliśmy sobie, panowie rozmawiali o przeszłości, strzelaliśmy fotki aż miło; słońce świeciło w twarze ładując nam psychiczne akumulatory.

O pierwszej wyruszyliśmy w dalszą drogę; długa jazda do Cochem była przyjemna, zmieniały się krajobrazy, więcej niemieckiej prawdziwej prowincji do zanotowania. Niestety, w samym mieście nie mieliśmy szczęścia do jedzenia. Pierwsza próba kulinarna spalona — Gaststätte Noss wyglądało dobrze, jednak dotknęła mnie pomidorowa z papierka; drugie miejsce, Vonderbeck’s Restaurant, to była już kompletna katastrofa, jedzenie jak kupione z gotowców w hipermarkecie. Można było tego uniknąć, gdybym wcześniej spojrzała na recenzje, ale podróż była mocno spontaniczna, dlatego ziaziu i ała! Jako tako wypogodził mnie Hotel Müller, choć tam tylko herbata i ciastko, za to rozmawiałam z uprzejmą Ukrainką z obsługi. Dobra dziewczyna, niech jej się w nowym kraju wiedzie.


Most Skagerack w remoncie, na szczęście pozostawiono miejsce dla pieszych, przewędrowaliśmy więc nad Mozelą robiąc dużo zdjęć, obserwując panoramę miasta; widok z łatanego mostu taki:


Bardzo malowniczo położony stadt, choć przez te kulinarne falstarty oboje z Fredem skojarzyliśmy je z Newcastle w Irlandii Północnej, miasteczko pachnące spalonym tłuszczem.

Kolejne niemiłe przygody miały związek z nawigacją samochodową. Perlisty chciał nas podwieźć pod Reichsburg Cochem, ale tylko zrobiliśmy kilka niebezpiecznych serpentyn w zupełnym mroku. Zmęczeni zakrętami (byłam w pierwszym rzędzie na tym spektaklu) postanowiliśmy jechać już w kierunku lotniska. Tutaj też nie obyło się bez dziwnych objazdów; naprawdę, Dolny Śląsk, noc tylko potęgowała moje odczucia. 

Pożegnanie pod lotniskiem, plecaki już zarzucone, idziemy przed się. Frankfurt-Hahn jest małym portem lotniczym. To żaden zarzut, ale że brzydki i niezbyt funkcjonalny to już niedobrze. Gate 6 był programowo obliczony na niezmieszczenie się wszystkich pasażerów. Niedzielę kończymy w locie: Kochany w rzędzie czwartym, ja w osiemnastym, obok pusty fotel, przy oknie kolejny młody Arab. No to jazda.

sobota, 15 marca 2025

1915. Weekend nad Renem 2.

 

Ależ spałam. I śniłam o podróży, o czytaniu książki. Pobudka 7:45, powolne dochodzenie do siebie. Na dziewiątą mieliśmy zamówione śniadanie w kawiarni na dole. Było wszystko co trzeba, przede wszystkim świeżutkie pieczywo w trzech rodzajach, oraz cała reszta do akompaniamentu.


Wczorajsza obiadokolacja i dzisiejsze śniadanie przywraca mi wiarę w cywilizację europejską, oświadczyłam mężowi. O, i to jest dobre zdanie na bloga, potwierdził mąż :D

Po śniadaniu spotkanie z Perlistym i spacer naokoło Bacharach zakończony herbatką w maluchnej kawiarni Café Bistro NOY. Biznes rodzinny na Oberstraße 40, domyślam się, że prowadzony przez imigrantów. Niewiele mieli aktualnie na stanie (początkowo miałam ochotę na naleśniki), zadowoliliśmy się napojami. A spacer był całkiem długi, zrobiliśmy kółko wspinając się do Wernerkapelle i Burg Stahleck (widoki na Ren, bez wchodzenia do środka), serpentyną zeszliśmy w dół Burg Weg, żeby przejść przez główną ulicę i spojrzeć na miasto z winnic od strony północnej, ze Spitzer Turm).






Po zejściu w dolinę sąsiadujący z hotelem kościół św. Piotra zaprezentował się jako otwarty (oczywiście zaszłam, piękny! gdzieniegdzie średniowieczne rysunki). Wyjechaliśmy po pierwszej do Moguncji, był krótki postój w Bingen; miasto ważne i warte zgłębienia, ale my tylko przeszliśmy się chwilę od Rheinkal do Marktbrunnen.

W Moguncji Perlisty długo szukał miejsca, w końcu samochód został w wielopoziomowym parkingu. Natknęliśmy się na spory tłum na placu obok kościoła św. Marcina, jakaś degustacja wina, jakieś poruszenie. Na chwilę skręciłam do kościoła św. Jana pociągając chłopaków za sobą; całkiem niedawno otwarto tam instalację Die Krönung (zagadnęłam z jedną z pracownic muzeum). Zjedliśmy obiad w Augustinerkeller na Augustinerstraße 26, dobre miejsce (wzięłam tradycyjny schnitzel, smakowało mi). Po obiedzie poszliśmy jeszcze do kościoła św. Szczepana, tylko dlatego, że są tam witraże Chagalla, przy okazji załapaliśmy się na początek koncertu szkoły dla dziewcząt Maria Ward Schule.




Dobry taki płodozmian, spacer niespieszny, często robimy zdjęcia. Wracając do samochodu poświęciliśmy jeszcze długą chwilę fontannie karnawałowej Sprenga, bo przecież jakże by inaczej.


Powrót do Bacharach, kawiarnia śpi, użyliśmy magicznego klucza. Perlisty wszedł z nami na piętro; ponownie wieczorny spacer nad Renem z przyjacielem, w dole szum czarnej rzeki; Am den Ufern der Poesie brzmi nazwa tego miejsca, zerkam na ludzi odpoczywających w kamperach. W czasie tego spaceru natykamy się też na studnię, efekt świetnego projektu odkrywania dawnego miasta (studnia pod murami miejskimi jest odrestaurowana na podstawie rycin).


Wieczorem długo nie mogę zasnąć, Kochany zerka na Szklaną pułapkę z niemieckim dubbingiem, nie mogę więc przestać się zastanawiać, kiedy Willis zaczął mieć pierwsze objawy PPA.

piątek, 14 marca 2025

1914. Weekend nad Renem 1.

Rano dzielimy się obowiązkami: potłuczoną donicę zamieniam na całą donicę (nieuważnie, ale cebulki muszą sobie dać radę), dojadam otwarty bigos; Kochany dokarmia fruwacze, dokańcza jeść wołowinkę. Trzymając się zasad dobrego sąsiedztwa napełniamy świeżą wodą dwa ptasie źródełka. Wyjeżdżamy z domu tuż przed dziesiątą.

Parking lotniskowy Park & Fly, który Kochany wykupił niechcący, bez uprzedniego researchu, to jedno z naszych „pierwszych i ostatnich” razy w tym życiu. Miejsce zorganizowane jak w głębokiej Azji, podwózka do lotniska białym vanem bardzo przypominała pewną safaryjską wyprawę z lotniska Lublin do Nowej Aleksandrii. W obsłudze też Azja. Bardzo oniryczne doświadczenie upadku cywilizacji.


Na lotnisku jak w ulu, wiadomo (bo teraz już wiemy, skapnęliśmy się), weekend św. Patryka. Ilość decybeli przekraczał niejednokrotnie moją tolerancję. Ogłuszeni coś przegryźliśmy, coś wypiliśmy, trzeba było zmierzać do gate'u, przemykaliśmy tuląc uszy.

Nasz samolot był obsługiwany przez Malta Air, poza tym miał godzinne opóźnienie (podobno zmiana załogi). Wylot o 14:30, lot nad zachodnią Europą spokojny. W chmurach zaczęłam czytać Dziecko w śniegu Włodka Goldkorna, dziwna lektura na podróż, początkowo całkiem łatwa. Gdy byliśmy już blisko Renu i z okien widać było Niemcy, zauważyłam ziemię przykrytą śniegiem. Na szczęście w Hahn nic z tych rzeczy. Perlisty już na nas czekał (w końcu mogłam się przekonać, że jest całkiem wysoki), powitanie, krótki spacer do opla i na azymut. Miałam poczucie, jakbyśmy przemieszczali się na Dolnym Śląsku, krajobrazy i architektura czegoś znajome.

Bacharach jest naprawdę malutkie. I jaka cisza (było jeszcze jasno, więc chwilę napawałam się widokiem; dwa nasze okna wychodzą na Wernerkapelle). Perlisty podwiózł nas pod hotelik, pojechał postawić samochód w innym miejscu. Zameldowaliśmy się w pokoju nr 6 (kawiarnia jeszcze czynna, właściciel czekał na nas, wręczył nam antyczne klucze, pokazał co i jak, bo mamy też klucz do tylnych drzwi), zeszliśmy zaraz na dół, żeby z przyjacielem poszukać miejsca na obiadokolację. Po dłuższym spacerze weszliśmy do Stübers Restaurant na Langenstraße. Bardzo dobra decyzja kulinarna (wzięłam hausgemachte feine Nudeln aus Bio-Khorasan-Ur-Weizen mit Tomatensugo oraz warzywami ;p)




Po posiłku spacer nad Renem. Trochę jest chłodno, ale byliśmy na to przygotowani. Zbliżamy się do rzeki, w dole woda cicha i ciemna.



Na wzgórzach wokół kropki świateł w domach, po obu stronach Renu regularnie kursują pociągi jak świetliste wąsiówki. 

Pożegnanie z przyjacielem, powrót do hotelu, gorący prysznic, jeszcze czytam, pora spać; spływa na mnie spokój.