Ponieważ Perlisty dopiero do nas jechał, poszliśmy z plecakami nad Ren, żeby zobaczyć rzekę pierwszy raz w pełnym słońcu. Piękna okolica, słońce, dzikie gęsi, które nie boją się ludzi. Mogę wyobrazić sobie tutaj nasze spacery z psem.
Perlisty nadjechał po jedenastej, wskoczyliśmy do samochodu i ruszyliśmy słonecznym wybrzeżem Renu w kierunku przeprawy promowej Engelsburg-Kaub. Przygoda promowa trwała kilka minut, na widoku Burg Pfalzgrafenstein na wyspie Falkenau:
Potem już tylko piękne krajobrazy na lewo, na prawo i z góry. Perlisty zabrał nas pod centrum turystyczne od którego mogliśmy spacerować nad urwiskiem Loreley.
Kupiłem globus i teraz mam dwa, nucił Perlisty Janerkę. Wyobrażaliśmy sobie, panowie rozmawiali o przeszłości, strzelaliśmy fotki aż miło; słońce świeciło w twarze ładując nam psychiczne akumulatory.
O pierwszej wyruszyliśmy w dalszą drogę; długa jazda do Cochem była przyjemna, zmieniały się krajobrazy, więcej niemieckiej prawdziwej prowincji do zanotowania. Niestety, w samym mieście nie mieliśmy szczęścia do jedzenia. Pierwsza próba kulinarna spalona — Gaststätte Noss wyglądało dobrze, jednak dotknęła mnie pomidorowa z papierka; drugie miejsce, Vonderbeck’s Restaurant, to była już kompletna katastrofa, jedzenie jak kupione z gotowców w hipermarkecie. Można było tego uniknąć, gdybym wcześniej spojrzała na recenzje, ale podróż była mocno spontaniczna, dlatego ziaziu i ała! Jako tako wypogodził mnie Hotel Müller, choć tam tylko herbata i ciastko, za to rozmawiałam z uprzejmą Ukrainką z obsługi. Dobra dziewczyna, niech jej się w nowym kraju wiedzie.
O pierwszej wyruszyliśmy w dalszą drogę; długa jazda do Cochem była przyjemna, zmieniały się krajobrazy, więcej niemieckiej prawdziwej prowincji do zanotowania. Niestety, w samym mieście nie mieliśmy szczęścia do jedzenia. Pierwsza próba kulinarna spalona — Gaststätte Noss wyglądało dobrze, jednak dotknęła mnie pomidorowa z papierka; drugie miejsce, Vonderbeck’s Restaurant, to była już kompletna katastrofa, jedzenie jak kupione z gotowców w hipermarkecie. Można było tego uniknąć, gdybym wcześniej spojrzała na recenzje, ale podróż była mocno spontaniczna, dlatego ziaziu i ała! Jako tako wypogodził mnie Hotel Müller, choć tam tylko herbata i ciastko, za to rozmawiałam z uprzejmą Ukrainką z obsługi. Dobra dziewczyna, niech jej się w nowym kraju wiedzie.
Most Skagerack w remoncie, na szczęście pozostawiono miejsce dla pieszych, przewędrowaliśmy więc nad Mozelą robiąc dużo zdjęć, obserwując panoramę miasta; widok z łatanego mostu taki:
Bardzo malowniczo położony stadt, choć przez te kulinarne falstarty oboje z Fredem skojarzyliśmy je z Newcastle w Irlandii Północnej, miasteczko pachnące spalonym tłuszczem.
Kolejne niemiłe przygody miały związek z nawigacją samochodową. Perlisty chciał nas podwieźć pod Reichsburg Cochem, ale tylko zrobiliśmy kilka niebezpiecznych serpentyn w zupełnym mroku. Zmęczeni zakrętami (byłam w pierwszym rzędzie na tym spektaklu) postanowiliśmy jechać już w kierunku lotniska. Tutaj też nie obyło się bez dziwnych objazdów; naprawdę, Dolny Śląsk, noc tylko potęgowała moje odczucia.
Pożegnanie pod lotniskiem, plecaki już zarzucone, idziemy przed się. Frankfurt-Hahn jest małym portem lotniczym. To żaden zarzut, ale że brzydki i niezbyt funkcjonalny to już niedobrze. Gate 6 był programowo obliczony na niezmieszczenie się wszystkich pasażerów. Niedzielę kończymy w locie: Kochany w rzędzie czwartym, ja w osiemnastym, obok pusty fotel, przy oknie kolejny młody Arab. No to jazda.






















