Strony

piątek, 14 marca 2025

1914. Weekend nad Renem 1.

Rano dzielimy się obowiązkami: potłuczoną donicę zamieniam na całą donicę (nieuważnie, ale cebulki muszą sobie dać radę), dojadam otwarty bigos; Kochany dokarmia fruwacze, dokańcza jeść wołowinkę. Trzymając się zasad dobrego sąsiedztwa napełniamy świeżą wodą dwa ptasie źródełka. Wyjeżdżamy z domu tuż przed dziesiątą.

Parking lotniskowy Park & Fly, który Kochany wykupił niechcący, bez uprzedniego researchu, to jedno z naszych „pierwszych i ostatnich” razy w tym życiu. Miejsce zorganizowane jak w głębokiej Azji, podwózka do lotniska białym vanem bardzo przypominała pewną safaryjską wyprawę z lotniska Lublin do Nowej Aleksandrii. W obsłudze też Azja. Bardzo oniryczne doświadczenie upadku cywilizacji.


Na lotnisku jak w ulu, wiadomo (bo teraz już wiemy, skapnęliśmy się), weekend św. Patryka. Ilość decybeli przekraczał niejednokrotnie moją tolerancję. Ogłuszeni coś przegryźliśmy, coś wypiliśmy, trzeba było zmierzać do gate'u, przemykaliśmy tuląc uszy.

Nasz samolot był obsługiwany przez Malta Air, poza tym miał godzinne opóźnienie (podobno zmiana załogi). Wylot o 14:30, lot nad zachodnią Europą spokojny. W chmurach zaczęłam czytać Dziecko w śniegu Włodka Goldkorna, dziwna lektura na podróż, początkowo całkiem łatwa. Gdy byliśmy już blisko Renu i z okien widać było Niemcy, zauważyłam ziemię przykrytą śniegiem. Na szczęście w Hahn nic z tych rzeczy. Perlisty już na nas czekał (w końcu mogłam się przekonać, że jest całkiem wysoki), powitanie, krótki spacer do opla i na azymut. Miałam poczucie, jakbyśmy przemieszczali się na Dolnym Śląsku, krajobrazy i architektura czegoś znajome.

Bacharach jest naprawdę malutkie. I jaka cisza (było jeszcze jasno, więc chwilę napawałam się widokiem; dwa nasze okna wychodzą na Wernerkapelle). Perlisty podwiózł nas pod hotelik, pojechał postawić samochód w innym miejscu. Zameldowaliśmy się w pokoju nr 6 (kawiarnia jeszcze czynna, właściciel czekał na nas, wręczył nam antyczne klucze, pokazał co i jak, bo mamy też klucz do tylnych drzwi), zeszliśmy zaraz na dół, żeby z przyjacielem poszukać miejsca na obiadokolację. Po dłuższym spacerze weszliśmy do Stübers Restaurant na Langenstraße. Bardzo dobra decyzja kulinarna (wzięłam hausgemachte feine Nudeln aus Bio-Khorasan-Ur-Weizen mit Tomatensugo oraz warzywami ;p)




Po posiłku spacer nad Renem. Trochę jest chłodno, ale byliśmy na to przygotowani. Zbliżamy się do rzeki, w dole woda cicha i ciemna.



Na wzgórzach wokół kropki świateł w domach, po obu stronach Renu regularnie kursują pociągi jak świetliste wąsiówki. 

Pożegnanie z przyjacielem, powrót do hotelu, gorący prysznic, jeszcze czytam, pora spać; spływa na mnie spokój.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.