Znowu bardzo długo spałam. Fred urzędował w Kuchniosalonie, kot nażarty, a ja przekładałam się z boczku na boczek. Nic dziwnego, że śniadanie zjadłam przed dwunastą, gdy Kochany wybył już na zakupy. Potem mitrężyliśmy czas rozmawiając i dopiero około drugiej każde z nas zajęło się swoim sprawami: ja nanoszeniem poprawek do pracy, Kochany dokańczaniem tekstu, który chciałby nagrać z kolegami pod koniec sierpnia. Na obiad dymiące kopce makaronu. Dla żony drzemka poobiednia. W tle dnia było jeszcze długie pranie (mimo chmur mąż ufnie wywiesił wszystko w ogrodzie) i słuchanie nagrań Fortu BS.
Wieczorem najpierw spacer z kotem (nie dało się inaczej, po otwarciu drzwi frontowych okazało się, że Ryszard siedzi i czeka: słońce jest, wyłazicie w końcu?), potem spacer do morza na którym dziś fale bałtyckie. Wracaliśmy z wiatrem w plecach.
Trzeba się przyznać, że poza przepisaniem piątkowych poprawek, niewiele zrobiłam. Za to Dyjak śpiewa do późna.
Aha, Dyjak. A ja w sobotę miałem na żywo równie zachrypniętego Damiana Ukeje.
OdpowiedzUsuń@Dariusz, młody Dyjak (którego Ci wkleiłam) wcale nie był zachrypnięty, miał fajnie jazzujący głos.
Usuń