Późna pobudka. Rozmowa z mamą (sama zadzwoniła przez łocapa; święto!) o uniwersytecie trzeciego wieku i że zaraz jadą z tatkiem oglądać pałac i zjeść obiad na mieście. Gdzie popełniłam błąd? można sobie zadać pytanie. Czy jako córka byłam wystarczająco zrzędliwa i rzucająca kłody pod nogi? Widać, że nie. Ech. Czyli moi rodzice włóczą się po Dolnym Śląsku jak amerykańscy milionerzy, a u mnie mąż gotuje obiad (nogi kuraka z wczorajszego rosołu, oraz inne delicje). Kot nam niedomagał, nie jadł (zgroza!), ale nie tak, że gdzieś indziej się ożarł, tylko było widać, że coś mu leżało na żołądku (chodził po ogródku i jadł sałatkę z perzu). Na dodatek chyba boli go tylna łapa (kuleje tylko trochę, ale to dlatego, że on zawsze przemieszcza się tygrysio, więc nawet jak kuleje, to niby tak ma być). Pogodowo niedziela bardzo ładna, tylko, że znowu dołożyłam sobie do pieca spotkaniem umówionym na wieczór i wiadomo, że na prawdziwe odprężenie nie było szans. Nigdzie nie spacerujemy (Fred pisze scenariusz, ja piszę wszystko inne, czasem wychodzę do ogródka i sapię). Online spotkanie z dochtórką i koleżanką trwało ponad godzinę. O matko, dochtórka miała rację, powoli zaczynam nie cierpieć tej pracy.
Fajnie, że im się chce.
OdpowiedzUsuń@Dariusz, też tak myślę. Dobrze, że korzystają :)
Usuń