Pogoda była dzisiaj niepewna (zapowiadali deszcze), więc tylko połowa planu dojazdowego została wykonana: rano już przed ósmą byłam w mieście i przy kawie rozkładałam się z powieścią. Po południu wracałam jednak autobusem i to dość wcześnie (pracowałam dzisiaj w sumie pół szychty, a drugie tyle zostałam, bo tak mi było na rękę).
Powieść to Orlando Virginii Woolf (Zysk i S-ka, 1994), kupiony w czasach, gdy byłam zafascynowana Emily Brontë. Od pierwszych stron wiem, że będzie wspaniała, choć zdążyłam już zapomnieć szczegółów fabuły. Kochany wrócił z pracy po piątej, gdy podczytywałam nową/starą lekturę. Resztę dnia siedziałam z nosem w papierach (czyli robiłam to, co powinnam była robić w weekend, ale nie robiłam, bo mi się nie chciało). Nadal nie jestem przygotowana na jutro, no trudno, nie jest mi przykro, oj tam oj tam.
ja ostatnio tak poszłam w szydełko, że ciągle przedłużam książki z biblioteki bo nie wyrabiam przeczytać
OdpowiedzUsuń@Polly, szydełkować nigdy nie umiałam, ale zastanawiam się nad powrotem do drutowania. Może przed zimą jakoś się zbiorę.
Usuńa to chyba tak samo łatwe bo umiem jedno i drugie choć tylko takie proste rzeczy na drutach bez ekstrawagancji i wzorów
Usuń