Obudził mnie dzwonek własnego budzika nieopatrznie pozostawiony. Bank holiday. Za drugim razem (gdyż przysnęłam) budzę się magicznie: włączam telefon, Kochany właśnie napisał mi komentarz, puszczam przez moderację, wstaję, Kochany w tej chwili robi sobie kanapki, za moment musi jechać do pracy, chociaż bank holiday. Przed jego wyjściem zdążyłam jeszcze ubrać się byle jak i zajść do Junony. Poranek szarobarwny, ale wyraźnie wiosenny, w osiedlowym bezruchu wybrzmiewały zalotne głosy ptaków i pomruk morza.
Przed dziesiątą, zanim jeszcze zrobiłam sobie kawę, dokończyłam czytanie książki Tokarczuk, Dom dzienny, dom nocny (Wyd. Literackie, 2023). Siedząc tak i myśląc nad książką, słyszałam za oknem dalekie, uporczywe pianie koguta. Jak u nas na wsi, u nas na Dolnym Śląsku.
Czekając na powrót Kochanego coś tam na pewno robiłam, jak mniemam, skoro w szufladach leżą zwinięte w kulki skarpety, na suszarce nowa porcja prania, w recyklingowanych papierach zgnieciony karteluszek z bazgrołami, a w przeglądarce zapisała się informacja, że sprawdzałam połączenia, a oni mają tanio i co ja na to. Ogólnie jednak czas przepłynął mi przez palce. Wieczorem rozmawiamy, śmiejemy się czytając to samo, fikam nogami na macie przez minut łącznie pięć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.