okoliczności bez związku. Dzień zaczął się pechowo, zapomniałam czytnika i w kawiarni musiałam posiłkować się telefonem. Poza tym jednak nie tak najgorzej. Po pierwsze, ociepliło się nieco, a nawet wyszło słońce (po południu tęcza nad rozlewiskiem rzeki widziana z okna autobusu). Po drugie, praca w Jamie bardzo miła i krótka. Po trzecie, po powrocie do domu na podłodze znalazłam list od Anne, kartkę z podziękowaniami i voucher. Napisałam jej wiadomość, rozmawiałyśmy chwilę i przy okazji dowiedziałam się czegoś jeszcze lepszego: w końcu założą rampy spowalniające na drodze na której zginął Rysio (efekt działania naszego lokalnego polityka, gdy już myślałam, że o tym zapomniał).
Po pracy wypluta z energii, wsuwam zupkę z papierka (grochowa, całkiem zjadliwa) i zalegam na łożu czekając na Kochanego. Gdy mąż przyjechał z pracy, odgrzałam mu wczorajszy obiad i ruszyłam zalegać dalej. Oglądam na insta śmieszne koty, mieszanie kolorów piasku kinetycznego i inne równie zajmujące rzeczy. Nie mam siły na przygotowania (jutro znowu do Jamy, żeby odrobić czwartek z przyszłego tygodnia). Nie szkodzi, jest dobrze.
O właśnie. Kiedyś na FB było dużo śmiesznych kotów, a teraz w ogóle nie widuję. Ciekawe czemu.
OdpowiedzUsuń@Dariusz, zacząłeś po prostu klikać na inne treści :)
UsuńRaczej nie, bo kotki zawsze klikałem, że lubię, a innych treści staram się w ogóle nie klikać nawet jeśli je widzę. Zresztą masz mnie w znajomych, więc widzisz, jak ja tam działam (czyli bardziej - jak nie działam, więc możesz tego w ogóle nie widzieć) na FB. Wrzucam jedynie zdjęcia otrzymanych pocztówek i informacje o imprezach w zamku, jeśli się wybrałem i były zdjęcia.
Usuń