... poniedziałek. Nasze koteczki nareszcie odwiedziły weta, po długiej przerwie, więc niejaka ekscytacja. Dziewczynki bardzo ładnie się zachowały (wprawdzie oficjalnie byłam w pracy, ale podeszłam do przychodni, żeby pomóc Kochanemu z dwoma kontenerami, bo dziewczyny przytyły, przede wszystkim Maniątko), dostały po tabletce na robale (zlizały lekarstwo z palca pani doktor), nikt nie puścił bąka.
Pracę skończyłam trochę wcześniej, żeby udać się do ludzkiego dochtóra w naszej wsi. Będą dalsze testy, tylko się muszę wstrzelić z datą pobrania krwi. Termin jest odległy, niestety, a w boku jednak boli, choć mniej wyraziście. Po wizycie wróciłam z buta do domu, Kochany już pichcił obiad, ale przed jedzeniem jeszcze wyszliśmy z małymi na spacer, pierwszy raz w tym roku, Maniuśka w nowych szelkach, Bronia w starych, bo dalej się w nie mieści.
Poza tym nic ciekawego. Znowu jestem bardzo zmęczona, jakby energia wyciekała ze mnie jakimś jeszcze nie zdiagnozowanym zaworem. Pod prysznicem stoję godzinami, potem w łóżku zajadam mandarynki, niechcący uderzam się w usta obudową laptopa (może będzie siniec), ech, entropia na całego, nie ma rady, trzeba posłuchać Kingfisher, Pokrzywa i kość.
pokrzywa i kość, palce lizać.
OdpowiedzUsuńRozśmieszasz.
UsuńTrzymam kciuki za zdrowie, to zawsze cos co potrafi czlowieka wytrzasnac z rzeczywistosci.
OdpowiedzUsuńInnyglos
@Innyglosie, dziękuję; bardzo wytrąca, gdy jakieś proste do tej pory rzeczy przestają takimi być.
UsuńMoże to wiosna?
OdpowiedzUsuńMoże to menopauza?
Wolałoby się jakieś niekłopotliwe wyjaśnienia...
Oby Ci jednak przeszło i poszło.
@Agniecha, może ... niech :)
Usuń