W pracy dzień świra. Spodziewałam się, stalowa ma powieka ani drgnie. Za to po pracy same delicje: mąż robi sałatkę grecką i serwuje ją ze smażonym łososiem. Podczas tych przygotowań porozkładana na fotelach wygrzewam się, obserwuję koty i czytam książkę na czytniku.
Jaka pyszota, ale ten mój mąż jest przechuj, Freda czegoś bardzo rozbawiała moja opinia obiadowa ;)
Najedzeni wyszliśmy z dziewczynami na dwór, tym razem koteczki sporo chodziły przed domem, z jednej strony doszły do chaty Li i Ivy, z drugiej do dawnego domu Anny Emerytki. O ile rano było bardzo zimno, gdzieś blisko zera, spacer popołudniowy w ciepłym, zachodzącym słońcu bardzo dobrze mi zrobił. Wieczorem rozmawiałam z mamą (nad lasem przeszła burza, Maksiu wrócił ze spaceru, albo może nawet został przyniesiony), potem zawzięłam się na biografię Wasilewskiej i książkę Lipińskiego skończyłam czytać przed dziesiątą.
Pisząc to dojadam sałatkę, pogryzam ją tescową bagietką. Ciekawe, że po relatywnie trudnym dniu pracowniczym (wysyłałam emilki z zapytaniami o kasę, dzwoniłam, szantażowałam, przymykałam oko, oferowałam interwencję kryzysową, naprawiałam i wymieniałam) mam całkiem dobry nastrój.
Och, żeby mi jakiś przechuj zrobił sałatkę grecką! Uwielbiam!
OdpowiedzUsuń@FrauBe, ech, dobrego mam tego mojego męża, nie zaprzeczę :) Sałatka również bardzo dobra ;)
Usuń