Strony

środa, 20 maja 2026

2345-2346. Trzeba sobie jakoś radzić.

Wczoraj (wtorek) nie chciało się mi nic pisać — dzień był długi, szary, Kochany pracował do siódmej, więc wracałam do domu autobusem, a po powrocie na wieś wychynęłam jeszcze tylko raz, żeby w sklepie za rogiem kupić sos pomidorowy do obiadu. Kiedy jedliśmy, dziewczynom udało się otworzyć drzwi i wyjść na chatę. Kochany zauważył incydent dopiero, gdy odebrał telefon od gościa, który wpraszał się na dzisiaj do mierzenia okien i drzwi, albo czego tam. Poza tym pamiętałam i pamiętałam, ale wieczorem dopiero Fred przypomniał, żeby zadzwonić do mamy z okazji jej urodzin. Mama zjadła 1/4 tortu i podliczyła, że ma lat dokładnie 15 (to mniej niż ostatnio, ale przecież bywa i tak). Po rozmowie nie bardzo chciało mi się cokolwiek innego poza prysznicem i książką. Pozwoliłam sobie na dłuższą lekturę, bo budzik nastawiłam dopiero na siódmą.

Powód późniejszej pobudki taki, że rano miałam kolejne pobranie krwi. Skoro o dziewiątej byłam oczekiwana na czczo, motywacji do zrywania się przed świtem brak. Wbrew obawom procedura pobrania była tym razem ekspresowa, z piętnaście sekund i git (inna kobieta pobierająca, mniej współczująca, za to szybka jak perszing). Spóźniłam się do pracy o wiele mniej niż zakładałam. Pierwsza część dnia jak w malignie, pewnie z powodu braku śniadania, a może z natłoku myśli. Teresa genialnie ogarnęła kołchoz, szefowa wpadła przed jutrzejszym audytem; wyszłam kupić burrito i kawę u Turka. Tymczasem Fred miał multum spraw w rozjeździe: wyjazd do mechanika, żeby uregulować rachunek (El Paso), powrót do domu, bo się trzeba było zaopiekować panami od mierzenia spraw, spotkanie z Dżakiem w temacie monodramu (Drołda), odebranie skołowanej żony z pracy ;)

Podczas spaceru z myszkami znalazłam resztki jasnoniebieskiej skorupki w bladobrązowe ciapki. Googiel mówi: kos. Możliw, bo rzeczywiście pan kos wpada do nas regularnie, także tego popołudnia, na sałatkę jabłkową. 

Kochany długo robił gulasz, na ten czas wyniosłam się do salonu, cebula dawała ponad moje możliwości. Wzięłam ze sobą koteczki, za bardzo się jednak kręciły. Wieczór: obiadokolacja z deserem (środa = świeże tartaletki), obgadywanie świata. Nie chce mi się myśleć o jutrze, więc nie myślę i już.

4 komentarze:

  1. O jutrze najlepiej w ogóle nie myśleć, bo i tak niewiele się wymyśli. Życie myśli za nas.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @FrauBe, jeśli można coś zaplanować, warto. Jeśli się zaplanowało, a reszta jest poza naszą kontrolą, nie ma co sobie łamać głowy :)

      Usuń
  2. O, mój tata ma urodziny dzisiaj, ale u niego licznik jakoś mniej łaskawy, nie odejmuje 🤷‍♀️🙂

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Aśka, tata może przejąć władzę nad licznikiem. Tak po prostu :)

      Usuń

Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.