Strony

poniedziałek, 4 maja 2026

2330. Majóweczka kind of.

Dzień rozpoczęty wcześnie, bo przecież po północy nadal nie spałam. Nad ranem miałam śmieszny sen: jeden z blogerów przyjechał do mojego rodzinnego domu, a że tak się składa, że się nie lubimy, cały dzień nie jadł, bo nie nie miał mu kto podać obiadu. Zaś z wielkiego, ciemnego drzewa spadło mi prosto w ręce ogromne pióro drapieżnego ptaka, garść piór :)

Wypiliśmy z mężem trunki poranne i ruszyliśmy w kierunku północnym ... na śniadanie. Kochany zaparkował w środku nietypowo opustoszałego miasta. Gdy szliśmy Clanbrassil St, z minuty na minutę uszka coraz bardziej mi oklapywały — większość sklepów była zamknięta, podobnie jak większość kawiarni i restauracji, w tym Trzecie Miejsce. My tymczasem ciśniemy do Króliczej Nory, rączka w rączka, przyciaśnie, bo miało być ciepło, wyszło trochę zimno. Niczego nie dało się wywnioskować z profilu restauracji na facebooku, bo takie dni jak bank holiday zawsze wprowadzają chaos informacyjny. Idziemy, idziemy, z daleka widzimy, że Królik wygląda obiecująco. Otwarty? Otwarty!

Jakie to było dobre! U mnie: jajka w koszulce, hash browns, zblanszowany szpinak, halloumi, pieczony słodki ziemniak, czerwona kapusta lekko podkiszona, pieczareczki i inne takie (tylko awokado za twarde na mój gust). Po śniadaniu wracaliśmy do domu przez Tesco, Blackrock i ... Drołdę ;D W Tesco zakupy chemiczne (Fred celował w obniżki cen na mydła i płyny). W Blackrock przystanek dla Little Rocksalt — kupiliśmy kolejne kawy, tym razem na wynos, oraz ostatni kawałek sernika baskijskiego do podziału (wcześniej wypiłam cappuccino z mlekiem, bo mi się zapomniało, że laktoza i takie tam, facepalm, więc wiedziałam, że i tak pożałuję).

 

W Drołdzie przystanek przy polskim sklepie (skończyła się mi zielona liściasta herbata z Herbapolu). Tak to dopiero o drugiej po południu znaleźliśmy się ponownie na wsi. Chwila kręcenia się, nawet rozmowa z Anne, i po godzinie wyszliśmy na spacer nad morze. Mieszanka odczuć temperaturowych, ciepło, chłodno, ciepło ... nad wybrzeżem wisiały ciemne chmury zapowiadające deszcz (znowu zmyłka). Byłam na tyle zatopiona w przebieraniu nogami i rozmowie, że zapomniałam o robieniu zdjęć. Prosta, fizyczna przyjemność. Reszta dnia spędzona przed laptopem; obyło się bez obiadu, dojadłam za to wczorajszą sałatkę z tuńczykiem. Epizod: na chwilę wykluło się postanowienie obejrzenia najnowszego filmu Zbynia, ale dostęp do pliku był tak irytująco skomplikowany, że dobrych intencji nie wystarczyło na długo. Powoli wycofujemy się do sypialni. Trzeba, muszę, należy przesuwam na jutro.

6 komentarzy:

  1. Śniadanie wygląda bardzo apetycznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Dariuszu, zaskakująco dobre było. Nie mogłam od razu wciągnąć deseru, trzeba się było najpierw przejść :)

      Usuń
    2. Ja nie jestem pewny, czy rano dałbym radę samemu śniadaniu w takich rozmiarach.

      Usuń
    3. @Dariuszu, zeszło trochę czasu, zanim dostaliśmy się do miasta, o jedenastej byliśmy już mocno głodni :)

      Usuń
  2. Odpowiedzi
    1. @Tomku, nieprawdaż? Ale na dwoje nie aż tyle (na szczęście).

      Usuń

Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.