Sobotę rozpoczęłam od skrolowania w telefonie, bardzo brzydka sytuacja, obiecuję sobie poprawę. Po obiedzie wyjeżdżaliśmy na Dublin, więc dzień rozpadał się na dwie części. Rano szum pralki, kocie posapywanie przez sen, lektura (mąż pisze), przeleciałam się na szmacie w Kuchniosalonie, w tym czasie mąż wyprowadzał koty — Manisławę znowu coś użarło w puchatą łapulkę, łapulka spuchła, ale będziem żyli.
Po obiedzie miałam lekkie załamanie nerwowe, gdyż nie miałam się w co ubrać. Na tę okoliczność Kochany nawet zawracał z trasy, ponieważ spódnica zrobiła się na mnie czegoś niewygodna i trzeba było mi zarzucić na siebie coś innego (mąż Kochany, nomen omen, okiem nie mrugnął).
Do wydarzenia pozostało sporo czasu, pojechaliśmy na Cork St do Flower & Bean, wzięłam herbatę na poprawę trawienia, a skoro trawienie w planach miało się mi poprawić, zjadłam również ciastko cytrynowo-truskawkowe :D Nie żałuję.
Ostatnia fotka już z "gdzie indziej", bo przejechaliśmy pod Bord Gáis Theatre i wstąpiliśmy do Caffè Nero. Tak sobie tam siedzieliśmy przy herbatach w papierowych kubkach prawie do siódmej, pocz
em spokojnie przemieściliśmy się pod teatr. W teatrze leciała
Melissa Hamilton's Ballet Star Gala, z Melissą Hamilton oczywiście, ale byli też inni tańczący, których nazwisk nie zanotowałam, oraz sopran, Rachel Croash.
W niedzielę pobudka późniejsza, bo położyliśmy się spać po północy. Na śniadanie dojadam wczorajszy ryż z pieczarkami (zwyczajowo, wbijam jajko i podsmażam na maśle). Kręciliśmy się po domu niepewni, na co mamy ochotę (w międzyczasie kolejne pranie zaczęło powiewać w ogródku z tyłu domu), Ka zadzwonił z historią i trochę zeszło nam na rozmowie telefonicznej. W końcu mąż zaproponował spacer "do obiadu". Wyszliśmy nad morze wczesnym popołudniem, na początku odczucie chłodu wzmagane wiatrem, w drodze rozeszło się po kościach, zaś w oku aparatu jak zwykle czyste piękno. Widziałam jeden dupelec śmigającego kłólika, ale miałam tylko aparat w telefonie, czyli z podglądactwa nici.

Jeszcze na ulicy Nadbrzeżnej spotkaliśmy Anne, która wracała do domu po zrobieniu większego kółka (przystanek, rozmowa). Naokoło Głowy szliśmy już z wieloma osobami przed i za, więc domyślałam się, że po dojściu do portu na rybę z frytkami będziemy musieli poczekać ... nie myliłam się: gdy się pojawiliśmy, kolejka właśnie się wysycała, czekaliśmy w ogonku około pół godziny, ale to i tak nic w porównaniu z osobami stojącymi za nami (kolejka do tej pory prosta zaczęła się zawijać w świński ogonek). Chłodny wiatr na szczęście zmienił kierunek i obiad z widokiem mieliśmy przyjemny (głodni jedliśmy w milczeniu, w tym miejscu co zawsze, na ławce zorientowanej na Góry Mourne). Po otarciu pyszczków spacer na chatę odbył się asfaltem — wąska droga prowadząca do portu nie ma pobocza, tymczasem w porze obiadowej coraz więcej ludzi wpadło na ten sam pomysł, pojechania na najlepszą rybę z frytkami w regionie, więc ciągle przystawaliśmy, żeby umożliwić samochodom mijanki. W domu o czwartej, wiadomo: koty na chwilę na smycz, płyny, odsapki. Kochany po odpoczynku zapragnął zrobić kilka dziur w ogródku i z zapałem zabrał się za kopanie w zieleni przed domem. Zrobiłam mu zieloną herbatę i zaniosłam (właśnie wysadza z doniczki Vialę), sama idę zrelaksować się po prysznicem.
___
edit po pracy dnia następnego: rano Kochany przypomniał mi, że w Dublinie, gdy przemieszczaliśmy się pomiędzy kawiarnią i teatrem, dwóch chłopaków na jego oczach ukradło siodełko roweru.
Fajny, relaksacyjny dzień.
OdpowiedzUsuń@BBM, a nawet dwa :)
Usuń