Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1 listopada. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1 listopada. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 listopada 2025

2146. Sobota przebimbana.

W mijającym tygodniu mąż zainstalował w Kuchniosalonie podnóżek z szufladą do przechowywania różności (zaraz zapełniła się kocim żarciem), oraz wymienił pudło z przyborami kawowymi bez pokrywy na pudło z pokrywą. Te i inne zmiany koty wzięły w posiadanie: przybyło im legowisko na pufie, legowisko na kawowym przyborniku i jeszcze jedno legowisko na krześle, które teraz stoi dziwacznie zawieszone nad zadaszoną kuwetą.

Dla mnie wolna sobota, dla Kochanego dzień w pracy. Częściowo słonecznie, więc wyniosłam małe pranie do zimnego ogrodu. Rozmówki internetowe: dwa razy z mamą, gdzie byli, komu znicze zawieźli, oraz historią ze Stu jestem zainteresowana, jak się rozwinęła (szwagier z dziewczyną pojawili się, ugościli się, zabrali samochód i ruszyli w górę mapy); z Kochanym, który w pracy konsumuje na przerwie lunch.

Nie było okazji cmentarnej, więc podróż sentymentalną zrealizowałam inaczej, grzebiąc w genealogii tatki, przyglądając się jego dalszej rodzinie "po nazwisku": najstarsi byli Ignacy i Salomea, ale skąd oni, z której to Wyszyny, któż to wie. Poza tym nadrabiałam Emisię, zajrzałam też na jakieś podsumowanie dalszych sezonów grubych sióstr (już to nie dla mnie, ten poziom amerykańskiego prostactwa drażni mnie niemożebnie, pewnie to z powodu ogólnego przewartościowania w moim życiu, więc odcinek wchodzi ledwo ledwo; oczywiście, psychopatologia bywa ciekawa, ale męczy).

Przeczytałam króciutką historię To jest Ales Fossego (ArtRage, 2025), za dwoma posiedzeniami, porannym i wieczornym; to drugie, gdy Kochany rozmawiał z bratem, który już dojechał do Wawy (kolejny tekst w klimacie święta zmarłych :)) Sobota została przebimbana, za chłodno na spacer z wietrzeniem czerepu, więc mam teraz niedobór sensu. 

niedziela, 3 listopada 2024

1781-1783. Jestem, czytam.

Piątek
Moje Kochanie było przekonane, że dzisiaj ma wolne, złudzenie prysło dopiero w porze czwartkowowieczornej. W ciągu dnia kręcę się po domu, słucham Woydyłło, ale bez przekonania, najbardziej to jutram. Rozmawiam z mamą (pogoda w Polsce bardzo ciepła), odbieram od niej zdjęcie grobu prababci Antoniny (pokrzepia mnie, że data jest taka jak trzeba, prababcia rzeczywiście była 10 lat starsza od pradziadka, znaleziony akt urodzenia naprawdę należy do niej). Z Kochanym obejrzeliśmy do końca Rękopis znaleziony w Saragossie (1965) Hasa; jest moc, fakticznie. W Browsku pada, zwierząt brak, liście lecą z drzew :)

Sobota
Śniadanie i słuchanka. W południe ukończyłam nareszcie Woydyłło i zaczęłam czytać Baltazara, autobiografię Mrożka. Odjaniepawlając chwilowo boginię ogniska domowego mężowi z pracy powróconemu zaserwowałam dzisiaj frytki, piersi kurze, smażone oraz pieczarki faszerowane. Za oknem nadal szaro. Podobno na niebieskiej plaży (wieki tam nie byliśmy) wylądowało stado łabędzi z Islandii, naprawdę wielkie, na oko ponad sto osobników. To co tam w Browsku? Tylko trzy jeleniowate.

Niedziela
Śniadanie identyczne jak wczoraj (ciągnie mnie do tuńczyka wymieszanego z jajkiem i pomidorem). Szarość identyczna. Odkładam przygotowywanie się na jutro, aż w końcu biorę się za te tabelki i logiczne myślenie, co mi zazwyczaj idzie nieźle. Przed siódmą (jestem po prysznicu, Kochany jest po obiedzie) skończyłam czytać Baltazara Mrożka (Noir Sur Blanc, 2024). Okokonienie zaowocowało trojaczkiem blogowym. Taka to widocznie listopadowa konieczność.

środa, 1 listopada 2023

1416. Kasłu kasłu.

Rano zatekstowałam do Saren, że dzisiaj nie przychodzę. Męczy mnie kaszel i ból głowy, zobaczymy jak będzie jutro (mówiłam sobie), na razie doktora mam umówionego na piątek, ale może się okazać, że poczuję się lepiej. Kochany też miał dzisiaj wolne, więc mogliśmy spędzić razem tę ponurą środę. Napisałam wspomnienie o Rysiu z przeznaczeniem na stronę z kondolencjami, poza tym kasłałam, gadałam, piłam płyny na poprawę ogólnego funkcjonowania, siedziałam też w genealogii (jakiś czas temu napisała do mnie potencjalna krewna z pytaniem-pretensją, czy bym mogła podać jej więcej szczegółów o praprapraprapraprababce, bo ona by chciała wiedzieć, a tu — na MyHeritage, wszyscy od siebie ściągają — gdy chciałam zobaczyć jej drzewo, okazało się, że było zablokowane; jednym słowem dej, poszukaj, to ja będę miała; głupia cipa niech czeka na odpowiedź do świętego nigdy). 

Od rana deszcz i chłód — w taką pogodę Rysio siedziałby w sypialni z nosem zakrytym ogonem. Po małym obiedzie (oboje nadal mamy żołądki zawiązane na supły), jedziemy do weta zapłacić za kremację (€382) oraz do Lidla, żeby kupić chleb, poza tym chce się mi jabłek. Przy wyjściu jest licznik zadowolonych klientów, można kliknąć w zieloną buźkę, więc jak zwykle klikam trzy razy, za siebie, za Freda, za Rysia. To się nie zmieni. Dzwoniliśmy do moich rodziców. Udekorowali groby, ale nie pojawili się w czasie oficjalnych obchodów, i bardzo dobrze. Nie dowiedzieliby się tam niczego nowego.

Trzy Rysiowe miseczki są umyte i gotowe do schowania. Błyskawiczne (żeby za długo o tym nie myśleć) sprzątanie Rysiowej szafki oraz zapasów skitranych w schowku przy piecu odbyło się wieczorem. Gdy Anne pojawiła się w domu, wyszliśmy do niej obładowani jak pomocnicy świętego Mikołaja. Sąsiadka dostała dwie paczki pierogów (ruskie i z jagodami), do tego pudełko kwaśnej śmietany i książkę o Jeleniej Górze (po angielsku). Od Rysia dla Junony przytargaliśmy trzy duże torby kociego żarcia najlepszego sortu. Gdy kończyliśmy opis stanu toreb, na horyzoncie pojawił się Majkel, może pijany, na pewno wzruszony. Też widać po nim, że kochał tego kota, choć jak sam twierdzi, niekoniecznie z wzajemnością ;)

Gdy skończyliśmy jeść lekką kolację, zadzwoniła Kaś Matka Kotom: rozmawiamy o jej kotach i gdzie będą stały ich urny z prochami, o ateizmie, nadchodzącym wyjeździe na ślub. W międzyczasie opublikowałam wspomnienie o Rysiu na stronie wsi, więc czytamy reakcje mieszkańców i oglądamy cudze zdjęcia. Ludzie go lubili, to był wyjątkowy kot. 

wtorek, 1 listopada 2022

1051. Otwarcie stołówki.

Przy poprzednim grafiku byłabym dzisiaj w Centrum, a tak to tylko papierologia dla Gronji, którą zrobiłam online w prawie 4 godziny (myślałam, że to klikanie na maksimum dwie, a tu niespodzianka). Fred zdążył wrócić ze swojej pracy, gdy jeszcze się grzebałam i przyniósł mi prezent, brązową kamizelkę Tahari z czystego merynosa. 

Po południu Kochany zrobił ciche otwarcie ptasiej stołówki (jest ziarno, są kulki dla szpaków) i poszedł na drzemkę. Pogoda była na tyle ładna, że z braku towarzysza do spacerów pogrzebałam w ziemi. Przycięłam do końca badyle przekwitłego lucyfera, przesadziłam knautię scabiozę z dużej donicy przed drzwiami (blożek, proszę blożka, nie podpowiada mi, kiedy ją tam wsadziłam; ani nawet mi nie mówi, że po polsku to świerzbnica, pewnie dlatego, że to driakiew) do terakotowej doniczki mniejszych rozmiarów, a do dużej wsadziłam pospołu cebule narcyzów Golden Bells i karłowatych tulipanów Little Princess. Do osobnej doniczki wysadziłam Ripy van Winkle (czyli jeszcze trzy zestawy cebularzy czeka na swoją kolej do utknięcia gdziekolwiek). W międzyczasie zrobiłam Fredowi makaron z pesto, po którym małżonek wrócił do śpiączki. Myśli o podatkach tak mnie podminowały, że prasowanie przyszło mi do głowy, w związku z czym przy okazji obejrzałam ostatni odcinek 15 sezonu Midsomer. No i tak pierwszy dzień listopadowy mija powoli, a obudzony Fred nurkuje w lodówce w poszukiwaniu placków ziemniaczanych (z polskiego sklepu) na kolację.
___
edit 21:55 Po kolacji wjechała na ekran Wojna polsko-ruska (2009) z Szycem (na początku szeleścimy z Kochanym papierkami cukierków). Książkę Masłowskiej przeczytałam przed pandemią, w filmie też jest moc, choć widowni bohateropodobnej może nie śmieszyć. 

wtorek, 2 listopada 2021

685-686. Dywersyfikacja przyjemności.

Jak to się stało, że przegapiłam niedzielne przestawienie czasu na zimowy? Zauważyłam w poniedziałek rano, i to tylko dlatego, że przeczytałam o tym w sieci.

Wczoraj skończyłam pracę o dwie godziny wcześniej, ponieważ Luiza była chora i chciała się urwać. Nowiny są takie, że straciliśmy dwóch uczniów, zostali John i Katie. No cóż, przyjęłam to z ulgą. Pracę na dzisiaj miałam już w połowie zaplanowaną, wczorajsze popołudnie mogłam więc poświęcić na nadrabianie oglądania vlogów i czytanie nowej książki, Bezbożnika Piotra Szumlewicza (Czarna Owca, 2021). Jeszcze w drodze do domu zadzwoniłam do mamy, która pokrótce zreferowała mi, co tam "na grobach". Reszta dnia śnięta, czułam się jakby przeziębienie wracało. 

Wtorek w pracy minął szybko, chociaż dzieciakom zadania się oczywiście ślimaczyły. Luiza postawiła mi kawę, muszę pamiętać o rewanżu, gdyż to nie są tanie rzeczy ;). Po pracy pojechaliśmy z Fredem do Termon na obiad, Kochany ponownie zamówił ser kozi (666, pentagram, powiedział mąż, meeeee, zaintonowałam ja). Wieczorem zadzwoniliśmy do teścia z życzeniami urodzinowymi, mamy oczywiście bezustające zaproszenie do Nowej Aleksandrii.

Zupełnie mi się pomieszało o której godzinie miałyśmy się spotkać na zoomie w grupie projektowej, ale koniec końców wzięłam udział i wiem, co robić dalej. 

Wieczorem dokończyłam rozpoczętą wczoraj lekturę. Obleci, chyba nie jestem targetem, zbyt to wszystko banalne dla starej wyjadaczki.
___
Bryk z przepisu na poniedziałkowe apple tart zrobione pod okiem Dejwa:
225 g mąki przesiewam i dodaję 125 g masła, które wcieram palcami w mąkę. Powinna powstać sypka, żółtawa masa do której dodaję kilka łyżek zimnej wody (oficjalnie 150 ml, ale to nieprawda). Mieszam piasek widelcem do połączenia składników, rękami dotykam tylko chwilkę, żeby uformować kulkę, którą idzie w folię spożywczą i do lodówki. Farsz jest z 4 pokrojonych w kostkę jabłek i 2 łyżek cukru. Okrągła foremka zostaje wysmarowana masłem. Ciasto (po schłodzeniu) zostaje przecięte na pół i rozwałkowane tak, aby powstał spód i czapeczka tarty. Brzegi skleja się rozmąconym jajkiem, ciasto po wierzchu też się nim smaruje. W czapecze dobrze jest zrobić kilka dziurek. Pieczenie trwa ok. 30 min. na poziomie 6.

niedziela, 1 listopada 2020

320. Tutaj.

Na kota czekałam, literalnie, do północy — usłyszałam o tej porze łapki istoty wskakującej na parapet z zewnętrznej strony okna. Gdy wstałam sprawdzić, Ryszard akurat przeskoczył na pokrywę śmietnika i intensywnie patrzył w kierunku wschodzącego księżyca, widocznie musiał powiedzieć narta duchom, które się za nim przywlokły do naszego ogródka. Zawołany, ucieszył się i energicznie wlazł do domu, pewnie miło spędził halloweenowy wieczór. Fred wrócił o spodziewanej godzinie i miałam dla niego taką radosną nowinę, że kot był nie zaginął z zapaleniem płuc jak ostatnio. Teraz oboje śpią w jednym łóżku, wchodzę do sypialni, a tam dwa chrapiące ryjki w fazie nrem :)

Nie brakuje mi 1 listopada w Polsce, od wielu lat z rodziną święta były ostrożne, spokojne, nasze. Teraz jestem tutaj i jest dobrze. W naszej Irlandii to pierwszy dzień zimy; pierwszy sztorm sezonu, Aiden, wysztormia się do pusta. 

Wróciłam do zapisywania tego, co robię, bo bardzo potrzebuję ustrukturyzowania dnia, ewaluacji, coraz bardziej się ze wszystkim rozłażę, niedługo zrobię się gnuśną, starą babą. Mam niby-bullet journal, stary zeszyt w którym zapisuję jakie mam nawyki. Cieszy mnie pisanie piórem.

A Szerlok u mnie na wykończeniu. Wczorajszy odcinek, The Golden Pince Nez, był wspaniale zagrany, Brett miał jakby więcej wigoru, chwilami powróciła zalotność postaci z dwóch pierwszych sezonów. Czekając na przebudzenie męża, z okazji święta zmarłych zapewne pochłonę dwa kolejne odcinki.