Po południu radykalna zmiana pogody — przyjemne słonko, na wsi daleki pomruk morza i delikatna mgła pomiędzy budynkami, nierealna, jak wzroku zamglenie. Podczas naszej nieobecności (przyjechaliśmy późno, Kochany godzinę przebijał się przez miasto pod moje biuro) w obejściu stała się magia: niewidzialna ręka naprawiła dziury w płotach, zamontowała brakujące pokrywy do wentylacji, podwiesiła kabel od sieci internetowej, dom wygląda na czysty i zrównoważony.
Lubię chodzić z Bronią pod drzewiaste cyprysiki (wronie drzewa), lubię ich zapach, koty pewnie też, choć dla nich to jeszcze zapachy szczurze i ślady innych przygód dla mnie niedostępnych. Felek, przybłęda rodziców, nie lubi mieć na sobie uprzęży, już się o to pogniewał, tak mi mama zrelacjonowała podczas kociego spaceru. Nasi nowi, młodzi sąsiedzi mają czarnego labradora, ale to nie koniec psich aktualizacji. Są też dwa dogi, jeden w kolorze pustyni, drugi arlekin, wielki jak koń. A my z dwoma kotami chowającymi się przed psami za krawężniki :) Mały wzrusz: podczas kociego spaceru przechodzący chłopiec powiedział na nasz widok: I remember Richard the cat! Obiad po spacerze. Mieciu drugi raz zrobił to samo ciasto, tym razem mu wyszło (nastawienie robi różnicę).
