Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozalka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rozalka. Pokaż wszystkie posty

sobota, 18 lipca 2026

2405. Przedostatni.

Najlepiej śpi mi się nad ranem ... pewnie dlatego, że wtedy jest najchłodniej ... budzi mnie głos mamy obwieszczający, że jadą z tatkiem na targ i wrócą niebawem.

Wyskrolowałam wiadomość o śmierci pani z wrocławskiego "antykwariatu z kotem" (Małgorzata Chabińska-Piątek). Zeszłej soboty zatrzymałyśmy się z mamą przed ich witryną. Dwa lata temu przechodziliśmy obok z Kochanym, natknęliśmy się na panią Małgorzatę, zamieniłyśmy kilka słów o imionach towarzyszących jej zwierząt, o Dantem. Człowiek mi nieznany, mimo to osad zaskoczenia przemieszanego z niepokojem.

Po śniadaniu flaneryzm: Kot i park zdrojowy. Poobiednio około piątej (słońce nadal grzeje) spacer z Kochanym na cmentarz.

Koty rodziców dzielą się na residentes i visitantes. Do tych pierwszych należą niewychodzący Niunia, Wojciech i Józia, wychodząco-domowi Rózia, Rozalka, Gosia i Zofia oraz Mruczysław ogrodowy. Miauczysław i Filemon chyba też liczą się jako mieszkańcy ogrodowi, choć ich status jest nadal uchodźczy. Wśród visitantes są dwa czarne koty (w tym jeden kulawy) oraz jeden czarno-biały.

Rozalka z Gosią Psem

Jeden z bezimiennych visitantes

Miauczuś residente podczas obiadu w ogrodzie

Residentes: Rozalia, Mruczysław, Róża, Zofia

Uaktualniłam wiedzę na temat grobów zwierząt w ogródku na tyłach domu (zdjęcia z odręcznymi notatkami; las rośnie). Objadłam się fasolką. Pokręciłam w obejściu. Zadzwoniliśmy do świekry z życzeniami. Fred już ustalał, kiedy zobaczymy się ze Stu, ale hamuję piętą, nie czuję potrzeby pakowania się i innych takich. Samo przyjdzie. Z niechęcią myślę o powrocie do pracy. 

niedziela, 12 lipca 2026

2399. Dzień trzeci.

Dzień zaczęłam od umycia włosów, coś mi przeskoczyło w plecach przy tej okazji, na szczęście rozeszło się po kościach. Rosół domowy, niespodziewana drzemka, obiad o drugiej, wyjazd do Tcy (Kot, bazylika przed mszą, park, Markiza); przez całą niedzielę zbierało się na deszcz i w końcu się zebrało, akurat w czasie, gdy na powrót byliśmy na wsi. Ploty o szkole przy kanapeczkach wieczornych. Poirot 4.03. & 5.01 (nadal zerkam). Spokojny dzień, nadrobiałam ostatnie niedospania, pozbierałam myśli, jutro lecim dalej, bardzo dobrze :)






środa, 24 grudnia 2025

2199. Wilija’25.

O 3:27 padał śnieg. Prawdziwy, najprawdziwszy, mokre kłapcie. Gdy wstałam rano, nie było po nim śladu, ech. Śniadanie, krokiety, wyjazd na cmentarz (ziąb dotkliwy), dokańczam robić sałatkę, woda ze śledzia na obiad, i tak dalej. 

Tymczasem Jagiełło wygrywa pod Grunwaldem, a Baśka zaprawia Azję w łeb, jak co roku. Za ozdoby służą tylko światełka, nie mamy żadnych stroików, totalny minimalizm ozdobowy.

I jeszcze Wojtuś wylegujący się na rozłożonym łóżku, Rozalka, z której zrobiła się duża, okrąglutka dziewczyna, oraz Zosia Kot, która właśnie dzisiaj dała się namówić tacie na przebywanie w domu (najpierw owrzeszczała dyjabły i długo żądała otworzenia drzwi na dwór, ale w końcu są święta).



Po piątej zasiedliśmy do kolacji. Kochany też akurat jadł uszka. Ponownie połączyliśmy się z mężem mym przez messengera, gdy z rodzicami zaczęliśmy wyjmować prezenty. Gdyż, poza dużą ilością łakoci:

oraz bransoletka "codzienna" z turmalinem i hematytem. Książki czekały na mnie od wielu dni, nie zerkałam na nie, choć mogłam, chciałam mieć miłą niespodziankę właśnie dzisiaj. Wszystkie prezenty bardzo mnie cieszą i cieszy mnie to, co daliśmy rodzicom. 

Po kolacji mama długo rozmawiała z kuzynką Es, Kochany zaś w domu połączył się z innymi ludźmi, w tym z ciocią Ce, która, proszę bardzo, ma koty terapeutyczne.

Wczoraj późnym wieczorem, gdy lekka bezsenność szczypała mnie w nos, zaczęłam nawet czytać Ucztę Trymalchiona Petroniusza, ale cóż :D trzeba to odłożyć, bo dzisiaj wywiad z Fossem, przy jednoczesnym zerkaniu na Śledztwo siostry Bonifacji. Jest mi dobrze :)

wtorek, 23 grudnia 2025

2198. Wtorek przed świętami.

Spałam mniej niż trzy godziny, obudziłam się po piątej i tyle w temacie, nie mogłam już dłużej, głowa nadal frunęła nad Europą (towarzystwo miałam paradne, jakiegoś pijaczka, który był synem innego pijaczka, szczęście w nieszczęściu załapałam się na sąsiedztwo młodszego, który dysponował większą ogładą i pełniejszym uzębieniem). 

Zapach gotowanej kiszonej kapusty (mama doprawia bigos); świeże bułeczki, domowy pasztet, Kojak na ekranie. W reklamach tłuką "czas dla siebie" i ideę świąt nieidealnych — popelina podłapała nowe hasła, teraz będą jechać na nich na 120%, jak zwykle bez umiaru i zdrowego rozsądku. Umiar i adekwatność to trudne sprawy.

Rano bardzo miła niespodzianka (dpd pracuje):

Stara gwardia się nie poddaje (w głębi Wojtuś, Rózia, Rozalka), daje odpór małym dyjabłom, nie daje się z domu wyrzucić:

Wczesne popołudnie spędziłam niezwykle przyjemnie. Wyjechaliśmy do miasta. Na chwilę, dosłownie na kwadrans, zaszłam do fryzjera, w tym czasie rodzice podjechali do sklepu. Po fryzjerze Rossmann. Tutaj nieco suspensu, bo straciłam połączenie z Internetem, czyli kontakt ze światem, dobrze, że się z rodzicami odnaleźliśmy bez dodatkowych perturbacji (gdy wyszłam z drogerii, nasz samochód stał centralnie piętro niżej). Postanowiliśmy zjeść obiad u chińczyka, udało mi się też zaprosić rodziców do Kota:

Zimno, szaro, ale jesteśmy szczęściarzami, mamy wszystko, czego nam potrzeba. Może poza wkładami do zniczy, więc po powrocie na wieś i po krótkiej inspekcji grobów, kupiłam osiem wkładów, których użyjemy jutro.

Późniejsze popołudnie relaksacyjno-praktyczne (jest też kontakt z Kochanym i wieści z innej wsi); mama doprawiła bigos  + obrała pieczarki, starłam część pieczarek (farsz do krokietów jest już gotowy), smażenie naleśników zabrało mi ledwie pół godziny. Tatko w tym czasie opiekował się zwierzyną. Na koniec dnia, słuchając jednym uchem Vabanku doczytałam Pałac Myśliwskiego (PIW, 1973). Czarne dyjabły poddają moje otoczenie ostrożnej inspekcji.

Czy spadnie śnieg? Byłoby bardzo miło :)

piątek, 30 maja 2025

1991. Ikoniczny look odzyskany.

Jeszcze wczoraj zaczęłam czytać Paśnika Tak szybko się nie umiera.

Zosia potrzebowała całego tygodnia, żeby jako tako oswoić się z naszą obecnością. Widziała mnie już przecież przy kilku ostatnich wizytach, ale dopiero dzisiaj pierwszy raz był głask bez salwowania się ucieczką, koteczka tylko mruknęła i czujnie obserwowała, czy dla Rozalki też będzie głaskanie. Sprawiedliwa procedura nieco ją uspokoiła :)

Poranek szary i wilgotny. Kochany pospał nieco dłużej, w tym czasie używałam jego laptopa do szurania po znajomych miejscach (sama przyjechałam z mniejszą walizką i zostawiłam cięższy sprzęt elektroniczny w domu). Powoli następuje podsumowanie wizyty, wracamy przecież jutro.

Książka, drzemka, za oknem wiosenny deszcz. Wyjeżdżamy do miasta przed pierwszą, bo fryzjer. Najpierw Kot. Zostawiłam Kochanego nad kawą i poszłam na chwilę na suche cięcie: tylko podcięcie końcówek na prosto i bardzo krótka grzywka (zupełnie niechcący odtworzyłam swój ikoniczny look z końca lat 80. :D Może to jest właśnie to?). I jeszcze lody w Bezie (małżonek mnie obfotografowuje, bo jestem ładna).

Wróciliśmy do domu tuż za rodzicami. Obiad był w dwóch turach (frajer nie mieścił tyle różności za jednym zamachem). Po obiedzie poszliśmy z Kochanym na cmentarz, bo wieczór był piękny, nareszcie trochę słońca i ciepła.

Przy kolacji politykujemy, potem zerkamy na Kości w tv. Czytam.

środa, 26 lutego 2025

1898. Dobre wiadomości.

Coś mnie rano strzykało między uszami, żeby zajrzeć na emilka pracowniczego. Okazało się, że jeszcze w piątek dostałam zaproszenie na drugą rozmowę. Aaaaaa, major fail. No cóż, potwierdziłam termin na przyszły tydzień (nie powinni byli pisać na tego maila, bo nie taki mieli podany na CV. Aggghhrhr!). Drugim strupem na głowie była poranna wizyta Kochanego u onko, mieliłam ją cały czas we łbie, bo wiadomo, wszystko jest świetnie, aż przestaje być świetnie. Kochany tymczasem rozmawiał o dziesiątej rano z profesurem (tym, któremu kiedyś dłoń uścisnęłam osobiście) i onkologicznie jest bardzo dobrze, czyli nic ciekawego, żadnych zmian w kształcie łba konia i in., markery też w porządku.

Po śniadaniu i krótkiej rozmowie z Kochanym poszłam do sklepu po więcej wkładów do zniczy i zakręciłam na cmentarz. Przyjemny taki spacer, pogoda szara, ale wiosenna, w oddali słychać było żurawie na bagnach, kruki gadające do siebie w lesie za płotem i jakąś ptaszą drobnicę z godowymi przebojami.

Wyjechaliśmy z tatą do miasta trochę wcześniej, żeby odhaczyć zakup dobrej kawy w Kocie. A skoro byliśmy już na miejscu, zaprosiłam tatę na kawę na miejscu. Potem zakupy kociego żarcia, i czekanie na mamę. W rozkmince bigosik czy testowanie restauracji pogodziłam obydwie sprawy. Zaprosiłam rodziców na obiad do Taorminy (może być, rodzicom smakowało), bigos maminy był zaś na kolację.


W temacie domowym, Rozalka kręci się obok mnie bezustannie. To mała dziczka, kiedy bierze się ją na ręce, jej małe ciałko zastyga, spina się, chce zwiewać, ale pomimo tych naturalnych skłonności koteczka odkryła, że ręka mizia za uszkami i drapie pod bródką, a temu trudno się oprzeć.

Po bigosie szarlotka (kupna oczywiście, z piekarni Familijna), rozmowa z Kochanym przez messengera, zaleganie pod kołderką, życie jak w Madrycie.

wtorek, 29 października 2024

1778. Idziemy razem.

Obudziłam się godzinę przed budzikiem, a jakże.

Dostałam propozycję robienia całego poniedziałku, zamiast pracy w odcinkach. Zgodziłam się, choć nie wiem jak dzieciaki to zniosą ;). Kochany przyjechał po mnie o umówionej godzinie, zaparkował na tej samej ulicy i poszliśmy na lunch do CG. Po obiedzie była jeszcze kawa i ciastko w Czarnej. Dobrego mam męża, czułego; jakoś próbowaliśmy znieść to popołudnie; rok temu zginął Ryszard (Bán jakby wiedział, przylazł z samego rana, dla odmiany cały czyściutki, nawet uszy miał umyte). A dzień podobny jak rok temu, szarość, niespodziewany chłód, miasto pełne ludzi, Halloween spirit all over, sporo buskerów wzdłuż głównej ulicy, nie jeden jak zwykle, ale kilku po obydwu stronach.

Zadzwoniłam do mamy po czwartej naszego czasu. Mama siedziała w samochodzie i czekała na rozwój akcji, bo dosłownie kilka minut wcześniej tatko wyszedł z psem do lecznicy. Czatowałyśmy tak z czterdzieści minut i nic się nie działo, tylko po tamtej drugiej stronie zapadła noc. Wiadomości z domu: Rozalka czuje się lepiej, wczoraj dostała jeszcze jedną kroplówkę, tym razem podskórną, ale już jej wraca normalny Rozalkowy napęd. Podobno w szpitalu znalazła sobie kolegę z którym miauczała przez ścianę, mała gaduła.

W kinie domowym obejrzeliśmy Grzeszny żywot Franciszka Buły (1979) Kidawy. Scenografia czy też pokazanie życia cyganerii i codziennej śląskiej patologii jak najbardziej spoko.

Wracając zaś do Maksia, zadzwoniłam po godzinie, okazało się, że Maksio jednak nie będzie miał operacji. Źle to wygląda, guz na wątrobie i gdzieś tam jeszcze coś tam, szczegółowe wyniki będą za kilka dni. Tymczasem pies znudzony usg zasnął do góry nogami i zaczął chrapać. Kiedy wrócił do domu, ze smakiem zjadł kolację. Nie ma sensu martwić się rzeczami o których nic nie wiemy.

sobota, 26 października 2024

1775. Sobota wychodna.

Obudziłam się bardzo wcześnie rano, trochę nie mogłam zasnąć, a potem jak chrapnęłam to prawie do dziesiątej. Po śniadaniu poszliśmy z Kochanym na spacer nad morze (pogoda nareszcie możliwa), po drodze sfotografowałam wyłysione gawronie drzewo oraz nowe "groby" z kośćmi wystającymi z trawnika. 

Spotkaliśmy Paula, brata Caroline, który wykazał się bardzo dobrą pamięcią.

Rozalka jest na razie w domu, w poniedziałek wraca do szpitala; jeszcze nic nie wiadomo, wprawdzie zjadła parę chrupek, ale sytuacja jest cały czas poważna. We wtorek będą się z kolei ważyły losy Maksia. Mama przy okazji wspomniała, że będąc na cmentarzu spotkała moją biologiczkę z podstawówki, zupełnie niepodobną do siebie. Rak. Tymczasem pogoda w Polsce piękna, dwadzieścia stopni, słońce, nie ma sensu umierać.

Tak sobie rozmawiałam z mamą, a Kochany robił obiad (spaghetti z sosem), więc mąż też dorzucił kilka grzybów do dyskusji. Gdy skończyłam, zaskoczyło nas pukanie do drzwi. Katlin przyprowadziła niezależnego radnego (facet wygląda, jakby miał zęby z Turcji; znam go ze sprawy Rysiowej), przywitaliśmy się, poskarżyliśmy się na drzwi i łazienkę, skarga została odnotowana (bardzo to było miłe ze strony sąsiadki).

Na wieczór pojechaliśmy do Ka&Jot. Po dyskusjach herbacianych próbowaliśmy we trójkę obejrzeć Figuranta (2023) Glińskiego, ale temat nas zmęczył w kilka minut (czy Karolek Wojtyła może coś zrobić źle/nagannie? Bez potrzeby oglądania całości domyśliłam, że nie w tym scenariuszu). Od Jot mamy słoiczek domowego dżemu z jabłek.

piątek, 25 października 2024

1774. Plany, choroby, ploty.

Mam wolne do wtorku (w poniedziałek jest u nas bank holiday z okazji Halloween), Kochany też będzie kilka dni pod rząd moim Kochaniem domowym, ruchy więc mamy wolne, niezobowiązujące. Po południu wybyliśmy na zakupy spożywcze, przed całą procedurą zachodząc do Costy. Gdy tak sobie siedzieliśmy na piętrze, niespodziewanie znalazł nas Ka (był w pracy, towarzyszył klientowi, nie mogliśmy dłużej rozmawiać), umówiliśmy się na sobotę.

W domu małżonek serwuje kalafior z beszamelem na obiad. Posilona, gruba jak bania, zadzwoniłam pod wieczór do taty i tutaj wiadomości dostałam niepokojące: mała Rozalka bardzo się rozchorowała, jest w szpitalu pod kroplówką. Kto by się spodziewał. Możliwe, że zatruła się jakąś rośliną zniesioną na zimę do domu. To taka pocieszna koteczka, bardzo mam nadzieję, że wyzdrowieje i będzie wesoła jak dawniej :( Mama przesypiała stres, tatko był ożywiony, właśnie wybierał się na rozmowę z weterynarzem.

Nareszcie odbyła się długo odkładana wideokonferencja z Luś. Konferencja łóżkowa, bo obie leżałyśmy pod kołdrami, co nie przeszkodziło nam nawijać przez minut pięćdziesiąt dwie. Kochany w tym czasie tworzył. 

Co jeszcze? Miły mój przez trzy dni jest na antybiotyku oftalmologicznym, do tego wykupił preparat nawilżający. Oko chyba ciut lepiej, wieczorem pomagam Fredowi pociapać się tym czymś w rodzaju maści.

poniedziałek, 1 kwietnia 2024

1567. Śmigus.

Sen raczej kiepski, najpierw nie mogłam zasnąć, potem mama obudziła mnie o czwartej rano na śmigusa (pewnie sama też nie mogła spać).

Po śniadaniu poszłyśmy z mamą na cmentarz (i tu widok dziwny: pod płotem cmentarza siedział w kucki jakiś gość, ewidentnie imigrant z Azji, który oglądał coś w telefonie). Nadal ciepło, ale nad lasem powoli zbierały się deszczowe chmury. Po powrocie załapałyśmy się na oglądanie drugiej części Emmy (1996) McGratha. Nareszcie pogłaskałam Rózię. Obiad. Poszłyśmy z mamą do drugiej rzeczki. Z tatką i Maciejem siedzieliśmy w ogrodzie (obserwowały nas dwie sroki); głaskałam Gosię. Poszłam na górę (do babci Mani) odwiedzić Stefana (zieleni się, nic mu nie dolega). Genealogia. Kolacja. Za oknem deszcz. Mama wcześniej kładzie się do łóżka. Wyłączam tv, więc słyszę jak tatko czyta jej z internetu nowiny pogodowe.




reministencje dziadkowej krajzegi

wtorek, 12 września 2023

1366. Ostatni dzień.

Kochany obudził się i sam pojechał do miast (dentysta, rejestracja i ubezpieczenie auta, fryzjer), wrócił dopiero w porze obiadowej. Większość dnia ćmił mnie łeb (pewnie z powodu diety bezkofeinowej), kręciłam się po domu pod okiem asystentów kuchennych:

Mój bilans pobytu w Polsce jest na plus. Poza niekończącym się serialem poprawek do pracy (nadal jest mętna) same bonusy. Nie sądziłam, że załapiemy się na taką pogodę, bardziej spodziewałam się świeżych bułeczek kupowanych przez tatę codziennie o poranku (i słusznie, będzie mi tego brakowało). Fredowe boje z polskimi urzędami to inna opowieść, niestety element ludzkourzędowy często tu zawodzi (mimo wszystko samochód zarejestrowany, ubezpieczenie zapłacone). Pocieszają dobre kawiarnie, choć męczy mnie unikanie wzroku innych ludzi.

Jestem odprawiona i prawie spakowana. Sen będzie trwał chwilę, bo wylot jest ekstremalnie wcześnie. Na pożegnanie siedziałam z mamą w ogródku na bujanej ławce. Po kolacji oglądanie Columbo, 3.6. 

środa, 30 sierpnia 2023

1353. Przeskok.

Pobudka po trzeciej. Ubrałam się, skrolowałam trochę sieć, w końcu wyszłam na przystanek zatrzaskując za sobą drzwi. Wszystko było dzisiaj mniej więcej na czas, przyjechałam na lotnisko na tyle wcześnie, że jeszcze zjadłam śniadanie. Lot raczej spokojny, z niewielkimi turbulencjami, z pięknymi widokami na wodę po której ślizgały się małe, białe plamki. 

W Polsce pojawiłam się przed południem (znękana obcierającymi mnie butami, za to zadowolona z mężowskiej asysty). Pojechaliśmy od razu do Tcy, najpierw na obiad do Mozzarelli 2.0, potem do fryzjera, na końcu do Kota (kawę podawał pan Kornel; buty zostały wcześniej wymienione na inne, plastry na pięcie te same):

No i proszę, gdy pojawiliśmy się w lesie pod domem, najpierw przywitała nas Malinka (sierścią na spodniach). Reszta hodowli też cała i zdrowa (taka np. Rozalka rozmazana na zdjęciach):

Dzień jest szary, od czasu do czasu pada drobny deszcz. Jemy fasolkę szparagową, kanapki z pomidorem, pychotki z bitą śmietaną (oraz maliny, ale to już tylko z mamą, dzielimy się owocami z jednej michy). Fred zmęczony, wziął ketonal i już położył się spać. Jest po dziesiątej czasu polskiego.

niedziela, 5 lutego 2023

1147. Pokraczne sukcesy.

Przez kilka godzin biedziliśmy się z Fredem ze złożeniem aktualizacji informacji do karty medycznej na temat naszego stanu finansowego. O matko! Przestawiliśmy wspólnie pralkę do pozycji w której była sobie spokojnie, dopóki Kochany nie zaczął czegoś tam sprzątać (ze stresu, że wypełnia papiery). Dzień się nam przez to rozwlekł i już nie wybrałam się na spacer, chociaż kilka dni temu miałam w głowie piękną wizję dalekiej wędrówki w oparciu o ulotne prognozy pogody. Prognozy prognozami, ale trochę zimno. Tymczasem w Polsce leży cienki śnieg, rozmawiałam z mamą, która pokazała mi okoliczności przyrody. Widziałam małą Rozalkę brykającą rezolutnie w czerwonym kubraczku zawiązanym w kokardki na plecach. Wiem też, że koty sąsiadów dochodzące są dwa, łaciatemu Filemonowi tatko smaruje poranioną łapę jakimś mazidłem od weta. 

Rozmawiałam z mamą o planach marcowych i zaraz oczywiście w głowię się mi zaczęło tłoczyć, co to możnaby zrobić, albo gdzie nie pójść. Na głównej scenie Teatru Capitol w czasie naszego pobytu nie ma rzeczy, które koniecznie chciałabym zobaczyć, ale oboje z Kochanym w tym samym momencie zaczęliśmy się ślinić na Cesarza z Mikołajem Woubishetem jak szczerbaty na suchary, więc kto wie. Chciałabym odwiedzić z mamą Muzeum Narodowe, żeby przy okazji powłóczyć się wzdłuż Odry. Wiele zależy jednak od pogody. 

Tymczasem u nas słońce. O trzeciej Fred ubrany w swój mundur zarzucił torbę na ramię, dał mi całusa i tyle go widziałam. Midsomer 18.6 było. Mózg przerzucał mi kartoteki w poszukiwaniu twarzy Davida Yellanda, takiej, jaką znam z serialu The Bretts. Nie wiedzieć kiedy zrobiła się szósta, a tu nic nie stworzone, oczy się zamykają, mózg nie chce wziąć się do pracy, tylko wertowałby blogi wariatów. No i cóż, jakaś tam drobna robótka intelektualna wykonana, informacja o naliczeniu kary za zwłokę z biblioteki uniwersyteckiej przeczytana, pierwsza marchewka maczana w jogurcie czosnkowym ze smakiem zjedzona. Fred w czasie swojej przerwy na szamę mówił mi, że może wróci nie tak znowu późno. Już powiedziałam kotu. No to czekamy. 

środa, 1 lutego 2023

1143. Oh, you pretty things.

Ranek z Bowiem i jedną z jego lepszych płyt, Station to Station (1976).

... i tą pościelówę lubił Srogi Kris, rzekł Fred o ostatnim kawałku.
Srogi to był Fred, Kris był Jebnięty, rzekłam ja, bo swoje wiem.

Zadzwoniłam do tatki zapytać się jak tam Rozalka po wczorajszej sterylizacji. Kot na dobre rozpanoszył się w pokoju babci Mani, podobno bryka w kubraczku i sobie nie szkoduje. Space Oddity (1969). Pizza na obiad (bo były resztki cheddara do zużycia). Drugi dzień nie chce się mi wychodzić na dwór, cierpią przez to statystyki kroków, cierpi moja głowa nieprzewietrzona. Ale cóż, jakoś do przodu. Nawet ruszyłam zadania z kursu TT i tekst magisterki, odrobinę, ale zawsze to miło. Pomiędzy obejrzałam Midsomer, odc. 18.5, Święci i grzesznicy z Julią Sawalhą. Wiatr znowu duje. Fred pomachał mi z Banbridge snując marzenia o kupieniu przenośnego gazebo. Pewnie wróci w środku nocy i wypuści kota na spacer. Hunky Dory (1971). Ależ na ten wspólny z Fredem wyjazd za miesiąc się cieszę jak norka. 

czwartek, 5 stycznia 2023

1116. Pierwszy czwartek.

Ach, same powody do dumy. Założyłam konto oszczędnościowe. Wyprasowałam mężowi gatki. Kot zrobił kupę. 

Kochany znowu w wieczorno-nocnej pracy. Kiedy wracałam do domu było już po zmierzchu, ale Anna i tak mnie wypatrzyła. Uścisnęłyśmy się, dostałam życzenia noworoczne i podziękowania za bożonarodzeniowy wieniec (już wcześniej widziałam, że nadal wisi na jej drzwiach). Ryszard dobrze podjadł na kolację, ładnie zmiótł też tabletkę, a mnie przy takiej okazji zawsze kamień spada z serca. Motywacja do twórczności studenckiej słabiutka, wolałam nastawić pranie, wyprasować coś i zacząć oglądanie siedemnastego sezonu Midsomer. Rozmawiałam z rodzicami, tak kontrolnie, bez zadanego tematu (mama oczywiście zerkała na Columbo; oglądanie klasycznych kryminałów to obciążenie genetyczne). Tatko od razu się mi pochwalił, że miał rację (wprawdzie jak razem nasłuchiwaliśmy, nic nie było, ale w okolicy przemieszcza się wataha wilków, potwierdził to leśniczy). I Rozalka podobno dobrze sobie radzi, już chodzi po parterze i nikogo się nie boi. U nas tymczasem w domu ciepło, kot drzemie w sypialni, na zewnątrz wieje i kolejny raz jacyś znajomi bytują u sąsiada po prawej (od czasu do czasu słychać szemrania rozmów jakby na zewnątrz). Dziwne te wizyty, często po zmroku, a z sąsiadem to się chyba raczej bliżej nie zapoznamy, mało irlandzki z niego Irlandczyk. Dbam o stopy. Codziennie robię przysiady. Jeszcze wczoraj skończyłam Leśniaka, biorę się więc za czytanie czegoś nowego.

czwartek, 22 grudnia 2022

1102. Dwudziestego drugiego.

Miłe domowe kręciołki. Rano wyjechałam do biblioteki uniwersyteckiej, ale znalazłam tylko jedną z trzech poszukiwanych książek. Byliśmy też z rodzicami w Tcy, żeby zawieźć Rozalkę do weterynarza i stanąć w kolejce po śledzie z ikrą. 

W domu zastała mnie smutna wiadomość u Marksistki: w najdłuższą noc w roku nastąpiło odejście abp Chomika. Jak zwykle z okazji długowieczności różnych istot, człowiek bywa śmiercią zaskoczony. Żegnaj, arcybiskupie.

Poza tym ruchu niewiele. Pogoda za oknem późnojesienna, objadamy się bigosem (wg mamy miał być nie za bardzo udany, a znikał w tempie ekspresowym), dyskutujemy o genealogii. Mała lokatorka piętra na chwilę zawitała na parterze, ale przede wszystkim leżakowała w babcinym pokoju, zajadała smaczki i popijała mleko. 


W tv leci Napisała: morderstwo (4.15), klikam, relaksuję się po zbyt obfitych posiłkach i nawet trochę zerkam na rozgrzebaną magisterkę.

środa, 21 grudnia 2022

1101. Znowu w drodze.

Kręciłam się i sapałam, a jak przyszło co do czego nie chciało mi się wstać (nad ranem mózg zaczął mi wymyślać dodatkowe pytania do testu o ageizmie). W końcu jednak trzeba było się zwlec, umyć włosy, zjeść śniadanie, ogarnąć powierzchnie płaskie, dopchnąć kolanem dobytek ruchomy i wyruszyć. Fred rozmawiał chwilę z teściową, która nie spędzi jednak świąt u szwagra, gdyż dojazd do młodszego syna byłby zbyt niebezpieczny ze względu na warunki drogowe. Warunki nie są jednak na tyle niebezpieczne, aby szwagier nie mógł przyjechać do niej (ona oczywiście nie nalega, tylko zaprasza i już przygotowuje potrawy). Logika teściowej na kilometr pachniała rybą drugiej świeżości, Kochany rozmawiał krótko, ja nie pisnęłam słowa.

Podróż zaczęła się niefajnie, bo mieliśmy w planach obiad na mieście, a tu bryndza, wszędzie korki, kolejki i wkurw (mój). Niby miałam sporo czasu do odlotu, ale co to za czas, jak na odchodnym nie mogę z mężem normalnie jak człowiek zjeść obiadu? Na szczęście, potem było już tylko lepiej. W samolocie obyło się bez tłoku. Obok mnie usiadła Ukrainka, która wybierała się na święta do Kijowa. Julija z hrabstwa Kerry. Dziwny kierunek w tych czasach, ale dziewczyna była zdeterminowana, żeby zobaczyć się z mężem. Rozmawiałyśmy o różnych sprawach, Rosjanach, mentalności, akcencie, życiu blisko frontu. Czas minął dzięki temu szybciej.

W domu rodzinnym nowe zasiedlenia. Przed drzwiami przywitał mnie Filemon, czarno-biały kot sąsiada z naprzeciwka, który teraz większość czasu spędza u rodziców (kot, nie sąsiad). W mieszkaniu babci Manii kwarantannę przechodzi Rozalka, trójkolorowa ciapulka, podobna trochę do Rózi, tylko mniejsza, z równie krótkimi łapulkami i szczurzym ogonkiem. No cóż robić? Kota się nie wyrzuca. Zjadłam pyszną kolację, poprawiłam kupnym ciastem uwielbianym przez mamę, wypiłam morze herbaty, obejrzałam zakończenie któregoś odcinka Columbo. Fred pokazał mi prezenty wręczone mu dzisiaj przez Katlin po tym jak wrócił do domu i Ryszarda (mam czapkę i duży szal). Przez chwilę zerkałam na telewizyjną relację spotkania Biden-Zełenski. W międzyczasie zapadła cisza przerywana gdzieniegdzie chrapulkowaniem ... domownicy powoli zapadają w sen ...

I tak to przegalopowałam cały dzień zimowego przesilenia. Będę dzieliła łóżko z Wojtusiem i Maksiem, bo już się zapowiedzieli i zajęli swoje miejsca na kołdrze. W pokoju śpią jeszcze Malinka i Maciej. Dobrych snów.