Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jadzisia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jadzisia. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 maja 2024

1625. Po kawałku.

Kolejny dzień z powieścią o poranku, kolejny nieco mgliście zasmarkany (pogodynki twierdzą, że od jutra już tylko same słoneczne krajobrazy).

Mama wstrząśnięta, bo smartfon jej spadł i teraz nie odbiera ode mnie telefonów, kiedy telefon nie odbiera, a nie kiedy ona nie odbiera. A zadzwoniłam, żeby się dowiedzieć w temacie rozwoju lokalnej aferki. Zmiękła im rura. Może jednak mama będzie pracowała dłużej. No chyba, że się jej znudzi.

Niemożność skontaktowania się z Kaś Matką Kotów tak mnie poruszyła, że odezwałam się do Dżadziji (miesiące jak lata, Królowo). Było krótkie uaktualnienie, kto żyje, kto nie żyje, czy dziecków więcej (nie, ale za to w poniedziałek przybędą świnki morskie). Trochę mnie to uspokoiło, szczególnie te świnki. Żeby sobie jeszcze bardziej wyregulować ciśnienie, poudawałam, że coś sprawdziłam. Kochany już w piernatach, u mnie jeszcze prysznica i lektura dla ętelektualistów. 

Poza tem, krtań jeszcze trochę pobolewa, ale jak dociskam z prawej podczas przełykania, to nie pobolewa. Czyli trzeba dociskać. Mój bobrze, sypię się.

niedziela, 7 sierpnia 2022

964. Perypatetycy.

Przed wypiciem pierwszej herbaty dokończyłam czytanie książki Masłowskiej, taka jestem. Sprawne, język jak zwykle mnie zachwyca.

Małżonek mój, wygrany na loterii, zgodził się przed swoją pracą iść ze mną nad morze, brodzić gołymi stopami w wodzie. Dostał za to kawę i całusa (nadal jest ciepło, taki też zapowiada się nowy tydzień).

Czytałam o wczorajszym wypadku autokaru jadącego do Medjugorie, w Polsce to chyba ważna sprawa. Wieczorem rozmawiałam z Dżadziją, co tam u niej i u drobnicy. Żyje się. Uświadamiamy sobie, że jeśli zaaplikujemy obie o obywatelstwa, będziemy miały różne narodowości, ona będzie Brytyjką, ja Irlandką. Dżezz! W międzyczasie obejrzałam ostatni odcinek 12 serii Midsomer. Jeszcze wezmę się za Protezownię (Manufaktura Rozwoju, 2020), chociaż ziewam jak smok. Może zdążę z zakończeniem lektury przed wyjazdem Freda do Polski, miło byłoby dać feedback autorce.

niedziela, 10 października 2021

662. Druga sobota października.

Przy kawie rozmowa z Dżadziją: 

I swojego pędraka urodzonego we wrześniu mi pokazała.

Pytanie mnie też nurtuje, kto umarł. (Przed)wczoraj zauważyłam u córki kuzynki mojej mamy czarną wstążkę w opisie na facebooku, u samej kuzynki zresztą też. Kontakt z nimi jest luźny, zastanawiam się czy przypadkiem nie zmarł brat babci Mani, albo jego żona.

Mieliśmy z Kochanym plan taki, że idziemy na spacer, potem wracamy, jedziemy do portu po składniki na obiad i może siedzimy z chowderem patrząc na góry. Chowdera niestety w rybnym nadal brak, ale zaczynając trochę wcześniej: i owszem, przeszliśmy się nad morzem i postanowiliśmy wrócić przez wieś. A tam spotkaliśmy kota, który zagadał do mnie w środku tygodnia. Może nie był chudy, ale usmarkany jak nieszczęście, poza tym na grupie fejsbukowej były już dwa zapytania w temacie czyj to kot. Zaglucony Mruczek podążył w naszą stronę, więc nawet powstał pomysł, żeby go zabrać. Fred poszedł do domu, wrócił samochodem z dwiema saszetkami kociego żarcia i kontenerkiem. Nieszczęście zostało nakarmione, ale w międzyczasie wrócił nam rozum. Zadzwoniłam do weta, napisałam do schroniska prowadzonego przez wolontariuszy, ale zero odzewu. Zagilonego kota nie mogliśmy zabrać, bo może mieć FIV. Nadal o nim myślę.

Pojechaliśmy za to do rybnego, jako się rzekło chowdera brak. Na obiad była ryba zagryzana chlebkiem, potem wyjechaliśmy na zakupy do Drołdy zakończone kawą w Coście, i w kierunku Dundalku. Fred zatankował autko, a ponieważ byliśmy chwilę przed umówionym czasem Kochany zawiózł nas do Blackrock: 

U Ka&Jot herbatka i film — nareszcie obejrzeliśmy Ostatnią rodzinę (2016), biografię Beksińskich tak dobrą, jak oczekiwałam. Powrót po północy, do naszego kota, który już przebierał łapkami przed domem.

czwartek, 11 lutego 2021

422. Tłusty czwartek.

Róże od Freda przepięknie dzisiaj rozkwitły. Na zewnątrz przenikliwy wiatr nie oszczędza, wraz z wieczorem zaczął być coraz bardziej porywisty. Małżonek po południu wyruszył na nockę do Blanchardstown dzierżąc w torbie dwie grube kanapki zrobione przez żonę jej własnymi, leniwymi rączkami. Mąż dostał też ostatni, tłustośrodowy pączek.

Sporo porozmawiałam z Dżadziją (messenger oczywiście) i cieszę się jej sekretem. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio się spotkałyśmy, aż musiałam zajrzeć do archiwum — lipiec 2016, jak zwykle w suszarni, tak mi mówi pamiętniczek. U niej też piździ. Ona i dzieciarnia też do Polski nie wracają. Co jest z tymi emigrantami, których ja znam?

Wieczorem wędrowałam po tytułach kolejnych odcinków Poirota w poszukiwaniu czegoś, co mi się jeszcze nie opatrzyło i co mogłabym łyknąć sama w domu. Tak dotarłam do sezonu nr 10 i odcinka Zagadka błękitnego ekspresu (2007). W zasadzie pamiętałam rozwiązanie tejże, ale nie pierwszą połowę, być może w trakcie oglądania poprzednim razem rozmawiałyśmy z mamą, jak zwykle za głośno i na same ważne tematy. W każdym razie super odcinek, a jako podkład energetyczny nałożyłam sobie do talerza wczorajszą fasolkę i wsuwałam, aż mi uszy drżały.

Z innych rzeczy, z kategorii śmieszno-strasznych, od roku próbujemy z mężem pójść do teatru, takiego realnego, ze sceną i widownią. Bilety były zakupione w marcu zeszłego roku. Występ Teatru Kwadrat w Helixie z Nejmanem i Małaszyńskim przeniesiono właśnie z Walentynek na ... październik.

wtorek, 30 czerwca 2020

195-196. Dwupak.

Poniedziałek.
Dzień, w którym obudziłam męża. Gdy już wychynął z pieleszy w stroju Adama i się zastanawiał wtf, powiedziałam mu, że może wracać, bo to za tydzień. Zapomniało mi się doczytać, że do aplikacji potrzebny jest medical report, musiałam więc przebukować termin w ndls. Dochtór przyjmie mnie jutro. Po drodze zaliczyliśmy spacer nad morze, żeby zobaczyć jak piasek galopem przesypuje się z jednego kąta plaży w drugi.

Pomiędzy wczoraj a dzisiaj była rozmowa na messengerze z Dżadziją, o prawie jazdy, wyborach, skakaniu na główkę i że nam dobrze.

Jutro, czyli dzisiaj.
Śniłam o powrocie do pracy w polskiej szkole. Koszmar. Potem było tylko lepiej. Po 10 dochtór zbadał mi wzrok i na papierze napisał, że muszę nosić okulary. Okulary już miałam na nosie. Pogoda nadal taka sobie, szaro. Pojechaliśmy na zakupy i poszwendaliśmy się po Drołdzie, żeby sprawdzić, co już jest otwarte. Niewiele, a w jednej kawiarni oferowano kawę w papierowych kubkach. Zrezygnowaliśmy. Gdy Fred poszedł do swojego banku, zapuściłam żurawia na drugą stronę ulicy i zdębiałam! Hotchpotch na 44 St Laurence St w którym kupiłam mój ulubiony kapelusz się zwinął, w pustej witrynie zamajaczyło "shop to let". Shit und Scheiße. Sprzedawał w nim Ken, gość z Belfastu.

Kolejnego jasia wędrowniczka dostaliśmy po obiedzie. Miał być spacer do morza, ale ponieważ tropił nas Rysio, po kółeczku na dzielni wsiedliśmy do samochodu. Była plaża w Annagassan, potem spacer po Blackrock. Szczyt przypływu, dość ciepło, sporo ludzi kręci się po wybrzeżu, które pachnie starym glonem.
___
edit 00:09 Klątwa skorpiona Woody'ego Allena (2001) na sen. Jego filmy coraz bardziej mnie bawią.