Kolejny dzień z powieścią o poranku, kolejny nieco mgliście zasmarkany (pogodynki twierdzą, że od jutra już tylko same słoneczne krajobrazy).
Mama wstrząśnięta, bo smartfon jej spadł i teraz nie odbiera ode mnie telefonów, kiedy telefon nie odbiera, a nie kiedy ona nie odbiera. A zadzwoniłam, żeby się dowiedzieć w temacie rozwoju lokalnej aferki. Zmiękła im rura. Może jednak mama będzie pracowała dłużej. No chyba, że się jej znudzi.
Niemożność skontaktowania się z Kaś Matką Kotów tak mnie poruszyła, że odezwałam się do Dżadziji (miesiące jak lata, Królowo). Było krótkie uaktualnienie, kto żyje, kto nie żyje, czy dziecków więcej (nie, ale za to w poniedziałek przybędą świnki morskie). Trochę mnie to uspokoiło, szczególnie te świnki. Żeby sobie jeszcze bardziej wyregulować ciśnienie, poudawałam, że coś sprawdziłam. Kochany już w piernatach, u mnie jeszcze prysznica i lektura dla ętelektualistów.
Poza tem, krtań jeszcze trochę pobolewa, ale jak dociskam z prawej podczas przełykania, to nie pobolewa. Czyli trzeba dociskać. Mój bobrze, sypię się.