Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dialogi elektroniczne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dialogi elektroniczne. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 września 2025

2094. Drony i wrony.

Rano obudziłam się do wiadomej sensacji: drony bojowe na terenie, do którego mamy nadzieję dojechać w październiku. W związku z tym, wieczorem, już po obiedzie i spacerze myszowym, rozmawiałam z mamą, żeby dowiedzieć się jak to jest, bo świekra w panice, chce rozdawać dzieciom rodowe srebra. Różnica między naszymi rodzicielami taka, że moi oglądają TVP, a świekra TV Republikę, media pachnące ruską onucą. W mediach oficjalnych stabilizowanie nastroju, w ruskiej onucy destabilizacja, nic nowego pod słońcem. Poza tym w Polsce jest cieplej, czyli przechodzimy do pogody:

Od rana padało, rozpogodziło się dopiero po południu. Kochany podjechał Babcią o umówionej porze, ruszyliśmy jeszcze w miasto, m.in. żebym mogła poszukać kartki pożegnalnej na piątek (znalazłam). Błękit nieba tak zachęcający, że byłam pewna swojego planu wieczornego spaceru, jednak po wyprowadzeniu Kocóreczek zmieniłam zdanie. Ziąb. Nad nami królowały same mewy, wrony schowały się w koronie drzewa po sąsiedzku. Biorę przykład z tych ostatnich, moim gniazdem jest Kuchniosalon z zaparowanymi oknami; czarna herbata już zaparzona, przyjemnie gorąca.
___
edit 20:50 mąż mi mówi, żeby zapisać, że za późno dowiedzieliśmy się o koncercie Johnny'ego Rottena. Oraz rozmowę z bratem jako przypis do situazione. Zapisuję.

___
edit 21:45 skoro zaś już dopisuję takie różne, z takich różnych raczej pozytywnych: dostaliśmy właśnie informację od Stu, że przylatuje opiekować się Kocóreczkami. A Maniutka traci mleczaki, przed chwilą zauważyłam (zaintrygowana spuchnięta wargą biedulinki), że rusza się jej pierwszy kieł (dolny, po prawo).

niedziela, 9 marca 2025

1909. Bardzo ładny dzień.

Wszystkiego najlepszego z okazji zaręczyn, chyba tak to szło. Zrobiłam Kochanemu kanapki do pracy; w tym czasie małżonek mógł zauważyć, że naprawdę mamy we wsi koguta, pięknie pieje o poranku; zanim Fred zaczął szychtę już byłam po śniadaniu i sposobiłam się do wyjścia na dwór.

Wychynięcie z domu w celu opróżnienia kosza na odpadki skutkowało nasypaniem karmy dla ptaków do karmników, pozostawieniem rozkrojonych jabłek dla kosów i zmienieniem wody w poidełku (poidełko to tak naprawdę Rysiowa miska z napisem Merry Catmas), te czynności z kolei doprowadziły do szybkiego przeglądu ogródka przed domem i ścięcia suchych badyli zeszłorocznej tawuły. Pogoda piękna, nie mogę wrócić do domu ot tak, trzeba iść przed siebie. Zmieniłam kurtkę na lżejszą, przebrałam spodnie i wyszłam.

Doszłam do kawiarenki, weszłam do środka, zamówiłam flat white, chwilę siedziałam przy stoliku na zewnątrz, po czym poszłam dalej. 

Gdy stanęłam za krokodylami (których widoku nie pamiętam, może znowu przysypane są piaskiem) i sączyłam sobie kawę gapiąc się na morze, zauważyłam Miszel zmierzającą w moim kierunku. Miszel jest siostrą mojego dawnego kolegi z byłej pracy, poza tym jest bliską przyjaciółką Anne, ale osobiście prawie się nie znamy, to raczej taka znajomość przechodnia, machana. Mimo to bardzo ją z jakichś powodów lubię, zawsze ma dobre słowo. Zamachałam, zatrzymała się, ściągnęła słuchawki w której leciał podcast, powiedziała, że pływała tu z koleżankami o wschodzie słońca, że teraz idzie, potem wraca do domu czytać książkę. I że jesteśmy szczęściarami. Cała prawda, wiem.

Wróciłam do domu po dziesiątej, zaczęłam słuchać Händela i zapisywać trochę myśli. W tle również miarowe stukanie pralki nastawionej na EasyWash. Czytanie dwóch książek na przemian, robienie sosu do makaronu, krótka rozmowa z mamą (sos został okazany), papierologia pracownicza.

Kiedy tylko Kochany wraca do domu, jemy, opychamy się po uszy; pod prysznicem myję włosy, Kochany pije kawę, rozmawia z Perlistym; nasłuchując z sypialni co piąte słowo doczytuję do końca Wiersze zebrane Herberta (Wyd. a5, 2011). 

Dzwonię do ciebie, bo dzisiaj niedziela, to się chciałem zapytać, czy już na mszy byłeś, zagaił mąż beztrosko. Człowieku, ale ja na sumie to jeszcze rano! bez zastanawiania się pociągnął Perlisty. I tak to. Mogłabym dzisiaj dokończyć także biografię Herberta by Franaszek, zostało mi kilkadziesiąt stron, ale nie godzi się w jednym dniu zwieńczać dwóch cegieł, świadomie więc zwalniam, a tymczasem obwąchuję następną lekturę zatytułowaną Antarctica.

niedziela, 13 października 2024

1762. Wylot/powrót.

Wyjazd z domu  przed trzecią czasu lokalnego. Czyli musieliśmy wstać o drugiej nad ranem, kolejna zgroza :D Kochany prowadził samochód w drodze do lotniska, potem rodzice tylko zmienili miejsca i wiśta wio wracać do domu, zanim drogi się zapełnią. Przed przejściem za bramki przysiedliśmy nad kawą. Trzeba przyznać, że były niecodzienne tłumy, jak na tę porę dnia. Większość lotu przebiegła sprawnie, na początku skoki ciśnienia, lądowanie pół godziny po siódmej, u mnie widoki na drobnego pijaczka, który siedział na fotelu przede mną. Facet młodszy, taki w typie wesołka, co to coraz bardziej bełkocze. Akuratnież siedziała obok kulyżanka, teoretyczka alkoholizmu, wyjaśniała mu po kolei o co w tym wszystkim chodzi, jak rozumiem, na bazie własnego związku, że geny, że środowisko, ale już z praktyką u niej słabo, bo chłopaczek wyczuł, że może kontynuować i przyciąć na niej komara przy lądowaniu (to i tak lepsze od spadamy, spadamy intonowane przez pajaca kilka minut wcześniej). Po wylądowaniu musieliśmy chwilę czekać, bo sanitariusze w towarzystwie gardy zabierali innego pasażera. 

Przed wyjściem na przystanek usiedliśmy w Cloud Picker i w końcu zadałam dręczące mnie od jakiegoś czasu pytanie, gdzie jest mój ulubiony rogal z malinami. Zmienili dostawcę, Donnerwetter. Jeszcze się nie pogodziłam. W autobusie byliśmy sami samiuteńcy, dojechaliśmy do parkingu aut i szybko zlokalizowaliśmy Babcię. Jeszcze tylko krótki przystanek w Tesco i już: o dziesiątej siedzę w swoim fotelu i marznę :)  Gdyż temperatura w domu spadła do siedemnastu stopni, więc wciągam coś dobrego na drugie śniadanie, żeby pomóc organizmowi (od rana boli mnie gardło, prawy migdał bolesny). Sytuacja temperaturowa jest na tyle nieciekawa (ociepla się bardzo powoli), że po południu biorę gorący prysznic i wskakuję pod kołdrę obok Kochanego, czytam Przetainę, albo drzemię (à propos, znowu przywiozłam z Polski parę książek, mniej lub bardziej antycznych, Krajewski, Steinbeck, Remarque i ... Gösta Knutsson). Leżąc w łóżku czułam się coraz bardziej chora, więc w końcu wstałam, zrobiłam Kochanemu kawę. Mąż zrobił pyszny obiad, bakłażany w czosnkowej zaciapie, dla zdrowotności.

I jeszcze Perlisty do małżonka dzwonił. Ale ty to jesteś świr, orzekł w temacie naszej krótkiej podróży. To mógł być nawet komplement ;)

Rodzice nie odbierali telefonów przez większość dnia, dopiero wieczorem tatko oddzwonił, że przed południem mieli załamanie pogody, gwałtowne zjawisko atmosferyczne, które na kilka godzin odcięło ich od prądu. Teraz myślę, że zmiany ciśnienia w czasie lotu nad zachodnią Polską i Niemcami były zapowiedzią tego wydarzenia. No nic. Podróż była jak sen, trzeba zbierać mózg ze ściany. Wykluwa się mi jakaś choroba, mam nadzieję, że do jutra sczeźnie.

sobota, 2 grudnia 2023

1447. Garść faktów.

Jeszcze w listopadzie, po powrocie ze ślubu, rozmawiałam na messengerze z Luś, coś tam z doskoku. Dzisiaj rano chcąc do niej zagadać jeszcze raz przewinęłam naszą wymianę zdań i znalazłam wypowiedź, której wcześniej z jakichś powodów mój mózg nie zarejestrował: 

M to siostra Luś, ta co jej to powiedziała, była moją uczennicą w czasach zamierzchłych, a Pani *** to ja. Bardzo mnie to zdanie uśmiechnęło. Kochana Wikcia. I rozbawiło, ponieważ teraz nawet bardziej czuję, że kaleczę język angielski, a moja wymowa jest daleka od swobody. Czy miałam na uczennicę jakiś wpływ? Moim zdaniem bardzo ograniczony. Zdarzyło mi się spotykać dzieci "fajne" z natury, takie o których myślałam sobie "mójjeżu, rodzice muszą być zadowoleni, mogłabym adoptować". Wikcia była jedną z takich osób, a teraz sama uczy i podobno ja byłam jej inspiracją. Kyrk, nie powiem. 

Sobota zaczęła się więc miłym wspomnieniem. Tak siedząc przy zielonej herbacie skrolowałam internety, aż wstał mój Kochany i włączył płytę Bowiego, Honky Dory (1971). 

Na dworze słonecznie i bardzo chłodno. Zaraz po śniadaniu wyjechaliśmy do miasta, najpierw na kawę do Costy, potem w celach prezentowych (mamy już małe upominki dla sąsiadów) i spożywczych (obiady, np. składniki na krokiety). Zmarudziliśmy czas do szesnastej kończąc łazęgę w polskim sklepie (herbaty, czerwony barszcz i inne delicje). Po powrocie zrobiłam obiad (dawno już nie jedliśmy steka z tuńczyka) i rozmawiałam trochę z Kamą, która wczoraj wróciła do blogosfery. Po obiedzie Kochany oświadczył mi, że jest gotowy na oglądanie przygłupich seriali kryminalnych, dzięki czemu obejrzeliśmy odcinek 3.02Sherlocka Holmesa z Cumberbatchem. 

Rozmawiałam z mamą (pada śnieg, pierogi i uszka już zamówione). 

czwartek, 2 listopada 2023

poniedziałek, 20 lutego 2023

1161-1162. Do przodu.

Niedziela.
Jestem na etapie w którym myślę, czego to ja nie zrobię, gdy będę uwolniona od obowiązku pisania i myślenia o pracy. Nie, że wczoraj pisałam, ale myślałam dużo, a to mi szkodzi. Chcę kupić książkę Joan Dion The Year of Magical Thinking i już mnie męczy, że jeśli ją kupię, to i tak długo nie będę mogła jej przeczytać. Well ... dzień był przyjemny, ale wyszłam na zewnątrz tylko raz na dłużej, kilkadziesiąt minut przestępując z nogi na nogę w moich glanach do rozbijania (są czaderskie!), gdy Fred zrobił sobie przerwę w pracy ogrodowej i pociskał ploty z sąsiadką z naprzeciwka. Teraz wiemy, że siostra Katlin zaczęła chemię. I jeszcze mąż dostał pochwałę, że ma dobry gust (w temacie butów, i w ogóle). Obejrzeliśmy z Kochanym Siedem (1995) Finchera. Kurcze, 27 lat poślizgu, nawet kupiłam w tamtych zamierzchłych czasach numer Filmu z Bradu Pitu na okładce, ale do dzisiaj kreminału nie widziałam w całości. Momentami dobry, momentami Gwyneth.

Poniedziałek.
Wczoraj w Dublinie był marsz poparcia dla migrantów, wiem, bo Gronja wzięła udział. Yh, trza mieć przynajmniej publiczną tv. Tymczasem komunikacja małżeńska, obiadowo-miłosna:

Po powrocie znajduję kota w betach, ciepłego i zaspanego. Rozmawiam z mamą, czy ten alarm RCB na całą Polskę to tak poważnie (poważnie). Po obiedzie (cycki, ryż) trochę zagadywałam ludzi, ale bez spinki. Rzeczywistość odwdzięczyła się mi krótkimi, acz przyjemnymi rozmowami z Czarną (o której byłam pewna, że zrobiła magisterkę, a jednak nie), oraz z Kuzynką Renią (wydała się mi przez te wszystkie dzielące nas atomy całkiem przyjazna i skora do pomocy). Ach, wieczorem 19.3 Midsomer (2017), trochę kosmetyki tekstu, a późno w nocy niespodziewana rozmowa z Celtem. Zadzwonił, odebrałam, kot ziewający został pokazany 

(Fred wrócił do domu. Cudnie. Można iść spać)

środa, 9 listopada 2022

1059. Wednesday.

Sąsiad objaśnił.

Ergo, na obiad były śledzie poetycko podsmażone przez męża na patelni (w tle akurat Bob Dylan śpiewał utwory zaangażowane). Lęk wysokości (2011) kolegi kolegi Freda z Dorocińskim był oglądan. Trochę dłużyzn i bardziej baśń niż opis rzeczywistości psychiatrycznej, aktorstwo za to dobre. Opchaliśmy się przy tym oboje ciastem rafaello z polskiego sklepu. Od zmiany czasu wieczorami odnoszę wrażenie, że jest nieuzasadnienie wcześnie, poza tym w mojej głowie jest piątek po południu. Fred zadzwonił do Ka, może w weekend wpadniemy w końcu do przyjaciół po dłuższej przerwie.
___
edit 21:30 Kocie łakomstwo nie zna granic. Właśnie kolejny raz przyłapaliśmy Amber na wyżeraniu Rysiowego jedzenia. Kot spał przy zamkniętym oknie większość dnia, mimo to sąsiadka wyczekała odpowiedni moment i nawiedziła nas po zmroku, gdy tylko nadarzyła się okazja. Widać, że systematycznie patroluje nasz ogródek, ladaco. Pokłosiem sprawy Amber jest dokarmienie jeża. Jeże są okej.

środa, 8 czerwca 2022

904. Dzielność środowa.


Małżeństwo z nas jest zgodne.

Pogoda zmieniła się na gorsze, w drodze do domu lawirowałam między kroplami, Kochany w tym czasie już pędził na Północ, i gdy ja skończyłam sprawę z krewetkami zadzwonił pokazać mi swoją kawę i ciasto marchewkowe.

Przesyłka dotrze do rodziców w piątek — wiadomość od kuriera spowodowała, że zadzwoniłam do mamy i przegadałam wieczór uzgadniając, kto miał ile dzieci, kto się powiesił i jak było kolejno po imieniu wszystkim kuzynom królika.

Odcinek Midsomer z Nortonem, Haigiem i Philipem Jacksonem na brzydki wieczór. Powieki mi lecą, łeb opada, ale będziemy dzielni jeszcze dwie chwile.

czwartek, 2 grudnia 2021

716. Hibernujący jeż i inni.

Taki oto jeż o imieniu Błajan:

Krótko po południu dorzucając ziaren do karmnika zorientowałam się, że pogoda jest całkiem przyjemna, stąd wyniknęła chętka na spacer, rozmowa z Ethanem o hibernującym jeżu oraz chat z Katlin do której po kilku minutach dołączył nasz kot:

Wzięłam drania pod pachę i odstawiłam do domu, bo naprawdę byłam już stęskniona za samotnym wyjściem nad morze (Fred ma dzienną zmianę w miasteczku obok). A tam piękny, spokojny odpływ:

Podobnie jak wczoraj, przez większość dnia nucę My Lovely Horse. Przypominam sobie, żeby nadrobić oglądanie odcinka 1000-lb Sisters i porozmawiać z rodzicami o stanie Mruczysława (jest poprawa).

Listonosze byli dziś jak domokrążcy, jeden przyniósł Fredowi bordowe Conversy (stare, bordowe trampy z dziurą idą na śmietnik), drugi zostawił pod drzwiami testy DNA z MyHeritage. W związku z tym tak sobie z Marksistką rozmawiamy:

No i cóż, pobrałam próbki, mam nadzieję, że wystarczające (potrafię się zestresować takimi myślami), posadziłam Fredowi szczepkę jego własnego drzewa i bujam się do płyty Showbiz Kidz: The Steely Dan Story 1972-1980 (2000). Kochany już w łóżeczku, zmęczony dzisiejszą szychtą w Drołdzie. Jutro do pracy ja, trzeba mi więc iść spać, brać przykład z kota.

niedziela, 10 października 2021

662. Druga sobota października.

Przy kawie rozmowa z Dżadziją: 

I swojego pędraka urodzonego we wrześniu mi pokazała.

Pytanie mnie też nurtuje, kto umarł. (Przed)wczoraj zauważyłam u córki kuzynki mojej mamy czarną wstążkę w opisie na facebooku, u samej kuzynki zresztą też. Kontakt z nimi jest luźny, zastanawiam się czy przypadkiem nie zmarł brat babci Mani, albo jego żona.

Mieliśmy z Kochanym plan taki, że idziemy na spacer, potem wracamy, jedziemy do portu po składniki na obiad i może siedzimy z chowderem patrząc na góry. Chowdera niestety w rybnym nadal brak, ale zaczynając trochę wcześniej: i owszem, przeszliśmy się nad morzem i postanowiliśmy wrócić przez wieś. A tam spotkaliśmy kota, który zagadał do mnie w środku tygodnia. Może nie był chudy, ale usmarkany jak nieszczęście, poza tym na grupie fejsbukowej były już dwa zapytania w temacie czyj to kot. Zaglucony Mruczek podążył w naszą stronę, więc nawet powstał pomysł, żeby go zabrać. Fred poszedł do domu, wrócił samochodem z dwiema saszetkami kociego żarcia i kontenerkiem. Nieszczęście zostało nakarmione, ale w międzyczasie wrócił nam rozum. Zadzwoniłam do weta, napisałam do schroniska prowadzonego przez wolontariuszy, ale zero odzewu. Zagilonego kota nie mogliśmy zabrać, bo może mieć FIV. Nadal o nim myślę.

Pojechaliśmy za to do rybnego, jako się rzekło chowdera brak. Na obiad była ryba zagryzana chlebkiem, potem wyjechaliśmy na zakupy do Drołdy zakończone kawą w Coście, i w kierunku Dundalku. Fred zatankował autko, a ponieważ byliśmy chwilę przed umówionym czasem Kochany zawiózł nas do Blackrock: 

U Ka&Jot herbatka i film — nareszcie obejrzeliśmy Ostatnią rodzinę (2016), biografię Beksińskich tak dobrą, jak oczekiwałam. Powrót po północy, do naszego kota, który już przebierał łapkami przed domem.