Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kelly. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kelly. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 maja 2022

867. 2 maja.

Ach, i wyszło inaczej. Po obejrzeniu pięciu minut Nadzwyczajnych doszliśmy do wniosku, że ze względu na tematykę fajnie byłoby obejrzeć go z Ka. Doszło do podmianki na Incepcję (2010) — oczywiście od początku domyślałam się, że w fabule będzie wątek z odróżnieniem jawy od snu. Po filmie do drugiej w nocy, nieszczęśnicy, rozmawialiśmy o snach, kłamstwach i złudzeniach.

Jeszcze przed południem niejako wywołany myślami, Ka zadzwonił z ogłoszeniem, że przecież już od jakiegoś czasu są w domu (wrócili z Gran Canarii) i skoro jest taka sytuacja, to może wpadniemy. Decydujemy więc, że wieczorem jak najbardziej, nawet wyprawa po pizzę została zapowiedziana.

Ponieważ Kochanego obudził soundtrack The Town I Loved So Well, to mu puszczam ten kawałek w wykonaniu Wiadomo Kogo. Jeszcze chwilę rozmawiamy o wielkości Luke'a. Potem słuchamy wersji Ronniego

Ech, i wiesz, że nie żyje już nikt z oryginalnych Dublinersów? rozrzewniłam się.
A wiesz, że ja się boję tego momentu, gdy siądziemy i powiemu "wiesz, że z Rolling Stonesów nikt nie żyje"? Fredowi oko wilgnie, aż go muszę przytulić.

Poza tym prownicjonalna stabilizacja. Z mamą rozmawiam o tym i tamtym; snuję się po drzewach genealogicznych i blogach o Kraszewicach. Kot Ryszard upolował (chyba) ptaszka, ale ominął dom ze swoim łupem (widziałam go przez okno w kuchni), potem udawał, że nie ma o niczym pojęcia. W głośnikach Bukartyk, poeta codzienności, z wszystkich możliwych płyt. Małżonek dziś obiad preparuje, potem jedziemy na zakupy i do przyjaciół. Po pizzy Nadzwyczajni (2019), którzy okazali się średniej jakości filmem edukacyjnym o pomocowości w autyzmie. Wynika z niego, że Francja jest daleko w tyle za Irlandią w tej kwestii. Dyskusja się nam rozwlokla, nic więc dziwnego, że dopiero teraz jesteśmy z powrotem w domu.

niedziela, 13 marca 2022

816. Niespodziewany obrót zdarzeń.

Długi sen, oboje niedospani, początek dnia był bardzo łagodny i nic nie zapowiadało, że skończymy go tam, gdzie skończyliśmy.

Wyciągnęłam męża na spacer (nie w tym sensie, żebym musiała namawiać, zainicjowałam po prostu), przed startem chwilę rozmawialiśmy z Anne, nad czym teraz pracuje, że dzisiaj mają ostatnią Carmen w Bord Gáis Theatre i takie tam inne sąsiedzkie wymianki. Obeszliśmy z kotem osiedle, więc miałam okazję zauważyć, że na naszym skwerku zamiast irlandzkiej flagi na wietrze łopocze flaga ukraińska:

Zostawiliśmy Ryszarda obok domu i poszliśmy dalej. Na plaży zaczepiła nas dawno już nie widziana Uśmiechnięta Kathleen, wymieniliśmy parę uprzejmości (faktycznie myślałam o niej ostatnio, czy jeszcze żyje, a ona taka kontenta, dzieci i wnuki się jej zjechały z połowy świata). Jak zwykle dostaliśmy boże błogosławieństwo, które zawsze przyjmuję nie wnikając o jakiego boga chodzi.





Na Głowie jeszcze jedno spotkanie, tym razem z nieznanym, bardzo przyjacielskim pieskiem o imieniu Poppy, szczeniakiem złotego labradora. Pogoda była w tym czasie dobra, można było usiąść na ławce i chwilę podumać, nadchodząca zmiana wcale się nie zapowiadała. W porcie zjedliśmy po chowderze, zrobiłam zdjęcia irenkom, i w drogę powrotną. 


Fredowi coś się po drodze kotłowało w głowie i się wykotłowało: mąż w domu zasiadł do laptopa i zakupił dwa bilety na Carmen w Dublinie. Anne była już w tym czasie w pracy, więc gdy przesłałam jej tę radosną wiadomość, sasiadka od razu zeszła na widownię i zrobiła nam zdjęcie widoku z naszych miejsc:


Reszta popołudnia to pospieszne kompletowanie outfitów, doszywanie guzików, pastowanie elegansich trzewików, prasowanie i gotowanie makaronu na niedbały obiad. W międzyczasie pogoda robiła się coraz gorsza. Dzisiaj jest rocznica śmierci Michała, oświadczył mi Kochany, gdy samochodem mknęliśmy przez naszą prowincję. Tak więc wylądowaliśmy w stolicy niedaleko głowy Luka Kelly'ego, a potem zaczęło strasznie wiać.


Do wiania dołączyło lanie, gratulowałam sobie w duchu, że nie wzięłam hipereleganckich butów ze skórkową podeszwą, tylko drugie w kolejności, poza tym już niedaleko teatru zwiało mi z głowy berecik (został uratowany). Spacer podbiegany to było ledwie z 600 metrów, ale totalny koszmar.


Carmen w koprodukcji opery irlandzkiej z operami ze Seattle i Philadelphii, Paula Murrihy w głównej roli, Don Jose Dinyara Vanii trochę boczkowaty (tak twierdzi Fred), ale ogólnie bardzo ładna adaptacja osadzona w faszystowskiej Hiszpanii.

Dopiero idąc do samochodu tą samą drogą, zauważyłam, że przekraczaliśmy mroczną rzekę Liffey mostem Becketta świecącym na niebiesko-żółto. Deszcz wrócił, gdy dobiegaliśmy do auta stojącego przy mostku na Sheriff St Upper. W domu jesteśmy po północy, grzejemy się, dopijamy herbaty, za oknem znowu hula wiatr.

niedziela, 24 maja 2020

Postscriptum #159.

W zasadzie mieliśmy już iść (po obiedzie) na wiejską plażę, Fred dopijał kawę, gdy za oknem zamajaczyła nam głowa Ka. Nasi przyjaciele akurat wracali z dzieckami z klifów i zajechali do nas w drodze powrotnej. Podałam Ka naszą dobrą kawkę w mojej filiżance, wypił ją stojąc na trawniku, gdy się ekspresowo ogarnialiśmy. Na niebieskiej plaży chłopcy budowali zamki, a my zaliczaliśmy pierwsze w tym roku leżakowanie na kocyku (nie lubię się opalać, ale lubię się wygrzewać). Spacer i zbijanie bąków zabrało nam dwie godziny, wróciliśmy około szóstej po południu. Małżonek ambitnie postanowił jeszcze popracować i w zachodnim rogu trawnika wysadzić pozostałe trzy żurawki,  które od kilku dni czekały na swoją kolej, oraz przesadzić dwie zeszłoroczne lawendy. Skończyliśmy się grzebać po dziewiątej. Potem woda i yerba dla Freda. Akurat Thomas zaszedł pogadać, przepowiedział na jutro lato jeszcze większe, idealne do malowania szeda, i stwierdził, że nigdy nie widział takiej pogody o tej porze roku. A on z kutra widoki miał najlepsze. Znowu też pochwalił grubość kota Ryszarda (kot przysłuchiwał się tej rozmowie pod samochodem, który zajechał do Judżina). Thomas wygląda jakby sam kręcił kabestanem, i to bez handszpaka (tak twierdzi Fred). I tak jakoś, od tej uwagi wychodząc, już w domu nad pizzą, zaczęliśmy rozmawiać o wyższości irlandzkich wykonań szant nad polskimi. I musiał zabrzmieć Luke Kelly. Po szantach poszły różności Dublinersów.

— Czy to jest piosenka o Londonderry?
— ... o Derry, poprawił mnie Fred.

Tutaj takie rzeczy robią różnicę.