środa, 6 kwietnia 2022
niedziela, 13 marca 2022
816. Niespodziewany obrót zdarzeń.
Długi sen, oboje niedospani, początek dnia był bardzo łagodny i nic nie zapowiadało, że skończymy go tam, gdzie skończyliśmy.
Wyciągnęłam męża na spacer (nie w tym sensie, żebym musiała namawiać, zainicjowałam po prostu), przed startem chwilę rozmawialiśmy z Anne, nad czym teraz pracuje, że dzisiaj mają ostatnią Carmen w Bord Gáis Theatre i takie tam inne sąsiedzkie wymianki. Obeszliśmy z kotem osiedle, więc miałam okazję zauważyć, że na naszym skwerku zamiast irlandzkiej flagi na wietrze łopocze flaga ukraińska:
Zostawiliśmy Ryszarda obok domu i poszliśmy dalej. Na plaży zaczepiła nas dawno już nie widziana Uśmiechnięta Kathleen, wymieniliśmy parę uprzejmości (faktycznie myślałam o niej ostatnio, czy jeszcze żyje, a ona taka kontenta, dzieci i wnuki się jej zjechały z połowy świata). Jak zwykle dostaliśmy boże błogosławieństwo, które zawsze przyjmuję nie wnikając o jakiego boga chodzi.
Na Głowie jeszcze jedno spotkanie, tym razem z nieznanym, bardzo przyjacielskim pieskiem o imieniu Poppy, szczeniakiem złotego labradora. Pogoda była w tym czasie dobra, można było usiąść na ławce i chwilę podumać, nadchodząca zmiana wcale się nie zapowiadała. W porcie zjedliśmy po chowderze, zrobiłam zdjęcia irenkom, i w drogę powrotną.
Fredowi coś się po drodze kotłowało w głowie i się wykotłowało: mąż w domu zasiadł do laptopa i zakupił dwa bilety na Carmen w Dublinie. Anne była już w tym czasie w pracy, więc gdy przesłałam jej tę radosną wiadomość, sasiadka od razu zeszła na widownię i zrobiła nam zdjęcie widoku z naszych miejsc:
Dopiero idąc do samochodu tą samą drogą, zauważyłam, że przekraczaliśmy mroczną rzekę Liffey mostem Becketta świecącym na niebiesko-żółto. Deszcz wrócił, gdy dobiegaliśmy do auta stojącego przy mostku na Sheriff St Upper. W domu jesteśmy po północy, grzejemy się, dopijamy herbaty, za oknem znowu hula wiatr.


















