Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wujek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wujek. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 13 marca 2022

816. Niespodziewany obrót zdarzeń.

Długi sen, oboje niedospani, początek dnia był bardzo łagodny i nic nie zapowiadało, że skończymy go tam, gdzie skończyliśmy.

Wyciągnęłam męża na spacer (nie w tym sensie, żebym musiała namawiać, zainicjowałam po prostu), przed startem chwilę rozmawialiśmy z Anne, nad czym teraz pracuje, że dzisiaj mają ostatnią Carmen w Bord Gáis Theatre i takie tam inne sąsiedzkie wymianki. Obeszliśmy z kotem osiedle, więc miałam okazję zauważyć, że na naszym skwerku zamiast irlandzkiej flagi na wietrze łopocze flaga ukraińska:

Zostawiliśmy Ryszarda obok domu i poszliśmy dalej. Na plaży zaczepiła nas dawno już nie widziana Uśmiechnięta Kathleen, wymieniliśmy parę uprzejmości (faktycznie myślałam o niej ostatnio, czy jeszcze żyje, a ona taka kontenta, dzieci i wnuki się jej zjechały z połowy świata). Jak zwykle dostaliśmy boże błogosławieństwo, które zawsze przyjmuję nie wnikając o jakiego boga chodzi.





Na Głowie jeszcze jedno spotkanie, tym razem z nieznanym, bardzo przyjacielskim pieskiem o imieniu Poppy, szczeniakiem złotego labradora. Pogoda była w tym czasie dobra, można było usiąść na ławce i chwilę podumać, nadchodząca zmiana wcale się nie zapowiadała. W porcie zjedliśmy po chowderze, zrobiłam zdjęcia irenkom, i w drogę powrotną. 


Fredowi coś się po drodze kotłowało w głowie i się wykotłowało: mąż w domu zasiadł do laptopa i zakupił dwa bilety na Carmen w Dublinie. Anne była już w tym czasie w pracy, więc gdy przesłałam jej tę radosną wiadomość, sasiadka od razu zeszła na widownię i zrobiła nam zdjęcie widoku z naszych miejsc:


Reszta popołudnia to pospieszne kompletowanie outfitów, doszywanie guzików, pastowanie elegansich trzewików, prasowanie i gotowanie makaronu na niedbały obiad. W międzyczasie pogoda robiła się coraz gorsza. Dzisiaj jest rocznica śmierci Michała, oświadczył mi Kochany, gdy samochodem mknęliśmy przez naszą prowincję. Tak więc wylądowaliśmy w stolicy niedaleko głowy Luka Kelly'ego, a potem zaczęło strasznie wiać.


Do wiania dołączyło lanie, gratulowałam sobie w duchu, że nie wzięłam hipereleganckich butów ze skórkową podeszwą, tylko drugie w kolejności, poza tym już niedaleko teatru zwiało mi z głowy berecik (został uratowany). Spacer podbiegany to było ledwie z 600 metrów, ale totalny koszmar.


Carmen w koprodukcji opery irlandzkiej z operami ze Seattle i Philadelphii, Paula Murrihy w głównej roli, Don Jose Dinyara Vanii trochę boczkowaty (tak twierdzi Fred), ale ogólnie bardzo ładna adaptacja osadzona w faszystowskiej Hiszpanii.

Dopiero idąc do samochodu tą samą drogą, zauważyłam, że przekraczaliśmy mroczną rzekę Liffey mostem Becketta świecącym na niebiesko-żółto. Deszcz wrócił, gdy dobiegaliśmy do auta stojącego przy mostku na Sheriff St Upper. W domu jesteśmy po północy, grzejemy się, dopijamy herbaty, za oknem znowu hula wiatr.