Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą around the Head. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą around the Head. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 maja 2026

2335-2336. Przelotem przez weekend.

Sobotę rozpoczęłam od skrolowania w telefonie, bardzo brzydka sytuacja, obiecuję sobie poprawę. Po obiedzie wyjeżdżaliśmy na Dublin, więc dzień rozpadał się na dwie części. Rano szum pralki, kocie posapywanie przez sen, lektura (mąż pisze), przeleciałam się na szmacie w Kuchniosalonie, w tym czasie mąż wyprowadzał koty — Manisławę znowu coś użarło w puchatą łapulkę, łapulka spuchła, ale będziem żyli.

Po obiedzie miałam lekkie załamanie nerwowe, gdyż nie miałam się w co ubrać. Na tę okoliczność Kochany nawet zawracał z trasy, ponieważ spódnica zrobiła się na mnie czegoś niewygodna i trzeba było mi zarzucić na siebie coś innego (mąż Kochany, nomen omen, okiem nie mrugnął).

Do wydarzenia pozostało sporo czasu, pojechaliśmy na Cork St do Flower & Bean, wzięłam herbatę na poprawę trawienia, a skoro trawienie w planach miało się mi poprawić, zjadłam również ciastko cytrynowo-truskawkowe :D Nie żałuję.




Ostatnia fotka już z "gdzie indziej", bo przejechaliśmy pod Bord Gáis Theatre i wstąpiliśmy do Caffè Nero. Tak sobie tam siedzieliśmy przy herbatach w papierowych kubkach prawie do siódmej, poczem spokojnie przemieściliśmy się pod teatr. W teatrze leciała Melissa Hamilton's Ballet Star Gala, z Melissą Hamilton oczywiście, ale byli też inni tańczący, których nazwisk nie zanotowałam, oraz sopran, Rachel Croash.

W niedzielę pobudka późniejsza, bo położyliśmy się spać po północy. Na śniadanie dojadam wczorajszy ryż z pieczarkami (zwyczajowo, wbijam jajko i podsmażam na maśle). Kręciliśmy się po domu niepewni, na co mamy ochotę (w międzyczasie kolejne pranie zaczęło powiewać w ogródku z tyłu domu), Ka zadzwonił z historią i trochę zeszło nam na rozmowie telefonicznej. W końcu mąż zaproponował spacer "do obiadu". Wyszliśmy nad morze wczesnym popołudniem, na początku odczucie chłodu wzmagane wiatrem, w drodze rozeszło się po kościach, zaś w oku aparatu jak zwykle czyste piękno. Widziałam jeden dupelec śmigającego kłólika, ale miałam tylko aparat w telefonie, czyli z podglądactwa nici.


Jeszcze na ulicy Nadbrzeżnej spotkaliśmy Anne, która wracała do domu po zrobieniu większego kółka (przystanek, rozmowa). Naokoło Głowy szliśmy już z wieloma osobami przed i za, więc domyślałam się, że po dojściu do portu na rybę z frytkami będziemy musieli poczekać ... nie myliłam się: gdy się pojawiliśmy, kolejka właśnie się wysycała, czekaliśmy w ogonku około pół godziny, ale to i tak nic w porównaniu z osobami stojącymi za nami (kolejka do tej pory prosta zaczęła się zawijać w świński ogonek). Chłodny wiatr na szczęście zmienił kierunek i obiad z widokiem mieliśmy przyjemny (głodni jedliśmy w milczeniu, w tym miejscu co zawsze, na ławce zorientowanej na Góry Mourne). Po otarciu pyszczków spacer na chatę odbył się asfaltem — wąska droga prowadząca do portu nie ma pobocza, tymczasem w porze obiadowej coraz więcej ludzi wpadło na ten sam pomysł, pojechania na najlepszą rybę z frytkami w regionie, więc ciągle przystawaliśmy, żeby umożliwić samochodom mijanki. W domu o czwartej, wiadomo: koty na chwilę na smycz, płyny, odsapki. Kochany po odpoczynku zapragnął zrobić kilka dziur w ogródku i z zapałem zabrał się za kopanie w zieleni przed domem. Zrobiłam mu zieloną herbatę i zaniosłam (właśnie wysadza z doniczki Vialę), sama idę zrelaksować się po prysznicem.
___
edit po pracy dnia następnego: rano Kochany przypomniał mi, że w Dublinie, gdy przemieszczaliśmy się pomiędzy kawiarnią i teatrem, dwóch chłopaków na jego oczach ukradło siodełko roweru.

piątek, 31 stycznia 2025

1872. Piątek ...

... zaczęłam wcześniej i sprawę z Junoną załatwiłam bez marudzenia. Jasno, chłodno. Z osiągnięć porannych: zacerowałam skarpetkę. Po śniadaniu snuliśmy z Kochanym opowieść o wikingu, Fredzie Długorękim, który zamiast palić i grabić płacił za jadło oraz pozdrawiał ludność tubylczą udając się na wycieczkę w góry. Zdecydowanie odrzucił nas pomysł składania szafy, to zajmie godziny, zapewne bardzo niemiłe. W zamian daliśmy radę złożyć półkę teleskopową w łazience, czyli dokończyć to, co zaczęłam w zeszły piątek. 

Kiedy wychodziliśmy nad morze, zadzwonił Ka. Zaprosił nas na jutro, trochę też pożalił się na kłopoty w pracy. Oczywiście pojedziemy. 

Dopiero po dojściu do plaży zdecydowaliśmy co dalej. Marsz wokół Głowy: kamienie, kormorany, Bobkolandia.




Piękny spacer, ruch powietrza żaden, po drodze nawet nad klifami błotny challenge, więc skróciliśmy obchód idąc górą przez parking. Tylko rzut okiem, czy w sklepie portowym nie ma chowdera (nie było) i ruszyliśmy w drogę powrotną. Popołudnie zrobiło się ciepłe, w połowie wyprawy ściągnęłam kurtkę.


W domu Kochany zrobił obiad; akurat gdy siedzieliśmy nad talerzami, w wiosce zgasło światło. W ruch poszły świeczki, potem czytnik do książek. W Internecie straszono mieszkańców, że elektryczności nie będzie bardzo długo, na szczęście wszystko wyjaśniło się po godzinie, gdy uzbrojeni w latarkę właśnie wychodziliśmy do Junony. Kot został nakarmiony i pomimo zmiany warunków podtrzymaliśmy sprytny plan sprzed kwadransa: wyjazd do TK Maxxa, późnowieczorne szuranie po sklepie. Mamy maselniczkę z kotami, Kochany kupił sobie kraciasty szlafrok, Junona dostanie jutro bajeczne żarcie od wujka Freda.
 
Późnym wieczorem obejrzeliśmy teatr tv, Mianujom mie Hanka (2025). Raczej propagandowe, ale dobrze zagrane.

sobota, 28 września 2024

1747. Dalsza część programu.

Wstałam dość wcześnie, niezbyt wyspana, bo mózg cały czas próbował do mnie gadać (znowu za ciepło; a tak w ogóle może powinnam zacząć medytować?). Szwagrowski też budził się kilka razy, odnosił wrażenie, że w sypialni jest kot (ha!). Zjedliśmy śniadanie we czwórkę, czasowo udało się nam to zamknąć gdzieś w okolicach "po jedenastej". Wyszliśmy na długi spacer z myślą, żeby w porcie zjeść rybę z frytkami (kolejne marzenie kulinarne Szwagrowskiego zostało spełnione).






Kłólików brak (jeden dupelec mignął mi przez ułamek sekundy, poza tym same dziury), za to było wszystkie inne, krowy przeżuwające lunch przy ścieżce, młode mewy nastawione na fast food, irenki wylegujące się na skałach. Z niejakim wzruszeniem zauważyłam, że Usz ze Szwagrowskim dobrali się jak my (ona wskazuje robala, on troskliwie fotografuje robala, patrzą zazwyczaj w tym samym kierunku). Po zjedzeniu ryby z frytkami wróciliśmy do domu tylko na chwilę (Katlin oczywiście zapoznała się z naszymi gośćmi, a przy powrocie dokładnie wypytała się też, czy im się podobało, bo jakżeby inaczej), następnie wyjechaliśmy najpierw do El Paso na kawę, potem do Carlingford (Kochany chciał szwagrostwu pokazać drogę przez góry). Ławeczka, zamek, kościół cabrio w gęstniejącym mroku (schodząc z zamku natknęliśmy się na białego pieska o imieniu Delilah i jej czarnego, kociego przyjaciela).


W drodze do domu zatrzymaliśmy się w Tesco i wpadliśmy na Wojtka, który wrócił po wakacjach i rozpoczął drugi rok studiów. 

Ponownie raczej wczesne spanie. Dużo chodzenia w nogach. Faktycznie nie ma bunkrów, ale też zajebiście.

wtorek, 17 września 2024

1736. Nie chwalić dnia przed zachodem.

Obudziłam się po dziewiątej, how come? Kochany też dopiero wstał, więc zrobiliśmy niespodziewany deal poranny: ja mu robię kawę, on w ramach optymistycznych planów na październik obojgu nam kupuje bilety lotnicze i bilety na koncert ;)


jeżynowy tunel pączkodupców


Po śniadaniu Kochany wstawił pranie i wyszliśmy na spacer na Głowę. Widzieliśmy: mewy, kormorany, kilka stad krów, głowę foki nurkującej przy klifach, kłólika przemierzającego kłólicze kłólestwo, stada fruwającej malizny oraz zgrupowania szpacze. Szliśmy sobie w przyjemnym, jesiennym słońcu rozmawiając o różnych rzeczach, nasłuchując dźwięków w zeschniętych paprociach. Мышонку шепчет мышь: „Ты всё шуршишь, не спишь!” Мышонок шепчет мыши: „Шуршать я буду тише», zacytował Fred. Potem przysiedliśmy w porcie, żeby napić się wody, którą niosłam w plecaku. Na końcu wyprawy zjadłam loda z osiedlowego sklepu. 

Siedzieliśmy chwilę na ławce niedaleko domu; Rysio, gdyby żył, na pewno zaraz by się zjawił potowarzyszyć w miłych czynnościach.

Rozwieszenie wypranej pościeli, parzenie zielonej herbaty, druga tura prania (zerkam na doniesienia Wyborczej), cerowanie mikrodziurek w T-shircie Kochanego. Fred śmiga kosiarką, ryje dziury i przesadza krzewy. Smażę naleśniki, zjadam naleśniki, dzwonię do mamy. Pogodowo wtorek śliczny, ale po zakończeniu prac ogrodowych Kochany nagle źle się poczuł. Argrggrghhh.

poniedziałek, 29 lipca 2024

1686. W domu.

I tak po dziesiątej rano nasz pobyt chwilowy w El Paso dobiegł końca. Byliśmy już po napitkach i spakowaniu się, gdy taksówka przywiozła Jot z chłopakami; powitanie, wymiana informacji (historia pobytu u teściowej potrzebuje jednak więcej czasu ;)) i prezentów, po czym wyruszyliśmy na drugie śniadanie do 3rd Place. 

Wróciliśmy do domu na wsi około południa (w głośnikach Queen).

Opieka nad Junoną może się skomplikować, koteczka od kilku dni ma problemy zdrowotne, trzeba czekać jak to się rozwinie. Anne zaproponowała nawet, że możemy u niej mieszkać. Nie widzę problemu, nie pierwszy chory kot w moim życiu. Można tylko dawać jeść, obserwować, pogłaskać, zawieźć do weta, jeśli będzie gorzej. Myślenie o tym odkładam na środę, wiele może się jeszcze zmienić. Przy okazji powitań sąsiedzkich dowiedzieliśmy się od Anny, że po osiedlu łaził ten sam komitet, co zwykle o tej porze roku, który znowu zrobił zdjęcie naszego ogrodu.

Po kilku chwilach wypakowywania, upychania, odkładania na miejsce wyszliśmy na spacer nad morze, początkowo bez planu, potem z wyraźną chęcią zjedzenia obiadu w porcie. Nie wyszło, ale nie była to wyprawa nieudana. Pogoda wspaniała, ciepło, wiatr nieco schładzał, tyle ile trzeba, w powietrzu już czuć nostalgiczny zapach sierpnia. Na spotkanie wyszło nam spore stado zaciekawionych byczków. Goarse przekwitł, za to pięknie kwitną osty i dzikie jeżyny; o ciągłym rozwoju króliczego królestwa, które obrosło zieleniną, świadczyła gęsta warstwa bobków przy wejściu na klify (kłólika nie widzieliśmy ani jednego, pewnie odpoczywały w swoich głębokich norach).





We wsi Kochany kupił steki i zrobił nam obiad (mój mózg z każdą godziną coraz bardziej zawodził, nawet schłodzenie go lodami ze sklepu za rogiem pomogło jeno umiarkowanie). O piątej, po obiedzie, nadal walczyłam z sennością, za to Fred przestał, po prostu wskoczył do łóżka. Jeszcze rozmawialiśmy chwilę z Ka, który zadzwonił po południu zapytać o wrażenia (biedak, z wakacji przeskoczył od razu do pracy). Coś tam klikałam, po czym odłączenie prądu, w połowie ubrana położyłam się na drzemkę. Pobudka o ósmej. Ale ekscesów żadnych już dziś nie będzie.

piątek, 3 maja 2024

1599. Dzień pierwszy.

Fred przywiózł gościa jakoś po drugiej, wyrwało mnie to ze snu, ale zdecydowałam, że przywitam się rano. Pomimo tego, że spałam niewiele, dość szybko się obudziłam, Kochany wyjechał na Północ, a ja zajęłam się wprowadzaniem Hany w wiejskie rozrywki. Po śniadaniu wyszłyśmy w kierunku plaży, zatrzymałyśmy się na kawę (gościni była zaskoczona, że w tak małej wsi jest tak profesjonalnie wyglądające miejsce) i obeszłyśmy Głowę; nie zrobiłam zbyt wiele zdjęć, za bardzo byłam skupiona na rozmowie i opisywaniu krajobrazu:



Duszno, zawiesina na horyzoncie skutecznie przysłoniła góry i inne punkty orientacyjne; po marszrucie byłyśmy nawet nieźle zmęczone, więc obiad i sjesta; Fred wrócił szybciej niż się spodziewałam, we troje spędziliśmy wieczór na pogadankach (albowiem wygadani jesteśmy bardzo, starsze pokolenie z pewnością ;)). 

Nastrój zwarzyło mi sąsiedzkie odkrycie. Jeszcze przed wyjściem na spacer zauważyłam, że u Anny jest facet, który naprawiał dziurawą obudowę rynny, a na dachu obok niego kręcą się szpaki. Pomyślałam, że przecież ma rozum i wiedziałby, gdyby w środku było gniazdo. Obudowa została naprawiona, ale po południu nadal widziałam szpaki usiłujące wejść pod rynnę, z robalami w dziobach. Postawiłam na bezpośredniość i zaszłam do Anny, zapytałam ją czy w środku jest gniazdo. Sąsiadka powiedziała mi, że szpaki próbowały je zrobić, na co ja jej, że nie sądzę, bo gniazdo chyba już tam jest, i to z młodymi. Rzeczywiście zresztą, stojąc tak pod domem usłyszałam ich głosy. Anna zmieniła front i stwierdziła, że jutro rano wezwie tego samego gościa, żeby odetkał dziurę, którą naprawił, a ponieważ stało się to zdecydowanie za szybko, sądzę, że od początku wiedziała o całej sytuacji. Myślę też, że jeśli jutro dziura nie zostanie odetkana, więcej się do niej nie odezwę. Postanowione.

Anne wróciła na tydzień, uściskałyśmy się i chwilę rozmawiałyśmy o rzeczach lekkich i zabawnych (jak np. takie, że Hana już poznała białego gamonia, i że kot próbował jej wcisnąć jakoby był moim hojnie dokarmianym ulubieńcem). Nie wnikam w kwestię Majkelową, sama się wyjaśni z czasem.

sobota, 20 kwietnia 2024

1586. Słoneczna sobota.

Ostatnio miewam bogate sny, wiem, tylko zapominam o co kaman. Tym razem główną bohaterką snu przygodowego była Lorejn. 

Wstałam wcześnie i z przyjemnością kręciłam się po Kuchniosalonie. Dopiero przed śniadaniem, około dziewiątej, zdałam sobie sprawę, że dla odmiany słońce sobie z nas nie kpi. Sprawdziłam mapę wiatrów, wiatru brak! Natychmiast powstał pomysł spacerowy, jeszcze tylko pranie w pralce musiało się domielić i wysadziłam do nowej doniczki ostatnie cebule. Gdy tylko przykucnęłam okazyjnie wyharatać z grządki jakiegoś chwasta, pod ręką pojawił się sąsiad-pomocnik:



Bán kręcił się pod nogami, zaglądał do doniczek i jak zwykle rzucał się pod nogi brzuchem do góry. Po prostu gamoń jakich mało. A na tych kilku metrach wiosna, kwitną obydwie jabłonie, kły mieczyków posadzonych dwa tygodnie temu mocarnie podnoszą ziemię.

Po grzebaninie i wystawieniu prania do ogródka na tyłach, ruszyliśmy z Fredem przed siebie (tylko lekkie okrycia, precz z mych oczu zimowe kurtachy!). Zaliczyliśmy postój w kawiarence przy plaży:


No i pięknie, idziemy dalej. W tym samym miejscu, co zazwyczaj, zauważam pasące się bernikle obrożne (pora obiadowa, to czego się dziwię?):


Dalej krowy na łące, kajakarze w wodzie, kwiatki na skałach, ptaszki na skałach, skały, więcej skał, dzwonię do tatki pokazać mu, gdzie idziemy, kończę rozmowę, idziemy dalej, wchodzimy coraz bardziej pod górkę i nagle widzę to:


Czy wy też to widzicie? Przyjrzyjmy się bliżej:




Cała kolonia puchatych dupelców z młodymi. Od kilku lat widzieliśmy tylko efekty ich wykopków pod szlakiem przy klifie, dziury w ziemi, czyli prace budowlane i żadnych mieszkańców. Dzisiaj jednak kłóliki za nic miały spacerujących turystów, widocznie one też czekały na to słońce jak na zbawienie. Ach, piękna sytuacja, warto było się przejść i dobrze, że oprócz kalkulatora miałam aparat fotograficzny. Co poza tem? Gorse pomimo przeschnięcia kwitnie i pachnie mirabelkami, psy spacerują, kajakarz czyta coś w smartfonie :D







Doszliśmy do portu, po drodze jak okiem sięgnąć wszystko w nastroju romansowo-lunchowym (kormoranów brak, pewnie na połowach, foki i mewy czekały w porcie na powrót kutrów). Weszliśmy na molo zobaczyć irenki, po czym wróciliśmy do domu krętą drogą bez pobocza (czyli jak zwykle). Przywitaliśmy się z sąsiadem-marynarzem, który siedział w słowiańskim przykucu na zewnątrz swojej chałupy (przyjechał do niego gość, którego znam z Czerwonych Drzwi; nie pamiętam imienia, bardzo ciężki życiorys, ostatnio chyba chciał być kobietą, ale może zrezygnował) oraz z Anną, która też postanowiła wygrzać kości i właśnie rozstawiała krzesełko przed lokum obok. Przerwa na obiad. Po zjedzeniu łazanek wybyliśmy do miasta, najbardziej potrzebny był nam papier do drukarki, ale zahaczyliśmy też o Costę.

Wieczorem po powrocie do domu Fred dostał ataku entuzjazmu i zaczął kopać w ogródku, przesadził dwa schowane w cieniu wrzośce w bardziej eksponowane miejsce, obkopał mini choinkę, żeby zabezpieczyć ją korą od zakusów perzu, i skosił trawnik. Po pracy długo rozmawiał telefonicznie z Wu.

Jeszcze jestem oszołomiona bogactwem słonecznym. Nom. Dobry dzień to był.

niedziela, 3 marca 2024

1538. Skarpetki, spacer, kawa, relaks.

Mam poczucie jakby kończył mi się wakacje. W nowym tygodniu grupa wraca w pełnym składzie, ale jeszcze dzisiaj nie chciało mi się myśleć o tym garbie. Po wspólnym śniadanku, gdy Kochany relaksował się przy drugiej kawie, przejrzałam skarpetki i powoli zaczęłam wypełniać szuflady nowego mebla. Na razie kontrolnie, żeby zaplanować, co gdzie chcę przemieścić (mam tyle rupieci w szafach, że wypadają, gdy otwieram drzwi). Zapału starczyło mi na razie na wypełnienie trzech i pół szuflady. Jedną Fred zarezerwował dla siebie na robocze dynksy. 

Ponieważ pogoda była ładna, z góry wiedziałam, że nie zamierzam spędzić kolejnego dnia na borsuczym szuraniu w poszukiwaniu rzeczy. W południe odziałam się stosownie i z mężem za rączkę poszliśmy na poszukiwanie wiosny. Przy wejściu z plaży na szlak do klifów spotkaliśmy Uśmiechniętą Kathleen w różowej czapce z pomponem. Na uwagę, że dawno się nie widzieliśmy zdradziła nam, że przez 4 miesiące była w Australii u córki (słusznie, trzeba używać życia). I powiedziała, że coraz jesteśmy młodsi :)


Pogoda świetna na taki kilkukilometrowy marsz, momentami było mi nawet za ciepło. Ścieżka gdzieniegdzie błotnista (to jeszcze po piątkowych opadach), na horyzoncie brak gór, ale morze łagodne, zupełnie nie przypominające tego sprzed dwóch dni. Przy plaży trzyma się od jakiegoś czasu spore stado bernikli obrożnej. Goarse dopiero zaczął kwitnąć, więc jego mirabelkowy zapach nie był jeszcze bardzo mocny.







Po dojściu do portu Fred kupił steki z tuńczyka na obiad i zawróciliśmy do domu. Spacerując przez wieś zauważyłam, że nie czuję już do niej takiej niechęci, jaką miałam po śmierci Ryszarda. Możliwe, że najgorszy czas mija. 

Kochany podkarmił "nasze" szpaki (czyli też całą resztę hałastry, łącznie z wronami-sąsiadkami i hałaśliwymi gawronami) i zrobił obiad (tuńczyk, ryż, sałatka z pora á la Kris) po którym wyjechaliśmy do miasta (chleb/inne takie/kawa). Po randce zakupowo-kawiarnianej wróciliśmy do domu skołowani i padnięci. Oczy mnie bolą, prawdopodobnie od chodzenia w pełnym słońcu. Powinnam nosić okulary przeciwsłoneczne, tylko jak, skoro bez korekcyjnych jestem ślepa jak kret.

niedziela, 8 października 2023