Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą adopcja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą adopcja. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 czerwca 2026

2371-2372. Niedziela-poniedziałek.

No i proszę, Midsomer Murders 24.1 się nawinęło o poranku niedzielnym. Zepsułam sobie przedpołudnie godzinną refleksją nad pracą (obejrzałam dwa nagrania w celach naukowych), ale szybko wypełzłam spod stosu makulatury usprawiedliwiając się brakiem Excela (nie chciałam wymodzonego modzić od nowa), i potem już tylko lektury, w papierze i w Audiotece. Do tego przypomniało się mi, że wczoraj (w sobotę) była rocznica kociej adopcji. To już rok jak wszystko stoi na głowie (np. przestałam prasować, nie ma na to miejsca).

Kochany wrócił z pracy pociągając nosem. Choroba.

Dzisiaj pobudka o czasie; mąż podwiózł mnie do pracy pomimo tego, że nie czuł się za rewelacyjnie. Nieprzyjemna sytuacja — początkowo sądziłam, że jakieś bakcyle go obstąpiły, ale pod koniec dnia skłaniam się ku hipotezie alergicznej. Spotkaliśmy się z Fredem po południu, Fredem wzburzonym, ponieważ chwilę wcześniej Kochany miał nieprzyjemne zdarzenie drogowe, miejmy nadzieję, że bez reperkusji. Zanim przeszliśmy w tryb standardowy (powrót na wieś, koci spacer, obiad), zabraliśmy się z buta do Czarnej, żeby usiąść przy kawie i olać to wszystko.

Kochany zadzwonił wieczorem do brata, klaruje się sprawa samochodu, który w lipcu znowu przetoczy się z jednej stolicy do drugiej.

środa, 11 czerwca 2025

2003. Yyyyyyyyy.

Rano mata rozłożona na jakieś dziesięć minut. Wystarczy, żeby zauważyć sflaczenie. Głowę nadal miałam zajętą myśleniem o rzeczach poza moją kontrolą, więc raczej mi nie szło. Na jutro muszę mieć plan, co idzie po czym.

Ogólnie zaś dzień nawet przyjemny. Z rana urwałam się na chwilę z biura, żeby zajść z Kochanym na spotkanie w jego sprawie. Potem nudy, pogadanki, Szef wyszedł wcześniej, ja jeszcze ćwiczenie na ramiona i dłubanie w nosie; kapelusz założyłam o trzeciej, w ostatniej chwili zawróciła mnie w drzwiach para chilijskich emigrantów (zostawili namiary, jutro powiem im, co wiem). Pogoda ładna. Gdy podjechaliśmy pod dom, z domku obok wyszła Anna — zaskoczyła nas tym zupełnie, się okazało, że wróciła skąd wróciła już z tydzień temu, ale dopiero teraz postanowiła się przywitać; jest jak pajęczyna na wietrze, asymetryczna i niestabilna.

Po obiedzie (szybko coś wymieszałam), poszliśmy z Kochanym nad morze z okazji, że jutro pogoda ma się konkretnie odmienić na złe, a poza tym oboje jesteśmy w czwartek zajęci. Bardzo daleki odpływ, silny wiatr, na parkingu starszy pan wyciągnął sztalugi, kawiarnia zamknięta, w piasku grzebią jakieś niedobitki, gawrony przyleciały z młodymi (młode teraz wszędzie, na takiej np. Rysiowej górce jest drozdowe przedszkole: rodzice pracowicie przerzucają siano i pokazują podlotom, jak się znajduje robaki). 

Godzinne kółeczko trochę pomogło na dyskę we łbie, ale jak tylko po powrocie do domu walnęłam się na łóżko i zaczęłam skrolować FB, wkurw wrócił mi ze zdwojoną siłą. Słowo daję, takiego mam zadziora, że zaczynam nie lubić ludzi o których nawet nie wiem, jak wyglądają (Anne zapytała wczoraj sąsiadkę, której nie znam, o możliwości adopcyjne — już przypisałam tej kobiecie wszystkie możliwe złe intencje). Oddychaj, trzeba głęboko oddychać. No i jeszcze, co to jest, że ogórek małosolny ładnie mi pachnie, ale nie smakuje?

wtorek, 10 czerwca 2025

2001-2002. Nowy tydzień.

Poniedziałek
Zgraliśmy się z Kochanym po południu. Wcześniej, gdy jeszcze byłam w pracy, zauważyliśmy w jednym ze stowarzyszeń czarno-białego kota. Młodziutki, lubi psy, napisałam wiadomość z zapytaniem o możliwość adopcji, zero odzewu. Rozmawiałam z mamą, przedstawiając jej m.in. potyczki adopcyjne. Czytałam Gottland. Po południu za oknem paprochy deszczu (sąsiedzi już prawie skończyli kłaść dachówkę na przybudówce). 

Cytat dnia: My to normalni nie jesteśmy, stwierdził mąż, ale lubię to. Kochanemu lepiej, chociaż musiał być w pracy od wczesnego poranka.

Wtorek
Trochę za późno pomyślałam sobie, że warto byłoby zacząć ten nudny dzień od biegu, albo od jogi. Nie zaczęłam. Wyszłam z chaty o ósmej rano (z Fredem), wróciłam po siódmej wieczorem (z Fredem, tym samym, mężem mym).

W pracy samiuteńka, czytam książki, nic się nie dzieje, wysyłam z dwa-trzy emilki, kilka razy widzę przez kamerę zamontowaną na zewnątrz, jak po chodniku pod drzwiami maszerują przedszkolaki wtę i z powrotem. Dokończam Gottland, kontynuuję Białe zęby. Przez chwilę rozmawiam z koleżanką z biura obok, w końcu o wpół do czwartej zostawiam ją na dobre; jedziemy z Kochanym do El Paso, jemy obiad w Lisdoo, pijemy kawę w ulubionej kawiarni, przejeżdżamy obok domu Ka&Jot, więc się wpraszamy na trochę i przy herbacie w ogrodzie (plecy grzeję w popołudniowym słońcu) głośno dyskutujemy o prymicjach i adopcjach.



Wracamy do domu z U2. Zaszłam do Anne podziękować jej za linki przesyłane w ciągu dnia i wyjaśnić, dlaczego na razie nie będę się rozglądała za innym kotem. Pogoda ładna, dobrze ją wykorzystaliśmy. 

niedziela, 8 czerwca 2025

2000. Porażka i rzeczy dobre.

U mnie lepiej, śpiączka już mnie tak nie zabijała, u Kochanego rano bez zmian, był na chodzie, ale w oskrzelach nadal coś mu szemrało. Mimo wszystko, trzymaliśmy się planu dnia. Najpierw schronisko po jedenastej, dopytanie o Bezimiennego i zarezerwowanie skrzacinki.

No i cóż, straciliśmy ją. Chwilę przed nami ktoś ją zabukował. Śliczna jest, ma charakter, wrzeszczy na całe schronisko. Ech. Zapisaliśmy się jako drudzy w kolejce, na wypadek, gdyby pani się rozmyśliła, ale jest to bardzo mało prawdopodobne. Kto by jej nie chciał?

Na chwilę zatrzymaliśmy się w Drołdzie, żeby kupić chleb i napić się kawy, następnie kierunek Dublin, Inchicore. Spotkanie ze Szczygłem odbywało się o piątej, więc mieliśmy trochę czasu na różne rzeczy. A te różne rzecz to m.in. szuranie po bibliotece w poszukiwaniu fajnych książek za pół darmo: 

Powyższa makulatura została zakupiona (wrzuciliśmy do puszki co łaska), bądź wypożyczona (dwie na górze) ... ponieważ zapisałam się do tamtejszej biblioteki (chyba mi odbiło!). Z rzeczy śmiesznych: zapomniałam wczoraj przedłużyć książkę Smith, więc zniknęła mi z czytnika. Jaką pierwszą książkę znalazłam w Inchicore? Oczywiście Białe zęby. Zaczęłam ją czytać po angielsku, dokończę po polsku. Dlaczego nie, skoro mogę?

Po "skołowaniu" książek ruszyliśmy w kierunku IMMA. Po drodze zatrzymaliśmy się w Loaf (nie mylić z paskudnym Loaf'd) na lunch. Dochodziła trzecia, przegapiłam, że zaraz zamykają i trzeba się spinać, ale daliśmy radę:


Zupa była naprawdę dobra, jak domowa, a to nie jest takie oczywiste w tym kraju. Po lunchu spacer na azymut. Chmury nad Dublinem kręciły się nerwowo i gdy byliśmy już blisko muzeum, zaczęło lekko popadywać. Z tej okazji spędziliśmy w środku budynku trochę czasu; przyznam, że tym razem dwie odwiedzone wystawy zupełnie mnie nie przekonały, a najwięcej przyjemności sprawił mi czas spędzony w sklepie IMMA. Niewiele emocji, jeszcze mniej zrozumienia, a kontrowersje odbieram, jakbym była Czeszką:


Wróciliśmy do biblioteki tuż przed spotkaniem z Mariuszem Szczygłem i skupiliśmy się tylko na tym. Żadnego oglądania polskich autorów lektur dziwnej treści zgromadzonych w korytarzu, żadnego podjadania przygotowanych na tę okoliczność ciast krojonych w bardzo małe kawałki. Zasiedliśmy w dalszym rzędzie. Spotkanie z reportażystą było nadzwyczaj sympatyczne. Zaczęło się wprawdzie nieco drętwo, na dodatek postanowiono spotkanie tłumaczyć i nie wybrano do tego zadania osoby odpowiednio przygotowanej. Pomyślałam, że będzie to godzinna męka, ale Szczygieł unaturalnił ten proces i pomógł chłopakowi, który w innym przypadku kopałby się z materią jeszcze bardziej, przy okazji torturując słuchaczy.


Po słuchaniu odpowiedzi na pytania zadawane przez prowadzących oraz po pytaniach słuchaczy, Kochany zakupił Gottland i ustawiliśmy się w ogonku do autografów. Przy okazji była samojebka z gwiazdą uczyniona paluszkiem samej gwiazdy. Trzeba przyznać, że pan Szczygieł wie jak zabawiać publiczność i jak robić jej zdjęcia.

Wychodząc z budynku załapałam się jeszcze na komplement, że mam piękne włosy :) Hyc hyc, do samochodu, z podpisanym Gottlandem, uśmiechnięci od ucha do ucha ulecieliśmy w dal. Przed dziewiątą w domu. Widząc samochód Anne zapukałam do niej, żeby pokazać zdjęcia malucha, który nie będzie nasz. Ona rozumie. Nie zawsze się udaje, pech to pech, i tak dalej. Bardzo przykra sytuacja adopcyjna. Reszta dnia wspaniała.

sobota, 7 czerwca 2025

1999. Śpiączka.

Obudziliśmy się dość jako tako do użytku. Puchną mi stawy, jestem zmęczona, łeb jak wypchany watą, poza tym spoko. 

Po śniadaniu pojechaliśmy do schroniska odwiedzonego wczoraj (z przeszkodami, gps zawiódł nas najpierw do nieczynnego od lat przytuliska w Collon). Rozmawialiśmy Fridą, która pokazała nam kocie towarzystwo (psy mają na tę chwilę tylko duże, czyli oferta raczej nie dla nas); jedno niedawno znalezione maleństwo spało schowane pod kocykiem — gdy Frida je odkryła i zapytała, czy nie przeszkadza, bezimienne kocię odpowiedziało jej miau. Komunikatywne, zaradne, to może być to :) Jest też u nich kilkuletnia Penny, kotka urody przecudnej.

Deszcz i deszcz. Na wieczór byliśmy zaproszeni do Ka&Jot. Kochany zadzwonił do Ka zapowiadając, że nie przyjedziemy, bo jednak musimy się pozbierać do kupy przed jutrem, oraz nie chcemy ich niczym zarazić.

Po powrocie robię obiad, jemy; potem śpię, jakby mnie ugryzła mucha tse-tse. Aktywuję się wieczorem, ale szału nie ma: zerkam na stare kroniki filmowe z lat 50-70.

Od kilku dni laptop mnie irytuje, źle działają dwa klawisze: i oraz 8. O ile bez numeru mogę się obyć, o tyle brak litery jest naprawdę wkurzający. Nie przypominam sobie żadnego wydarzenia, które mogło mieć wpływ na taki stan. Może jakiś rozlany płyn, kropla nie tam, gdzie trzeba, albo poważne zabrudzenie.

(przy okazji zadumy, czy dzisiaj naprawdę może być dwutysięczny dzień prowadzenia bloga, odkryłam, że nie może być, bo pomyliłam się w liczeniu w sierpniu'22; korekta numeracji trochę mi zajmie)

piątek, 6 czerwca 2025

1998. Piątek?

Po pracy podjechałam z Kochanym do TK Maxxa, po czym szybko skręciliśmy na drogę do El Paso. Pomysł, żeby pójść do schroniska dla psów połączyliśmy z wizytą w ulubionej kawiarni. Najpierw obiad (suszi), potem kawa, następnie wychodząc z Tesco natknęliśmy się na Jot. Dobrze się stało, bo znajoma podpowiedziała nam jeszcze jedno miejsce. W pierwszym punkcie okazało się, że przyjmują tylko zapowiedzianych gości, drugi, polecony przez Jot, był od pół godziny zamknięty — ale! tutaj nie ma tego złego, chwilę rozmawiałam "przez płot" z czego wynikają plany na jutro.

Oczywiście, plany mogą zostać pokrzyżowane przez okoliczności. Do domu przyplątała się choroba. Kochany od wczoraj źle się czuje, u mnie śpioch popołudniowy trzeci raz pod rząd też raczej niepokoi; po powrocie oboje zalegliśmy pod kocem. Wstałam kilka godzin później, gdy zaczęła się burza z deszczem i gradem. Snujemy się, oglądamy wspólnie mietczynskiego Masochistę (film z Kilmerem w roli trupa; oglądam to po raz drugi, Mózg zmęczony nie wiadomo czym namawiał mnie do powtórki). Nom. Czyli jutro albo ozdrowiejemy, albo nie, na dwoje babka. Mózg mi też podpowiada (skoro już razem zdecydowaliśmy o przedłużeniu wypożyczenia książki), żeby zakupić kryminałek w audiobooku, obłożyć łeb poduszkami i słuchać, aż się wyjaśni, kto zabił.