Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Orliński. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Orliński. Pokaż wszystkie posty

piątek, 26 lipca 2024

1683. Dzień dwudziesty.

Po śniadaniu wyjechaliśmy postawić samochód pod Tesco i wyjść na kawę do 3rd Place; zadziwiające ile jest tam ludzi w dzień pracujący tuż przed południem. Tłum. Przysiedliśmy na zewnątrz; kolejny dzień blight weather, w powietrzu unosił się słodkawy zapach śmierci (czyli irlandzkie lato w pełni). Po kawie poszliśmy z Kochanym do księgarni (tej samej, co poprzednio) i znowu kupiłam książkę, tym razem coś zupełnie mi nieznanego, ale wącham, że będzie dobra (autorka norweska, Vigdis Hjorth, miała nominację do Bookera w zeszłym roku). Zaczepiłam starszą panią, która mnie obsługiwała i wyjaśniła mi nazwę miejsca znaną mi z paragonu; Carroll to nazwisko założyciela księgarni, aktualna nazwa to Roe River Books. Dobre miejsce.

Czyli nic pożytecznego nie zrobiłam, ale wałęsałam się z Kochanym po mieście do drugiej. Jeszcze zrobiliśmy malutkie zakupy, pod koniec złapał nas deszcz i musiałam chronić książkę za pazuchą.

Kochany zadzwoniło do swojej mamy z życzeniami, dołączyłam się, chwilę rozmawialiśmy. Dopiero wieczorem zadzwoniłam do swojej, ale nie odebrała (pewnie oglądała tv na ful). Awrio.

O ile Igrzyska Olimpijskie w Tokio sprzed czterech lat zignorowałam, dzisiaj zasiadłam do otwarcia Igrzysk w Paryżu. Nie przepadam za zbiegowiskami typu "mydło i powidło", ale było to coś innego (inauguracja poza stadionem), ciekawie obmyślonego. Pieseł też zerkał (i był dzisiaj grzeczny; oczywiście w granicach rozsądku; chyba już wie, że nie żebrze się o jedzenie podczas obiadu). Z ciekawostek, wśród wykonawców wypatrzyłam Orlińskiego. Za to przegapiliśmy moment, gdy polscy reprezentanci machali z rejsu po Sekwanie. 

PS. Na pytanie do Freda, czy się frytkownica beztłuszczowa dobrze sprawdza, Fred mówi "uhum"; przydała się, zwłaszcza tutaj, w gościach (gdyż jako znani bałaganiarze boimy się ubrudzić piekarnik gospodyni mającej fioła, a nawet fijoła, na punkcie czystości ;)).

niedziela, 17 lipca 2022

943. Frustracje, kot, opera.

Niedzielę rozpoczęłam słuchaniem podrzuconego mi przez Hebiusa zeszłorocznego koncertu Orlińskiego, Arie e concerti

Bardzo mnie frustruje rozgrzebana praca zaliczeniowa, nawet śniła mi się szkoła i przymus zaliczania matematyki, do którego to egzaminu próbowałam się we śnie uczyć. Koszmar ;)

Ryszard pojawił się późniejszym porankiem, wyczyścił miski, dostał przysmaczek, potem siedząc na Fredowym biurku usiłował nam coś powiedzieć. Szkoda, że nie znamy kociego. Wyczułam między jego oczami mały guzek, może to mikroskopijny kleszcz, albo zlepione futerko.

Po śniadaniu zaczęłam się przygotowywać na wyjazd do Dublina. Mam jeszcze kilka sukienek czekających na swój czas, na dzisiaj odcięłam metki od czarno-białej plisowanki DKNY. Samochód pozostał przed dworcem kolejowym w Drołdzie. Bilet powrotny kosztował €12. 

No i pięknie, pogoda (stolyca smaży się w 28℃) oraz cała reszta. Ponieważ byliśmy tylko po śniadaniu, ze stacji Connolly tropiąc przy okazji osobę, która szła po mieście w czarnym berecie i pidżamie w niedźwiedzie polarne, potoczyliśmy się w poszukiwaniu pizzeri (miałam bilet do Pearse, ale co tam, pogoda za dobra, żeby nie chodzić). Minęliśmy np. hotel będący inspiracją do pijackiej sceny we Fredowym filmie:

Tak trafiliśmy na Dawson St Pizza w Milano faktycznie niezła, obsługa taka sobie, restauracja tej sieci w Swords jednak bardziej mi się podoba.

Może była to też kwestia słabej klimatyzacji, Fred był w garniturze i się roztapiał, ja pomimo letniej sukienki też ledwo zipałam. Znacznie lepiej było na kawie w Caffè Nero pod nr 29. Stamtąd, wzmocnieni kofeiną, ruszyliśmy już do Bord Gáis Theatre, bo był na to czas najwyższy. Na miejscu czekały na nas imienne bilety i program.

Tosca z Sinéad Campbell Wallace w roli tytułowej była wspaniała, bez żartów. Tómas Tómasson jako Scarpia jeszcze lepszy (zakończenie I aktu i jego Va Tosca robi wrażenie). Dimitri Pittas jako Cavaradossi dawał radę. Akcję, podobnie jak we wcześniej oglądanej przez nas Carmen, przeniesiono do XX wieku, chyba dobrze, bo faszystowsko-kościelne elementa odpowiednio podbijały przekaz.

Przedstawienie skończyło się przed ósmą, miasto nadal było jasne i bardzo ciepłe, więc spacer do Connolly był czystą przyjemnością.

Turlaliśmy się powoli do miasteczka, za oknami zachód słońca, oboje wybiegaliśmy myślami do przyszłego weekendu i wizyty teściowej.

Anne zjechała pod dom około jedenastej, wyszłam w szlafroku, żeby jeszcze raz podziękować za bilety. To był piękny dzień, jutro trzeba się po prostu zabrać za frustracje. Kot nie wrócił na kolację. 

czwartek, 11 czerwca 2020

177. Boże Ciało.

Obudziłam się nawlekając we śnie firanki na karnisz i nucąc jakąś piosenkę Davida Bowie, może nawet taką, która nie istnieje. O poranku dzięki Hebiusowi z rana wysłuchałam audycji Moja Opera z fragmentami Rinalda Händla w wersji Hogwooda. Jakub Józef Orliński ciastko, tak w ogóle. "Lascia ch'io pianga" będzie mi teraz grała przy każdej czynności.
___
Scenka rodzinna.
Około wpół do dwunastej akurat mielę kawę, gdy mąż zupełnie nagi, jeszcze mokry po prysznicu, zachodzi mnie od tyłu i szepcze:

— Kochanie, jest Boże Ciało! Może byśmy tak MAKARON zjedli, w rosole, albo coś.