Po śniadaniu wyjechaliśmy postawić samochód pod Tesco i wyjść na kawę do 3rd Place; zadziwiające ile jest tam ludzi w dzień pracujący tuż przed południem. Tłum. Przysiedliśmy na zewnątrz; kolejny dzień blight weather, w powietrzu unosił się słodkawy zapach śmierci (czyli irlandzkie lato w pełni). Po kawie poszliśmy z Kochanym do księgarni (tej samej, co poprzednio) i znowu kupiłam książkę, tym razem coś zupełnie mi nieznanego, ale wącham, że będzie dobra (autorka norweska, Vigdis Hjorth, miała nominację do Bookera w zeszłym roku). Zaczepiłam starszą panią, która mnie obsługiwała i wyjaśniła mi nazwę miejsca znaną mi z paragonu; Carroll to nazwisko założyciela księgarni, aktualna nazwa to Roe River Books. Dobre miejsce.
Czyli nic pożytecznego nie zrobiłam, ale wałęsałam się z Kochanym po mieście do drugiej. Jeszcze zrobiliśmy malutkie zakupy, pod koniec złapał nas deszcz i musiałam chronić książkę za pazuchą.
Kochany zadzwoniło do swojej mamy z życzeniami, dołączyłam się, chwilę rozmawialiśmy. Dopiero wieczorem zadzwoniłam do swojej, ale nie odebrała (pewnie oglądała tv na ful). Awrio.
O ile Igrzyska Olimpijskie w Tokio sprzed czterech lat zignorowałam, dzisiaj zasiadłam do otwarcia Igrzysk w Paryżu. Nie przepadam za zbiegowiskami typu "mydło i powidło", ale było to coś innego (inauguracja poza stadionem), ciekawie obmyślonego. Pieseł też zerkał (i był dzisiaj grzeczny; oczywiście w granicach rozsądku; chyba już wie, że nie żebrze się o jedzenie podczas obiadu). Z ciekawostek, wśród wykonawców wypatrzyłam Orlińskiego. Za to przegapiliśmy moment, gdy polscy reprezentanci machali z rejsu po Sekwanie.
PS. Na pytanie do Freda, czy się frytkownica beztłuszczowa dobrze sprawdza, Fred mówi "uhum"; przydała się, zwłaszcza tutaj, w gościach (gdyż jako znani bałaganiarze boimy się ubrudzić piekarnik gospodyni mającej fioła, a nawet fijoła, na punkcie czystości ;)).





