Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bach. Pokaż wszystkie posty

sobota, 2 marca 2024

1537. Bach na żywo.

O poranku wysłuchałam Czterech pór roku Vivaldiego z wczorajszego koncertu na 87 urodziny Dwójki (dzięki Hebiusowi, który napisał o tym na swoim blogu; przez chwilę zastanawiałam się, czy Lilianna Stawarz to nie jest jakaś daleka rodzina). Kochany jeszcze spał, zrobiłam mu kawę na przebudzenie i mogliśmy zacząć dzień.

Sobotę została wypełniona składaniem szafki (a raczej sześcioszufladowej komody o romantycznej nazwie Sorrento). W papierach stało, że złożenie tej rozsypanki zabiera jakąś godzinę. Zaczęliśmy około jedenastej. Razem z przesuwaniem materaca, odkurzaniem podłogi, wyrzucaniem śmieci, przebieraniem pościeli zeszło nam do czwartej. Korzystając z okazji, z pudła, które zazwyczaj leży pod łóżkiem, wyciągnęłam moje kultowe trampki w żółto-czarną kratę (tzn. nowe, bo stare, identyczne, zostawiłam w Polsce). W międzyczasie umyłam jeszcze włosy, gdy Fred przed wbiciem ostatniego gwoździa pojechał do rzeźnika po steki (w końcu jest sobota, rzeźnik rodzinny nie mógł czekać w nieskończoność). Na koniec przybiliśmy piątkę jak Pat a Mat. Praca upłynęła nam przy wiosennych trelach.

Po obiedzie zaczęliśmy się zbierać na koncert (trampki miały więc dobry start). Pojawiliśmy się w mieście kilkadziesiąt minut przed czasem i zaparkowaliśmy niedaleko kościoła świętego Pietera (pod M&S, co to go będą zamykać). Kolejny już raz mieliśmy okazję posłuchać na żywo Irish Baroque Orchestra. Gdy weszliśmy do wnętrza akurat trwał wstęp z Peterem Whelanem (dyrektor artystyczny, ale też multiinstrumentalista; uroczo się jąka). 

Pasja według św. Mateusza Jana Sebastiana Bacha, z dziesięciominutową przerwą (w której pozwoliłam sobie mówić skeczem Basińskiej bo Bach był Niemcem, zresztą, Händel, którego słuchaliśmy w zeszłym roku po angielsku też był Niemcem, kiedyś wszyscy byli Niemcami. I Niemcy wszystko mieli najlepsze, filozofów, biurka ... a później wyszło jakoś tak niezręcznie. Jakby oni wiedzieli, to by sobie w życiu nie pozwolili ... bo kto powiedział, że trzeba słuchać Pasji na poważnie). 

Wykon, wiadomo. Koncert był obstawiony mikrofonami (ciekawe czy w nagraniu wyretuszują mój kaszel na początku drugiej części), za ewangelistę robił Nick Pritchard (tenor), poza tym śpiewali m.in.: Aisling Kenny (sopran), Charlotte O'Hare (sopran), Laura Lamph (mezosopran), Hugh Cutting (kontratenor, malutki, ale zadziorny), Matthew Brook (bas-baryton), Hugo Hymas (tenor) oraz Edward Woodhouse (tenor).

O jedenastej ponownie w domu. Jestem taka zmęczona, że dzisiaj niczego już nie wkładam do nowych szuflad. Szumy uszne. Dobranoc, dniu.

poniedziałek, 26 lutego 2024

1533. O chlebie i wodzie.

Przypomniałam sobie, że Anne wysłała mi jakiś czas temu link do informacji o Pasji wg św. Mateusza granej w okolicy i z samego rana kupiłam nam bilety na sobotę. Reszta wydarzeń mile powtarzalna. Np. Kochany zawiózł mnie w obie strony, a po pracy zrobił nam obiad. Była telefoniczna rozmowa z Usz, omówione zostały nasze aktualności i "będzie się działo" oraz szwagierki rewelacje o kociej kupie i możliwym przylocie rodzinnym. Od jakiegoś czasu dumałam nad kolejną wizytą u rodziców, do tego stopnia, że mi to zupełnie psuło nastrój. W końcu powiedziałam Kochanemu o moich planach, kupiłam bilety oraz spiknęłam się na wideoczasie z mamą, żeby wyłożyła dodatkowy talerz. Anyway, po wydatkach koniecznych postanawiam oszczędzać na porannej kawie. 

Zdrowotnie nie najgorzej, chociaż jestem zmęczona i nadal trochę kaszlę (szczególnie w pracy o poranku, gdy budynek dogrzewa się po weekendowej przerwie).

niedziela, 17 lipca 2022

943. Frustracje, kot, opera.

Niedzielę rozpoczęłam słuchaniem podrzuconego mi przez Hebiusa zeszłorocznego koncertu Orlińskiego, Arie e concerti

Bardzo mnie frustruje rozgrzebana praca zaliczeniowa, nawet śniła mi się szkoła i przymus zaliczania matematyki, do którego to egzaminu próbowałam się we śnie uczyć. Koszmar ;)

Ryszard pojawił się późniejszym porankiem, wyczyścił miski, dostał przysmaczek, potem siedząc na Fredowym biurku usiłował nam coś powiedzieć. Szkoda, że nie znamy kociego. Wyczułam między jego oczami mały guzek, może to mikroskopijny kleszcz, albo zlepione futerko.

Po śniadaniu zaczęłam się przygotowywać na wyjazd do Dublina. Mam jeszcze kilka sukienek czekających na swój czas, na dzisiaj odcięłam metki od czarno-białej plisowanki DKNY. Samochód pozostał przed dworcem kolejowym w Drołdzie. Bilet powrotny kosztował €12. 

No i pięknie, pogoda (stolyca smaży się w 28℃) oraz cała reszta. Ponieważ byliśmy tylko po śniadaniu, ze stacji Connolly tropiąc przy okazji osobę, która szła po mieście w czarnym berecie i pidżamie w niedźwiedzie polarne, potoczyliśmy się w poszukiwaniu pizzeri (miałam bilet do Pearse, ale co tam, pogoda za dobra, żeby nie chodzić). Minęliśmy np. hotel będący inspiracją do pijackiej sceny we Fredowym filmie:

Tak trafiliśmy na Dawson St Pizza w Milano faktycznie niezła, obsługa taka sobie, restauracja tej sieci w Swords jednak bardziej mi się podoba.

Może była to też kwestia słabej klimatyzacji, Fred był w garniturze i się roztapiał, ja pomimo letniej sukienki też ledwo zipałam. Znacznie lepiej było na kawie w Caffè Nero pod nr 29. Stamtąd, wzmocnieni kofeiną, ruszyliśmy już do Bord Gáis Theatre, bo był na to czas najwyższy. Na miejscu czekały na nas imienne bilety i program.

Tosca z Sinéad Campbell Wallace w roli tytułowej była wspaniała, bez żartów. Tómas Tómasson jako Scarpia jeszcze lepszy (zakończenie I aktu i jego Va Tosca robi wrażenie). Dimitri Pittas jako Cavaradossi dawał radę. Akcję, podobnie jak we wcześniej oglądanej przez nas Carmen, przeniesiono do XX wieku, chyba dobrze, bo faszystowsko-kościelne elementa odpowiednio podbijały przekaz.

Przedstawienie skończyło się przed ósmą, miasto nadal było jasne i bardzo ciepłe, więc spacer do Connolly był czystą przyjemnością.

Turlaliśmy się powoli do miasteczka, za oknami zachód słońca, oboje wybiegaliśmy myślami do przyszłego weekendu i wizyty teściowej.

Anne zjechała pod dom około jedenastej, wyszłam w szlafroku, żeby jeszcze raz podziękować za bilety. To był piękny dzień, jutro trzeba się po prostu zabrać za frustracje. Kot nie wrócił na kolację. 

piątek, 24 czerwca 2022

Postscriptum #919.

Więc ruszyliśmy, żeby być w Dublinie na ósmą. Zaparkowaliśmy pod samą NCH i poszliśmy jeszcze na trochę do Stefana:



Tymczasem w programie niespodzianki. Rachel Podger, znana solistka na którą wielu czekało, rozchorowała się (nie wiadomo, czy na Chorobę) i trzeba było zmienić program koncertu, żeby Irish Baroque Orchestra, Claire Daff i Kinga Ujszászi dały radę bez niej. 


Rozpoczęto wg planu, koncertem na dwoje skrzypiec 1043, ale potem był kawałek Händla i niespodziewanie Bachowska partita na flet solo 1013, po czym z tą samą flecistką niecały koncert 1044, bez pierwszej części. Następnie wykonano La Folia Geminianiego i kawałek Czterech pór Vivaldiego. Bardzo fajnie dawała Kinga Ujszászi, energiczna, pozytywna skrzypaczka, takie trochę sreberko.


Po koncercie jeszcze chwila spaceru na mieście, które wyraźnie przygotowuje się na Pride. Parki już się zamykały, do Merrion Square dotarliśmy, gdy porządkowy brzęczał kluczami i pomachaliśmy Wilde'owi zza krzaków (z tego zaczyna się robić tradycja). Ale było miło tak łazić po bezwietrznym, całkiem ciepłym mieście, które drapało sie po brzuchu przed snem.



wtorek, 1 marca 2022

805. Pancake Tuesday.

Szron pokrył świat, dzień był przejrzysty i chłodny. Pracowałam z Piterem, potem z Ifą, a raczej oni pracowali, ja spędzałam z nimi czas. Panowało zamieszanie, instalowano nowe komputery, pół dnia siedziałam w podziemiach.

Tłusty Czwartek ma swój odpowiednik w Dniu Naleśnika. W związku z tym na lunch zjadłam jednego pankejka z ciasteczkowym smarowidłem. 

Fred był już w domu, gdy czekałam na autobus powrotny. Kartofle obrane, kaczuszka do piekarnika, w odtwarzaczu prezent Fredowy dla mnie, Wariacje Goldbergowskie nagrane w 1981 przez Glenna Goulda, w zremasterowanej wersji (2004). Ale małżonek nieprzytomny, kaczuszki nie dopieka, potem dzwoni z życzeniami urodzinowymi do kuzyna zamiast do brata. No i tak ... śpiący książę już pod kołdrą, bo inaczej jutro (a zrywa się w środku nocy) paluszków się nie doliczy. Poza rozmowami o sytuacji na Ukrainie, dzień spokojności.

sobota, 31 lipca 2021

592. Ostatni dzień lipca.

Po śniadaniu dokończyłam czytanie Teethmarks on My Tongue (Head of Zeus, 2018). Konie i pies mnie wzruszały, tylko dlatego podążałam śladami autystycznej głównej bohaterki. Zastanawiam się ile w tej książce doświadczeń samej autorki. Lekturze towarzyszyły Koncert Brandenburskie randomo kliknięte na youtubie. Porannego spaceru więc nie było, a potem nie czułam smaku na wędrówki. Wolałam lenić się przed komputerem i wziąć prysznic w środku dnia. Fred od wczesnego rana w Dublinie, odzywał się w swoich przerwach i wrócił do mnie pod wieczór.

Obejrzałam The Green Man (2003) z siódmego sezonu MM. W temacie czytników książek zgłębiam wybór pomiędzy Kindle/PocketBook/Onyx Boox. Jeśli jutro będzie nam się chciało wcześnie wstać, kto wie ... może Glendalough. 

czwartek, 24 grudnia 2020

373. Słoneczna wigilia.

Czy ja zapisałam, że wczoraj śniło mi się, że oglądam nowy serial z Chuckiem Norrisem, który mieszkając na wyspie produkował samochody wyścigowe? Dzisiejszy sen był równie odjechany, ale im bardziej przypominam sobie tamtego Chucka, tym bardziej nie wiem o czym to było tym razem. Pamiętałam go jeszcze nad ranem, gdy kot obudził mnie swoim żałosnym miaukiem po piątej rano.

Sałatka jarzynowa i krokiety z pieczarkami i cheddarem są dość pracochłonne, więc zabrałam się za tę sprawę jeszcze przed śniadaniem, po śniadaniu włączając pod smażenie naleśników The Violin Concertos J.S. Bacha (2006) w wykonaniu Camerata Antonio Luco. Fred pojechał w tym czasie kupić świeży chleb i kilka innych niezbędników, a po powrocie zaniósł ostatnią paczkę świąteczną, słodycze dla Thomasa. W handlu wymiennym dostaliśmy za to świeże krewetki z naszej zatoki.

Wigilia była złożona z uszek w barszczu oraz wspomnianych krokietów i sałatki jarzynowej. Akurat, gdy zaczęłam wszystko podgrzewać odezwali się z Polski rodzice i mieliśmy prawie godzinną wideokonferencję — mama pochwaliła się projektorem, który rzuca światełka na ścianę domu. Wideokonferencja została dwa razy przerwana przez mikołaje. Katlin przyniosła aż dwie torby, w nich zestaw kremów Aveeno i kraciasty szal z The Quiet Man Collection dla Freda oraz duży szal w pepitkę i perfumowany zestaw Bella Vida dla mnie. Przy okazji pożaliła się na artretyzm w rękach, najwyraźniej akupunktura pomaga tyle, co nic, przez to nie widujemy jej za często. Pięć minut później do drzwi zapukał Thomas w koszulce z krótkim rękawem (jaki gorąc!) i kilogramem świeżej ryby. Rybka poszła do zamrażalnika, bo naprawdę teraz nie ma jej gdzie upchnąć. W międzyczasie pojawił się na stole dodatkowy prezent dla mnie — podkład Laury Mercier i perfumy Twilly d'Hermès:

Imbir z bergamotką i odrobiną gorzkiej pomarańczy, w nucie serca tuberoza miesza się z kwiatem pomarańczy i jaśminem, wszystko to na bazie z drzewa sandałowego i wanilii. Piękny zapach.

Zamotani w wigilijne szaliki miziając się stopami obejrzeliśmy Statystów (2006) Kwiecińskiego. Miał swoje dobre momenty, a my jesteśmy w nastrojach łaskawych.

Jot przesłała nam zdjęcia chłopców, pidżamki pasują!

czwartek, 26 grudnia 2019

Postscriptum #9.

O jedenastej, w mżawce, pan w pomarańczowej kurtce, który wcale nie wyglądał na rycerza św. Kolumby, ale najprawdopodobniej nim był (The Knights of St. Columbanus, poważnie), zapukał do naszych drzwi, rzekł Happy Xmas, wręczył Fredowi torbę i poszedł do naszego sąsiada, Judżina, z drugim takim samym pakunkiem. Dostaliśmy mnóstwo słodyczy i dinksów, mnie najbardziej olśniła szczoteczka do zębów, Freda dwa męskie grzebienie kieszonkowe. Skąd wiedzieli? Chwilę później to my zrobiliśmy niespodziankę: brudnawy jack russell przechodzi obok nas nawet kilka razy dziennie, więc zawsze czeka na niego saszetka pedigree pal. Nie zawiedliśmy — pewnie sobie pomyślał, że warto było się wybrać na osiedle w to bure, deszczowe przedpołudnie.

Po południu Fred zajął się pisaniem nowego tekstu na bloga, Rysiu spaniem w naszym łóżku, ja czytaniem Sodomy F. Martela przy cichym akompaniamencie Weihnachtsoratorium BWV 248 J.S. Bacha (Nikolaus Harnoncourt, 1982). Zakończyłam rozdział o Trujillo. Przebrzydła persona. Czy Karol Wojtyła, znany jako Jan Paweł II, miał choć jednego sympatycznego protegowanego? Ze złości aż mi się zachciało spać i nasłuchując prawym uchem w półśnie doszłam do 2/3 oratorium. Po trzeciej pojechaliśmy po chleb, wróciliśmy z czterema nędznymi bułeczkami, a najdroższym zakupem była karma dla psa, który nawet nie jest nasz.

Wieczorem Ścieżka strachu (1990) braci Coenów. Sprytny pastisz. Na sen album Blood Sugar Sex Magik Red Hot Chili Peppers (1991).

9. Patenty Krisa.

Dzięki anabelle zaczęłam dzień od Bacha i koncertu na obój i skrzypce c-moll BWV 1060R. Ostatnio jest tak, że budzę się, uchylam okno i wołam kota (jeśli go już nie ma na chacie), daję  mu jedzonko, sobie robię zieloną herbatę z pomarańczą. Fred wstaje później i lubię mu robić mocną kawę, taką z dripa. W międzyczasie odpalam komputer i odwiedzam obserwowane blogi. Czasami powodem odwiedzin są tylko zabawne statystyki.

Na zewnątrz słychać wiatr i faktycznie nasz irlandzki domek wychładza się na zimę — zauważam, że podgrzewacz przy prysznicu wydaje się działać coraz słabiej. To mi przypomina o patentach Krisa o których rozmawialiśmy z mężem późnym wieczorem. Fred wyliczał: zamontowany okapnik, klamki do okienka w łazience przemontowane z kominka, kiszone ogórki w sałatce z pora, dodawanie cebuli do startej marchewki. Ale teraz najbardziej doceniamy pomysł z kocem elektrycznym wsuwanym na zimę pod prześcieradło. Kris miał naprawdę talent do wymyślania r z e c z y. Szkoda, że był też rąbnięty w głowę i przez to już go nie poznam. Zimą, gdy wskakuję do nagrzanego przez kocyk łóżka, celebruję pamięć o nim.