Wstaliśmy o czwartej rano, ciocia eR nakarmiła nas jajecznicą, a za godzinę przyjechał Mrzygłód. Kuzyn podwiózł nas do Przełęczy Okraj. Początek (o w pół do siódmej) był trudny, ciągle pod górę, zasapałam się i piłam izotoniki jak smok. Wczesny początek dał nam luksus spokojnego, bezludnego krajobrazu.
Chodzenie po górach polega na otwieraniu i zamykaniu, twierdził filozoficznie Fred. Możesz mi asystować? Nie chcę, żeby mi coś pierdolnęło w kręgosłupie, skonstatowałam ja. Takie to refleksje podróżne na temat plecaków.
Szlak niebieski: Czoło, Skalny Stół, Sowia Przełęcz, Czarna Kopa, Śnieżka, następnie zejście Drogą Jubileuszową i Dom Śląski. Pogoda w sam raz, niewielkie chmurki dawały mi ulgę w cierpieniu; w kosodrzewinie ptaki śpiewają, jakby u nich nadal była wczesna wiosna. W schronisku byliśmy sporo przed rozpoczęciem doby hotelowej, wzięliśmy więc coś na podtrzymanie energii (żurek dla Freda, dla mnie barszcz z krokietem, gofr z bita śmietaną) i czekaliśmy. O w pół do czwartej już przysypiałam na łóżeczku, półmokra, bo w schronisku zabrakło ręczników (nie dowieźli, rzekomo, ale wcześniej spaliśmy tutaj dwa razy, więc wiemy jak jest — ostatnio też nie mieli ręcznika dla Freda).
Ogólne wrażenie z Domu Śląskiego: nope. Miejsce jest maszynką do robienia pieniędzy, tłumy jak na głównej ulicy Karpacza (zamówień z 500 dziennie), a przy tym kompletny brak wysiłku w kierunku poprawienia jakości usług (bardzo nieładnie, mili państwo). To pozostawia w człowieku głębokie pfe, pomimo magicznej lokalizacji.
Po piątej wybraliśmy się do kantyny na obiad, wydaliśmy na herbatę 40 zł (następnym razem trzeba nosić ze sobą torebki). Dość wcześnie mycie zębów we wspólnej łazience z widokiem.





Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.