Strony

środa, 19 czerwca 2024

1646. Karkonosze, dzień drugi.

Bardzo silny wiatr wiał przynajmniej do pierwszej w nocy. Pobudka po piątej. Oprócz nas pięć osób w pokoju nr 14, razem z parą śpiącą w jednym łóżku. Bardzo spokojne towarzystwo, wszyscy górscy podróżnicy (mamy wielkie szczęście, doceniam je). 

Dwóch młodych gości również wyszło na szlak o zbliżonej porze. Jednego naszego współlokatora spotkaliśmy jeszcze z trzy razy (przecinał nam drogę). Poza tym turystów niewielu, szczególnie w porównaniu z dniem poprzednim; w połowie drogi zaczęliśmy się witać z małymi grupami Czechów idących od Przełęczy Karkonoskiej. Szlak na dzisiaj (czerwony): Spalona Strażnica, droga zimowa (Kocioł Małego i Wielkiego Stawu), Słoneczniki, Mały Szyszak, zejście do Odrodzenia.


Oczywiście, wiele razy plułam sobie w brodę, że nie mam normalnego aparatu fotograficznego. Tego dnia akurat z powodu łani, która przecięła nasz trakt w okolicach Spalonej.



W okolicach Małego Szyszaka niebo coraz bardziej zaczęło się zasnuwać. Fred nie bez powodu zaplanował tak krótką trasę i jego przewidywania zbiegły się z faktycznym ciągiem zdarzeń: gdy zbliżaliśmy się do schroniska, spadła na nas ostrzegawcza mżawka. 

O jedenastej byliśmy już po naleśnikach (dla mnie z powidłami śliwkowymi, dla Freda z serem) oraz po utracie kilku banknotów porwanych przez wiatr. Tzn. utracie tymczasowej, bo mój rycerz bez białego konia dwa razy zaszedł za schronisko i odebrał przyrodzie nasze 150 zł.

Czekając na możliwość wejścia do pokoju piliśmy dobrą kawę (w filiżankach! żadnych papierowych kubków, jak w Domu Śląskim) i rozmawialiśmy z tatką. 

Odrodzenie po doświadczeniu z Domem Śląskim to bajka (nie chodzi o obsługę, ta była w porządku, ale o ogólną organizację). Naleśniki pyszne, zupa pomidorowa okazała się prawdziwym kremem (Fred chwalił kwaśnicę). 

Pokój nr 10 kosztował nas 190 zł + 10 zł za dwa ręczniki. Zeszła noc to 150 zł w pokoju wieloosobowym, bez ręczników, z poszwami udającymi prześcieradła i łazienką w korytarzu. Ach, i tutaj cytryna do herbaty nie kosztuje dodatkowych 2 zł. I w toaletach są odświeżacze powietrza, mój jeżu!

Przed obiadem wyszliśmy z herbatkami na taras (tuż po południu od polskiej strony nad schronisko zaczęła nadciągać mgła-chmura, która w szybkim tempie pochłonęła wszystkie widoki):

Na obiad sikory w sosie węgierskim (nie pamiętam, żebym kiedyś to jadła, pyszne!), Fred wziął ruskie z kwaśną śmietaną. Po obiedzie leżaczkowanie, gapienie się na mgłę, wypatrywanie hohoni. Uświadomiłam sobie, że przed wojną był to dom wypoczynkowy Hitlerjugend :)

Jeszcze przetestowaliśmy racuchy z jabłkami, ustaliliśmy, że kochamy to miejsce i że trzeba jakoś omijać Dom Śląski. Potem prysznic i odpoczynek przed jutrzejszym długim marszem przez Czechy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.