Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą midsommar. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą midsommar. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 czerwca 2026

2378. Lato.

Ciepło. Pranie powiewa, suszy się w słonku. W domostwie ogólne nieróbstwo. Koty śpio, mąż nie śpio, za to siedzi w sypialni ze stopami przykrytymi żoninym szlafroczkiem i tworzy (jako żona piszarza pokornie zaniosłam mu jogurcik z granolą i herbatę z machą, żeby się mąż prawidłowo rozwijał). Klikam, a powinnam coś innego robić, zerknąć w papiery (zaraz to zrobię, bo mi ta myśl żyć nie daje). Zapiszę tylko, że w Polsce stopni dwa razy tyle i rodzice chowają się przed upałem w domu (czyli dokładnie tak, jak my). I jeszcze z videłorozmowy z mamą njusy zdrowotne: tatko odbył w mijającym tygodniu dwie wizyty, po pierwsze oko, może coś mu tam pomogą w temacie zezowania, zapisał się na zabieg na sierpień (cud termin, czyli wiadomo, że prywatnie i nie za darmo) + są wyniki usg jamy brzusznej (nawet nie wiedziałam, że miał), coś tam powiększone, gdzieś tam torbiel. Razem z wynikami prześwietlenia głowy (umiarkowany zanik, łagodne zmiany) można się trochę przygnębić.
___
edit 20:45



___
edit 22:00 Ależ miły zrobiliśmy spacer. W porównaniu z sobotą wybrzeże bezwietrzne, można było iść przed siebie i iść. Odkryliśmy, że w sporym oddaleniu od parkingu, na plaży pojawiły się nowe umocnienia, coś w rodzaju falochronu z jakichś dziwnych elementów, betonowych słupów z datami (prawdopodobnie stare podkłady kolejowe, najwyraźniej niedawne sztormy dojadły właścicielom gruntów). Niektóre namioty już się zwinęły, ale na ich miejsce pojawiło się kilka innych. Pierwszy dzień lata był wyjątkowo piękny.

sobota, 21 czerwca 2025

2013. Lato.

Obudziłam się, gdy przyszłoś. 3:42 am. Witaj :)
___
edit 18:00 Rano: rozmowa z mamą; rozmowa z Perlistym; Kochany wrzucił do pralki kino dla kotów (maluchy gapiły się jak zaczarowane w przewalającą się pościel), po czym poszliśmy nad morze na terapię sensoryczną:

Po powrocie zastana taka sytuacja:

Szybka zmiana outfitu i wyjechaliśmy (soundtrack: U2) do El Paso na naleśniki podlane kawą oraz małe zakupy w Tesco. Zrobiliśmy kółeczko spacerowe po mieście i nie mogło się obyć bez tego, żeby się ktoś nie przyczepił. Jak miał na imię? Nie zrozumiałam, ale nam powiedział, co o nas myśli, gdyż podobno świecimy jasnym światłem. Spoko. Don't worry about me, rzekł odchodząc od nas po raz wtóry. Nie, że worry, ale pić mógłby przestać. Oh well. Do domu (soundtrack: Marillion). Po raz kolejny w ogródku zdybaliśmy imigranta, był głośny i domagał się wjazdu na chatę, nihil novi. Ugotujemy się przez niego przy zamkniętych oknach. Obiad. Stan po obiedzie:


___
21:40 Obejrzeliśmy Wszyscy mówią: kocham cię (1996), kolejny film Allena, którego do tej pory nigdy nie widziałam, choć minęło prawie trzydzieści lat. Ech. Mleczaki fajne, Bronia próbowała oglądać z nami, Mania wolała uprawiać sport, potem obydwie się pospały, Bronia u mnie na kolanach. W Kuchniosalonie gorąc piekielny, na zewnątrz przyjemny, ciepły wieczór, z dźwięków tylko szum morza.
___
23:10 wróciliśmy ze spaceru po niebieskiej plaży; sporo osób rozstawiło namioty, rozpaliło ogniska, spędzą tam najbliższe godziny. Na horyzoncie nadal nie widać gór.


Piękna letnia noc się zapowiada; przed domem przywitał nas imigrant, który od razu upolował jakąś ćmę; pościel wyschła, łóżko pachnie świeżością; Mleczaki zdrowe, wyspane i rozrabiają.

czwartek, 20 czerwca 2024

1647. Karkonosze, dzień trzeci.

Pobudka o … trzeciej :D. Źle spałam, wyglądałam przez okna, robiłam zdjęcia świtu.

Wyszliśmy z naszego ulubionego schroniska o siódmej, oglądając się za siebie i robiąc sporo zdjęć. Do następnego razu :)

Zamiast kontynuowania marszu oczywistą drogą (czyli po północnej stronie Wielkiego Szyszaka) zaplanowaliśmy zejść z Głównego Szlaku Sudeckiego i wrócić na niego za symbolicznym źródłem Łaby. Po drodze Czechy, szlak zielony w kierunku na Szpindlerowy Młyn ze skrętem w Labský Důl, wspinaczką do Labskiej Boudy i marszem do Hali Szrenickiej.

Początek szlaku był stromy i nietypowy, zarośnięty, w ogóle prawie nie uczęszczany, znaleźliśmy na nim np. płytę nagrobną (oraz monetę z roku 1962, którą zgubiłam gdzieś w trakcie wspinaczki, pewnie, gdy wyciągałam z kieszeni telefon, żeby zrobić kolejne zdjęcie).

Trasa do źródeł Łaby to trudna bajka. Wspaniałe widoki, dużo zieleni, mało ludzi. Ale potem trzeba zacząć powrót na grzbiet, a mamy już kilka km w nogach, na dodatek pogoda niepotrzebnie się rozsłoneczniła.




Stękałam, kwękałam, przystawałam i złorzeczyłam słońcu, ale dopełzłam.


Para Niemców z Ulm (on, wg własnych słów, z Breslau) szukali prawdziwego źródła Łaby, rozmawialiśmy chwilę (po angielsku) co i jak. Plecaki wydawały się coraz cięższe, więc Fred mi opowiadał jak to dawniej bywało, w czasach słusznie minionych, gdy na plecach oprócz śpiwora i dmuchanego materaca targał 20 konserw turystycznych (paprykarz, wołowina w sosie własnym, ryby) oraz kilka flaszek wody ognistej.

Minęliśmy Szrenicę ze schroniskiem zagnieżdżonym jak orle gniazdo i po czwartej siedzieliśmy w pokoju nr 304 (335,60 zł, rezerwowany przez booking, własna łazienka), po obiedzie i kompletnie wyzuci z energii. Kochany musiał się zdrzemnąć choć godzinkę, ja nie byłam lepsza, i nawet myśl, że już nie musimy się spieszyć nie pomagała.

Przy wieczornym zamawianiu naleśników i ich konsumpcji okazało się, że schronisko ma kota. Kot Wacek:


Nie czujemy nóg. To był długi dzień. Teraz tylko odpoczynek.

środa, 21 czerwca 2023

1283. Letnie przesilenie.

Praca do pierwszej, lunch w Cedar Gate i spotkanie z Fredem, który już wyjechał z domu i króliczymi zakosami zmierzał w kierunku Derry. Na koniec ucałowaliśmy się baklawowym pocałunkiem, Kochany został przy swojej kawie, tymczasem ja powędrowałam na dworzec. Obiad już był, więc po powrocie do domu zaszłam do sklepu po włoskiego loda waniliowego na deser. Pokrętną drogą doprowadziło to do tego, że mój kubek z krową stracił ucho. Kot wrócił tuż przed deszczem (bo to bardzo mądry kot). Herbata została wypita z rannego kubka; ostatni odcinek dwudziestego pierwszego sezonu Midsomer Murders obejrzany. Drzemka. Krótkie szwendanie się po ogrodzie (niespodziewanie ciepłym i pogodnym). Brzuszki. Pisanko.

wtorek, 22 czerwca 2021

552-553. Na szczęście jesteśmy razem.

Początek tygodnia minął mi bardzo zwyczajnie. Tatko zadzwonił w poniedziałek rano, przy swojej porannej kawie — pokazał mi kwiatki i kota Mruczysława.

Zanim Kochany wyjechał do Derry, przeszłam się sama na plażę. Nie robiłam zdjęć, porządkowałam myśli i prychałam. Nie wiem, czy to zatoki, czy alergia na coś fruwającego w powietrzu, ale od dawna nie było to takie męczące, nos był praktycznie nie do użytku.

Po południu zaczęłam wypełniać papiery, żeby odkryć, że nie działa nam drukarka, więc przerzuciłam się na prasowanie piętrzącej się sterty ubrań i oglądanie Midsomer Murders. Obejrzałam dwa odcinki, ostatni pierwszego sezonu i początek sezonu drugiego, Death's Shadow (1999). Fred miał długą zmianę — ostatnio menadżerowie robią sobie żarty z doborem kadry do zlecenia, więc małż wrócił do domu o szóstej następnego dnia rano. Wszedł tylko pod prysznic, bo nie było sensu się kłaść. Kota trzeba było wpakować do kontenerka i zawieźć na poranną wizytę u weta. W pracy miałam nie za fajną sytuację, którą wygładziłam przed wyjściem, Kochany za to jak z krzyża zdjęty, niewyspany i przejęty telenowelą mikroczipową (weterynarz po raz kolejny poruszył sprawę enigmatycznej, pierwszej właścicielki Ryszarda). Na szczęście jesteśmy razem. Kupiłam dwa płaty morszczuka i kubełek koktajlu krewetkowego. Taki to obiadek popiliśmy musującym napojem z jabłek. A w międzyczasie do Freda zadzwonił wet z zapewnieniem, że sytuacja nie jest wyjaśniona, ale niech tak zostanie. Czyli jesteśmy dokładnie w tym samym miejscu, wznieśmy kubeczki.

Fred odpoczywa po męczącym dniu, tymczasem ze słonecznego popołudnia zrobił się chłodny, szary i deszczowy wieczór. Herbata i Strangler's Wood (1999) w Midsomer.
___
edit 21:30 Pączek resztę dnia trzyma się blisko domu (przełazi przez drogę, gdy rozmawiam z Katlin i Moirą), podczas całego odcinka MM siedzi na zewnątrz przed drzwiami z filozoficzną miną dobrego kota.

niedziela, 21 czerwca 2020

187. Krótko.

Właśnie wróciliśmy z naszego klubu dyskusyjnego u Ka&Jot. Tym razem Kamerdyner Bajona (2018). Plus za Gajosa, Woronowicza, język kaszubski, zdjęcia, ale Fabijański był tam zbędny (okropnie zagrana postać, topornie napisana rola), i postacie rysowane zbyt prostacką kreską. Dzień upłynął mi na czytaniu książek przy gotowaniu rosołu, który właśnie odgrzewam. Gdy wracaliśmy, nad morzem nadal wisiała poświata słoneczna, wiatr ucichł, niebo się przetarło i na drugim brzegu pełgały światełka domów w Północnej. Coś pięknego.