Kotu magicznie wrócił poranny apetyt. Odetchnęłam, tym bardziej, że dzisiaj miało być miło z definicji. Nawet dałam się namówić Fredowi na założenie jedwabnej sukienki Aquascutum, która wiele księżyców temu prawie została moją suknią ślubną i od tamtego czasu czekała na swoją szansę wisząc w szafie z kompletem metek. Aś podjechała pod nasz dom około dziesiątej, wyjechaliśmy jej samochodem do miasta, żeby dalej udać się do stolicy pociągiem z poręczną pomocą leap cards, €8:
Wysiedliśmy na stacji Connolly, z peronu piątego wsiedliśmy w pociąg do stacji Pearse i na piechotę doturlaliśmy się do Royal Dublin Society, akurat na czas, aby "przed van Goghiem" napić się kaffków/herbatków z budki stojącej na zewnątrz Shelbourne Hall:
Po półgodzinnym doświadczeniu multimedialnym (częściowo fajnym, częściowo takim sobie) chwilę rozmawiałam z Kieranem i Grace, oboje z Dublina, choć wcześniej to on z Północnej, ona z Edynburga. Sympatyczna para wyglądająca na artystów (po prawdzie pojęcia nie mam kto oni, Kieran zaczepił mnie, gdy oboje czekaliśmy pod toaletami na partnerów).
Następnie z RDS udaliśmy się piechotą do Tolteki na Suffolk St. Dla Aś było to miłe odkrycie, możliwe, że też będzie tu wracała. Po Toltece spacer do kawy i ciasta w Bewley's na Grafton St. Miejsce otwarte w 1927 roku, zazwyczaj tłoczne, ciasta warte spaceru z bolącym haluksem.
W drodze powrotnej do Pearse odwiedziliśmy jeszcze sklep z płytami. W Tower Records tym razem nie było nic, co by nas zachwyciło, możliwe, że byliśmy już zmęczeni (widziałam Metropolis Langa na dvd, ale odłożyłam to w głowie na później, Fredowi spodobał się pewien T-shirt, ale nie było jego rozmiaru). Za to z powodu przyjaciółki, która weszła do księgarni vis-a-vis, mam taki prezent od małżonka:
1000 elementów :) Siniec na kolanie to jeszcze od wdrapywania się na czworakach na Great Sugar Loaf.
Niespodziewanie po powrocie miałam telekonferencję z mamą, gdyż:









