Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tove. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tove. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 lipca 2022

940. Czwartek chodzony.

Kotu magicznie wrócił poranny apetyt. Odetchnęłam, tym bardziej, że dzisiaj miało być miło z definicji. Nawet dałam się namówić Fredowi na założenie jedwabnej sukienki Aquascutum, która wiele księżyców temu prawie została moją suknią ślubną i od tamtego czasu czekała na swoją szansę wisząc w szafie z kompletem metek. Aś podjechała pod nasz dom około dziesiątej, wyjechaliśmy jej samochodem do miasta, żeby dalej udać się do stolicy pociągiem z poręczną pomocą leap cards, €8:

Wysiedliśmy na stacji Connolly, z peronu piątego wsiedliśmy w pociąg do stacji Pearse i na piechotę doturlaliśmy się do Royal Dublin Society, akurat na czas, aby "przed van Goghiem" napić się kaffków/herbatków z budki stojącej na zewnątrz Shelbourne Hall:

Po półgodzinnym doświadczeniu multimedialnym (częściowo fajnym, częściowo takim sobie) chwilę rozmawiałam z Kieranem i Grace, oboje z Dublina, choć wcześniej to on z Północnej, ona z Edynburga. Sympatyczna para wyglądająca na artystów (po prawdzie pojęcia nie mam kto oni, Kieran zaczepił mnie, gdy oboje czekaliśmy pod toaletami na partnerów). 


Następnie z RDS udaliśmy się piechotą do Tolteki na Suffolk St. Dla Aś było to miłe odkrycie, możliwe, że też będzie tu wracała. Po Toltece spacer do kawy i ciasta w Bewley's na Grafton St. Miejsce otwarte w 1927 roku, zazwyczaj tłoczne, ciasta warte spaceru z bolącym haluksem.

W drodze powrotnej do Pearse odwiedziliśmy jeszcze sklep z płytami. W Tower Records tym razem nie było nic, co by nas zachwyciło, możliwe, że byliśmy już zmęczeni (widziałam Metropolis Langa na dvd, ale odłożyłam to w głowie na później, Fredowi spodobał się pewien T-shirt, ale nie było jego rozmiaru). Za to z powodu przyjaciółki, która weszła do księgarni vis-a-vis, mam taki prezent od małżonka:

1000 elementów :) Siniec na kolanie to jeszcze od wdrapywania się na czworakach na Great Sugar Loaf.

Niespodziewanie po powrocie miałam telekonferencję z mamą, gdyż:


Czyli wiem już po kim te bałkańskie korzenie i się tym oczywiściem jaram (powraca temat prababci, która kisiła kapustę w całych główkach, tak jak podobno jej babcia). I tym, że głodny kot na nas czekał. W ogóle, raz mi zimno, raz gorąco, termiczne mam przeżycia. Pogoda dziwnie na mnie działa ostatnio, wykopuję się spod kołdry i sypiam z gołym tyłkiem na wierzchu. 

czwartek, 15 lipca 2021

576. Zwykły czwartek.

Rano spełniłam swoje marzenie o paście jajecznej na śniadanie. 

Wczoraj koparka usunęła krzaczory przy ogrodzie Judżina, czyli jedną z Rysiowych skryt. To kolejne "ptaszkowe" miejsce, którego pewnie będzie kotu brakowało.

Fred wrócił z Kilkenny około trzeciej na ranem i prosił mnie o pobudkę o 11:30, ale wstał znacznie wcześniej. Po śniadaniu chciałam pójść nad morze, a ponieważ Ryszard nie odpuścił mi rundki po dzielnicy, miałam okazję zauważyć że jest ospały i może coś go boli. Z takimi nowinami Fred był na nogach zanim zdążyłam dojść do plaży.

Morze ciche i odległe. Zgrubiałe trawy wyrzucone przez wczorajszy przypływ powoli bieleją na słońcu. Po parkingu przyczep śmigał rowerem 5-latek w koszulce w dinozaury, który wybudził mnie swoim Hello! z zadumy. Dzień z nieco zamglonego zamienił się po południu w regularne, gorące lato.

Zanim Kochany wyjechał do Carlow, przyszła do nas paczka, prezent od niego dla mnie. Cztery koszulki: dwie z czarnej wiskozy z zimnym ramiączkiem (pierwsza z motywem jęzora Rolling Stones, druga z meksykańskim kotem-szkieletorem firmy Full Volume), czarny, bawełniany top bez rękawów z logiem Bowiego, Rebel Rebel (Gildan) i regularny, bawełniany T-shirt w kolorze spranej ciemnej zieleni z motywem Skeleton Lovers (Outer Vision). Wszystko to kochany kupił na stronie EMP. Bardzo, bardzo!

Jeszcze, gdy wracałam ze spaceru Katlin powiadomiła mnie, że to dzisiaj jest godzina 0. Była trochę obsuwa w czasie, ale brązowy beetle przyjechał na gigantycznej lawecie i ostatnie kilkaset metrów zrobił na swoich własnych kółkach.

Poza tym zwykłości. Skończyłam piąty sezon MM (w brytyjskich kryminałach obowiązkowo jest odcinek rozgrywający się w szkole dla chłopców), doczytałam do końca Finn Family Moomintroll (Sort of Books, 2017) przenosząc się z Muminkami do końca sierpnia, podlałam kwiaty. Podminowałam się wiadomością od Anny, że dzisiaj jest u nas prawie tysiąc nowych zachorowań, ale tylko chwilowo. Jest jak jest, frack it.

poniedziałek, 14 czerwca 2021

545. Happy vaccination day!

Wczoraj zerwałam się na równe nogi chwilę po szóstej, dzisiaj do trzech razy sztuka, za trzecim budzik mnie zaskoczył, za drugim w kuchni słyszałam koncertującego Rory'ego — Fred już nie spał. Szczepienie miałam w DIFE o 8.50, dziesięć po dziewiątej było po wszystkim. Jestem pod wrażeniem organizacji — 3 stanowisk recepcji, 6 stanowisk szczepiących, 36 miejsc siedzących dla osób po szczepieniu. Żadnego sapania na karku, ludzie zdyscyplinowani, pilnujący odległości, przerób jak na dworcu.

Gdy siedziałam na sali już "po", odczytałam wiadomość od Anne, jak w tytule notki.

Fred na mnie czekał, podwiózł mnie do centrum miasta i pofrunął do Dublina. W nagrodę za zajęcie pierwszego miejsca kupiłam sobie w Bootsie trzy kredki do oczu (Rimmel 061, Maybelline 100, Revlon 865) i zachwycona faktem, że za wszystko zapłaciłam punktami z karty lojalnościowej ruszyłam w kierunku Scotch Hall. Po drodze zauważyłam, że z krajobrazu centrum miasta zniknęło Relish Cafe przy galerii Highlanes, gdzie bardzo smakowała mi super sałatka. Na ich miejsce jest już nowe Five Good Things Cafe. W dawnym Hotchpotch, który zwinął się na początku pandemii, jest z kolei ciastkarnia prowadzona przez Portugalczyków. 

Zakupy w Waterstones:

Lalala, bikoz aj kan. Do dwóch biografii Rory'ego dorzuciłam klasycznego Joyce'a i przepięknie wydane przez brytyjczyków W Dolinie Muminków. I jeszcze przy wyjściu kupiłam łagodne flat white na wynos w Insomnii (łagodne, bo mają też mocne, a wiem, bo zapytałam zdumiona, że jest coś takiego jak łagodne flat white). Powiewając papierową torbą z książkami i siorbiąc kawę ruszyłam przed siebie. Wróciłam do domu autobusem, na klamce od drzwi czekało na mnie zawiniątko ze sconesami od Katlin, a po drugiej stronie ulicy kot, który, gdy mnie rozpoznał, podbiegł radośnie kicając jakby był psem. Nastawiłam pranie, podgrzałam sconesy, zrobiłam sobie na oku kreskę kredką Revlonu o nazwie powerful plum, zjadłam sconesy z masełkiem. Ok, to teraz czekamy, co będzie.
___
edit 13:30 Ręka zaczyna mnie boleć, a Fred przesłał mi właśnie fotkę zrobioną na O'Connell St, pod pomnikiem Johna Graya:

___
edit 23:27 Wróciłam do książki Eileen, ale ruszyłam z trzydzieści stron i porzuciłam ją na rzecz pilota Midsomer Murders z panem Pokrzywą. The Killings at Badger's Drifts (1998), co za tytuł, co za twarze. Jeśli zaś chodzi o covid ręka boli ociupinę, nudy, myć ząbki i spać.

poniedziałek, 1 marca 2021

440. Highs and lows.

Kot był zamknięty w kuchni, żeby nie pacać Freda łapą na dzień dobry, więc rano obudziło mnie jego mędzenie za drzwiami. Zielona herbata, odpalenie laptopa i potem sennie szwendam się po wirtualnym świecie ze szczególnym uwzględnieniem używanych książek, które można byłoby kupić w Irlandii. Wiem, że się tu nie mieścimy i gdy przywieziemy wszystkie książki, które kupiliśmy w Polsce, będzie sajgon. Ale i tak czytam o Tove Jansson, żałuję, że jej listy zostawiłam u rodziców, szukam pierwszego wydania Trollvinter, po szwedzku oczywiście, gdyż nie znam tego języka ;)

Ze zmianą karmy dla ptaków wyraźnie zmienili się ogrodowi goście. Oprócz szpaków regularnie pojawia się spora banda wróbli, oraz para opasłych grzywaczy, które wydziobują ziarna lądujące w trawie.

A potem bolały mnie zatoki. 

Już po wyjeździe Freda w kierunku Dublina odkryłam niedooglądany przeze mnie odcinek Poirota otwierający trzynasty sezon, Słonie mają dobrą pamięć (2013). Fabuła ma swoje highs and lows, za to ubrania, filiżanki, fryzury, krajobrazy, ech! Zastanawiam się teraz czym zwieńczyć notatkę. Nic nie przychodzi mi do głowy. Do jutra.

czwartek, 19 grudnia 2019

2. Sztorm Elsa.

Dostaliśmy wczoraj resztkami Elsy, która przechodziła nad zachodnio-południowym wybrzeżem. O drugiej w nocy przestało wiać, za to rano przez trzy godziny nie było prądu.

Od dzisiaj naprawdę jestem bezrobotna, dostałam ostatnią wypłatę, całkiem niezłą, biorąc pod uwagę, że przepracowałam połowę miesiąca. Teraz już rejs w nieznane — chciałabym lepiej, może być gorzej.

Wszystko jest bardzo niepewne, i to właśnie mnie uspokaja.
— Tove Jansson. 

Trzymam się tego. Fred robi postępy zdrowotne, Ryś, jak zwykle o poranku, a to namawia mnie do wyjścia do kuchni otwierając z hałasem szafę, a to ciągnie za mną z zimnym nosem i podgryza mnie w gołą łydkę na zachętę. Po południu wyjdziemy z barłogu, żeby w Lidlu kupić możliwie najlepszą imitację polskiego chleba. Po wietrznej środzie zapowiada się dość stabilny czwartek z głosami mew w tle.