Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą puzzle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą puzzle. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 grudnia 2025

2178. Takie puzzle:

Mąż mi kupił. Czyż nie adekwatne? Jeszcze nie rozłożyłam ostatnich zakupionych, powinnam podejść do tematu energiczniej, biorąc w tym przykład z Marksistki, która zaczęła od zorganizowania konkretnego blatu pod dużą układankę. 

Myśli mam jakieś niespokojne, dobrze, że Kochany jest moją opoką :) Fred przyjechał do mojej pracy, żebym przymierzyła kurtkę, którą wypatrzył dla mamy. Tzn. kurtka miała na mnie nie pasować, ale niestety pasuje, czyli nie jest to rozmiar jak trzeba. Jeszcze rozważam, czy powinnam ją sobie zostawić, bo droga. Ach, od razu pojechaliśmy do domu (łosoś, kartofle, pieczarki, ogórce w majonezie).

Po obiedzie włączyliśmy Pulp Fiction (1994). Kocóreczki spędziły z nami cały ten czas wygibując się na wszystkie strony. Tuż przed napisami końcowymi Mania spadła za szafę, ale na szczęście nic się jej nie stało.

poniedziałek, 22 września 2025

2106. Takoż ...

... przyszła jesień.

Kochany zrobił mi dzień. Czekał na mnie po pracy, zaproponował test meksykańskiego jedzenia w miejscu, które często mijam, a w którym nigdy nie byłam. Dobre.


Nadal trochę nam żal dublińskiej Tolteki. Podjadłam sobie burrito na wpych, że ho ho. Kochany szukał jakiegoś drobiazgu dla kolegi z pracy, więc przeszliśmy się po głównej ulicy zaglądając do dziwnych sklepików, głębokich jak borsucze nory. Nic ciekawego, jak można się było spodziewać (tandeta, brzydactwo, do tego bez stempla UE, czyli pewnie promieniująca uranem). Skręciliśmy do Szkota. I takie rzeczy w Waterstones:


Puzzle z motywem O czym szumią wierzby! Kochany mi kupił w prezencie, żebym sobie układała, kiedy już będę mogła układać (gdyż na razie tupot kocich stópek). Wróciliśmy do Babci zaparkowanej centralnie pod moją poprzednią pracą i ruszyliśmy do domu, bo już był najwyższy czas. Spacer myszowy krótki; chłód nie odpuścił, wręcz przeciwnie, rozbestwił się. Gdy w końcu zrobiłam sobie pierwszą wieczorną domową herbatę, zadzwoniłam do mamy i rozmawiałyśmy przez kamerkę z pół godziny (w Polsce zmiana pogody gwałtowna; na wsi brazylijska opera problemów z wywozem szamba i mama grozi reaktywacją sławojki; poza tym przestrasza mamę, że ja wracając na Wyspę, gdzieś się po mieście włóczę o północy, chodząc po mostach i szukając taksówki — uspokajam, że nie tym razem, choć tak naprawdę może i owszem). Oczywiście, rozmowy tego typu doprowadzają mnie i Kochanego do innych rozważań, wybiegania myślą, czy lecimy przez opolskie, czy przez miasto Łódź, a jak przez miasto Łódź, to z kim się widzimy. Od razu mi przychodzi do głowy mężowski Kuzyn z Miasta Łodzi, a jak kuzyn, to żona kuzyna, a jak żona kuzyna, to Świrówna, bo kto wie, może się znają, gdyż świat to tylko mała, zatłoczona kropka. Czyli na końcu rozmawiamy o ludziach z wirtualu.

Bo ty nie masz najważniejszego, kończy swój wywód Fred, wiary nie masz.
Jak to nie mam wiary! protestuję. Wierzę w ciebie. Wierzę w cud nad kuwetą. Zobaczysz, pewnego razu obudzimy się i nie będzie nasikane.

Burrito było tak sycące, że wchodzą mi już tylko herbaty. Dobrze jest. Spokojnie na tyle, że mogę sobie wszystko w głowie poukładać, pisać, przeglądać cudze teksty.
Dobrej nocy :)

sobota, 11 stycznia 2025

1851-1852. Upadki i wzloty.

Puzzle i Apologia Rajmunda Sebonda :D Tak wyglądał piątek. Kochany w tym czasie robił rzeczy pożyteczne (zamówił szafę, kupił jedzenie). Faktycznie, torowanie działa, poza tym nastrój po kompulsji spada. Cały, calutki dzień układałam słuchając. I ułożyłam (przed jedenastą w nocy):

A dzisiaj jest sobota, świat za oknem bury i mokry, temperatura chyba poszła w górę, bo ogród przestał razić bielą; Kochany poszedł do pracy. Wypełniłam rubryki (nawet zrobiłam na tę okoliczność plan złożony z czterech itemów, żeby móc je odhaczać, komedia), przelałam kasę, kliknęłam enter. Poza tym przeleciałam się ze szmatą, wyprasowałam trochę rzeczy. Po wczorajszym osiągnięciu puzzlowym miałam zjazd psychiczny, ale się wyrównało. Kochany przywiózł nadkibelnik, może jutro złożę, jeśli to nie będzie nic skomplikowanego. Tymczasem w głośnikach album Kiss Me Kiss Me Kiss Me (1987).

czwartek, 9 stycznia 2025

1850. Układanka zimowa.

Z rana ciemno, że oko wykol. Kawiarnia, czytnik książek, praca, koniec pracy, spacer przez miasto (spotkałam dwóch byłych uczniów, byłam zdawkowo miła). Kierowca autobusu odjechał prawie dziesięć minut przed czasem. Gdy wróciłam na wieś, było jeszcze na tyle jasno, że zostawiłam w ogródku przekrojone jabłka dla pana kosa (rzeczywiście zaraz się pojawił i zaczął łakomie wcinać). Kochany wrócił z pracy ponad dwie godziny po mnie, wskoczył pod prysznic, a gdy wyszedł cały czyściutki i rumiany obiad był prawie gotowy. Rozmowa ze świekrą, potem rozmowa z rodzicami. Oboje jesteśmy przemarznięci, zalegamy, mruczymy, wygrzewamy się, pijemy ciepłe trunki. Rozłożyłam się z puzzlami. Tak jak na poprzednich od razu zaczął wychodzić kot, tutaj pani Christie się mi ukazała, po jakimś czasie odnalazłam też głowę. Czy mam wszystkie elementy to się okaże po następnych 50 godzinach ślęczenia :D

środa, 8 stycznia 2025

1849. Kolejny poranek ...

... obłożony grubym, białym szronem. Kochany zauważył, że za znikanie jabłek jest odpowiedzialna wrona, mąż przyłapał ją jak posilała się sprawnie przytrzymując sobie owoc wronim pazurem. Reszta czeredy jak zwykle, a pan kos nieśmiały. Zdjęcia zrobione przez brudną szybę:





Wyjechaliśmy. Najpierw do TK Maxxa po nowy kalendarz ścienny (pani na kasie pochwaliła Freda za outfit, napomknęłam jej zgodnie z prawdą, że to jest właśnie najelegantszy pan we wsi, a jam jego małżonka, muszę sobie jakoś z tym radzić), potem do Jyska na oglądanie mebli (mamy szafę na oku, w zasadzie witrynkę, trzeba podjąć decyzję jak zagęścić naszą dziuplę), był zakup dynksa w Homestore i jeszcze w Harveyu Normanie gapiliśmy się na maszyny do kawy robienia (Smeg się nam podoba). Następnie cofnęliśmy się do centrum miasta, żeby coś zjeść. Tutaj spotkały nas dwie niespodzianki. Po pierwsze Cedar Gate chyba znika z panoramy miasta, ściągnięto szyld, miejscówka jest w remoncie. Wobec takiego zwrotu akcji (dwa miesiące temu nic tego nie zapowiadało) Kochany wspomniał o The Merchant, przeszliśmy obok, sprawdzić lokal, a tam podobnie, ciemno głucho, nikogo nie ma w domu! Cóż nam pozostało, udaliśmy się do Il Forno. Menu jakieś takie wyskubane, bez mojego ulubionego makaronu, ale przynajmniej obsługa miła. Trudno, oboje zamówiliśmy pizzę i oboje wzięliśmy niedojedzone resztki do domu, żeby mieć jeszcze miejsce na kawę, gdyż po drodze Czarna przecież.

O trzeciej byliśmy kawy pełni i prawie gotowi do powrotu. Jeszcze tylko skręt do Szkota, do księgarni, gdyż puzzle 1000 za mną chodziły od co najmniej roku. Z wielu literackich historii obrazkowych wybrałam tę:

Żadnych książek tym razem, podotykałam kilka, ale byłam niezłomna ;) Kochany za to skręcił do dziupli z płytami, i skoro ja mam puzzle, to on ma najnowszą płytę cd The Cure, Songs of the Lost World (2024).

Kalendarz ścienny’25 już wisi, szkoccy koloryści, np. taki George Leslie Hunter:


... w głośnikach The Cure. Dobre to jest.
____
edit 22:00 Stary mietczynski opowiadał o kinowym Wiedźminie, a nowa Gosia o rupieciach zakupionych po charity shopach w nowym roku; The Cure zaśpiewali nam trzy razy to samo; przygotowałam się jako tako na jutro i szlus, wincy odemła nie wymagajta.
___
edit 22:47 pragnę jeszcze nadmienić, że miałam dzisiaj męczące sny: byłam na wakacjach, ale cały czas mi się zdawało, że przegapiłam dzień w którym pracuję i nie mogłam się doliczyć, jak daleko jeszcze do końca wakacji. Idę już, idę…

środa, 26 lipca 2023

1318. Krowy, deszcz, radość i smutek.

Prezent od Pana Od Espresso:





***
Jesteś śliczną dziewczyną, zagaduje mnie mąż siedząc przy kawie w Czarnej.
To nie może być prawda, mówisz to pod wpływem ciastka (ciastko było pistacjowe).

Poszliśmy na kawę w mieście, bo Kochany ponownie wybierał się na basen, a ja chciałam wykorzystać ten czas do pracy na dwóch dużych monitorach. Siedziałam w Centrum, Kochany odezwał się o drugiej po południu, mokry tylko od deszczu, bo basen był zajęty dla grup wakacyjnych. W ciapie pogodowej pobiegłam w kierunku rzeki na umówiony obiad. Zjedliśmy, otarliśmy pyszczki, potem jeszcze kilka chwil spaceru na drugą stronę rzeki (chciałam zajrzeć do Waterstones w zasadzie nie wiem po co; okazało się, że chodziło mi o puzzle; mają nowe zestawy po 1000 części, na pewno kupię coś z Laurence King Publishing) i już wracaliśmy do domu drogą wzdłuż Boyne. 

Po powrocie Fred zaczął rozkminiać, czy ten nasz kot właściwie dobrze widzi (czasami trzeba go zapraszać do michy, bo tak jakby ignoruje sygnały wizualne). Trochę mnie to zaniepokoiło, ponieważ ostatnio również miałam takie myśli (zauważyłam, że Ryszard nie za szybko reaguje na mój widok, gdy wracam do domu, pomimo tego, że widzę, że patrzy w moim kierunku). 

Czy ja wiedziałam, że moja mama i świekra mają imieniny tego samego dnia? Nie przypominam sobie takiej myśli, ale rzeczywiście. Najpierw więc telefoniczna rozmowa z mamą Freda, potem z moją. Pod wieczór dobiega nas niespodziewana wiadomość o śmierci Sinéad O'Connor. Coś ten lipiec ma jakiś feler, obojgu nam dobry humor się zważył. Siedzimy w kuchni; Łysa też tu jest, śpiewa.

środa, 7 września 2022

995-996. Złoto teściowej.

Jest z Niedrzwicy Kościelnej. We wtorek rano do pracy założyłam kolczyki sprezentowane przez mamę Freda. Bo Kochany wrócił do domu z darami o pierwszej po północy. Długo sobie nie pospał, rano z kotem do weta (Ryszard dostał zastrzyk i tabletki na później; nie miał temperatury). Gdy oglądanie kociej osoby się skończyło, wróciłam do pracy, mąż pojechał do domu i ponownie przyjechał do miasta po południu. Trochę szuraliśmy po sklepach (zapowiedź zakupu półki na książki), ale najważniejszym wydarzeniem był obiad w Aishy, rocznicowy, chociaż z jednodniowym wyprzedzeniem. Jako pierwsi klienci dostaliśmy po nadprogramowym, zielonym falafelku.

Ach, i puzzle zostały złożone (po pokazaniu mężowi jakie są gładkie, jak każdy fragment jest na swoim miejscu). Nowe płyty w domu, brzmi więc Nocny Patrol Maanamu (1983/2011), próbowaliśmy też obejrzeć Karierę Nikosia Dyzmy, ale byłam zbyt senna, żeby dokończyć.

Jeszcze dorzucę do wtorku, że w mojej pracy kolejne zmiany, Lorejn od dzisiaj już nie jest główną menadżerką projektu, będziemy się rzadziej widywały.

Pół środy dojadałam obiad z Aishy (morszczuk w brokułach i kartofelki w ziołach) słuchając Duchów ludzi i zwierząt Waglewskiego, Fisza i Emade (2020). Ryszardowe kichanie na razie nie przechodzi. Futrzak większość dnia śpi, apetytu za bardzo nie stracił, sika, czyli organizm funkcjonuje, ale i tak po matczynemu martwię się. Od dzisiaj ma być podawanie antybiotyku w tabletkach, co zazwyczaj jest dramą, więc pierwszą porcję aplikowałam zanim Fred wyjechał do pracy, żeby były cztery ręcę do przekonywania kota. Tymczasem Ryszard do tego stopnia stracił węch, że wylizał antybiotyk do czysta i obeszło się bez rękoczynów. Rewelacja!

Po długiej przerwie, w porannym deszczu przyszedł mały brudasek, jack russell sąsiadów. Nie odwiedza nas tak często, jak wtedy, gdy żył jego stary, głuchawy kolega. Pies dostał swoją dolę, zawsze jest tu mile widziany. Pod wieczór widziałam także Bána, przyszedł powęszyć na Rysiowym terenie.

Wieczorem umówiłam się wstępnie na urodzinowy obiadek z Anne (za trzy tygodnie, kiedy wróci z trasy). Turla się wrzesień. Przesuwam kota na łóżku, ale i tak przyłazi się przytulić

środa, 31 sierpnia 2022

987-988. Dogadzam sobie.

Wtorek był drugim dniem bez popijania kawy, a nawet bez herbaty, czyli radykalnie. Fred chodził po swoim mieście, umówił się z Grzesiem, którego przedstawił mi przez kamerkę. Takie tam omówienie sytuacji na świecie i przegląd nekrologów.

Łąka (ja nadal o puzzlach) została ułożona, zobaczyłam światło w tunelu przy Greatest Hits Thin Lizzy (2004), którego piosenki coraz bardziej zaczynają mi wchodzić do ucha. Wieczorem drugi odcinek Spraw Inspektora Morse'a, pod koniec byłam już bardzo senna i nawet wielki pająk, który zeskakując gwałtownie z prysznica zrobił ratowniczy trawers przez łazienkę nie podniósł mi ciśnienia. 

Co intrygujące, wczorajsza noc i dzisiejsza przespane doszczętnie, bez budzenia się i sennych niepokojów (dzisiejszego dziwacznego snu z panią Małgorzatą Lewińską), przypisuje to radykalnemu odcięciu kofeiny/teiny. A teraz już zielona herbatka jest pod ręką, chociaż gdyby nie kot dalej leżakowałabym w łóżku. Po pierwsze jednak, Ryszard łapoczynami domagał się wrzucenia zawartości saszetki do miseczki, po drugie w głowie miałam myśl umówienia się z weterynarzem na oglądanie kota, bo te ociućkane łapulki Ryszardowe mnie dobijają. Wizyta będzie jutro rano. Odhaczone obowiązki, więc rozpieszczam się. Zrobiłam podpłomyka z ziemniaków, które zostały po wczorajszym obiedzie — to jest moje śniadanie popitem kefirem, w głośnikach Thin Lizzy, czyli trochę starego (przepisy babci Mani), trochę nowego (bujanie się do muzyki irlandzkiego bandu). Za oknem ładny dzień się zapowiada. Dzień dobry, środo.
___
edit 12:50 Kochany chodzi po Nowej Alekandrii w poszukiwaniu laptopa dla mnie, tymczasem ja szósty raz słucham Whiskey in the Jar w wykonaniu Thin Lizzy. Słuchałam jej często 11 lat temu wędrując po Toronto (z dzisiejszej perspektywy była to zapowiedź lepszej przyszłości). 
___
edit 18:30


niedziela, 28 sierpnia 2022

985. Do jutra.

Ryszard większość dnia przeleżał na Fredowym biurku, od czasu do czasu przechodząc na stół i domagając się spojrzenia na kota:

Mocne postanowienie układania puzzli musiało ustąpić rzeczywistości. Fred zadzwonił, żeby pokazać wodę. Przyjaciele udali się w kierunku mojej wsi i zaproponowali, żebym pojechała z nimi do portu (dobrze, a nawet cudownie, bo akurat pora obiadowa, a u mnie tylko kartoffeln mit kefir). Obiad był więc z takimi widokami:

Po obiedzie krótki spacer na klify:


Seamus i Damhnaic, jak to chłopcy, marudzili i biegając robili zamieszanie. A może nie jak to chłopcy, nie wiem, nie znam się.  Naokoło Głowy pływały delfiny, a w porcie obok fok dryfowały dziesiątki lwich grzyw. Ciepłe wybrzeże było dzisiaj przykryte warstwą chmur, spadło na nas wprawdzie kilka kropli deszczu, ale tak nielicznych, że nie opłacało się zakładać kurtki. Niedziela gdzieś mi umknęła. Kot wrócił wcześnie z przechadzki, potem kręcił się naokoło przeszkadzając w układaniu puzzli (w końcu zasnął na kocu, którym przykryłam układany obrazek, czasami wybudza się i ciućka łapulki). Jestem senna i bez energii, jutro, obiecuję sobie, jutro będzie dynamiczniej.

sobota, 27 sierpnia 2022

984. Układanka.

Ładnie zaczęty dzień, otwarcie okna, sen, kocie śniadanie. Mięknę na starość. Zauważywszy kiełkujący czosnek, zamiast go zjeść, natychmiast posadziłam przed domem. Po kawie wyszłam na dłuższy spacer (do tamtej wydmy — nowy, niezbędny dla zdrowia psychicznego dystans). Morze skrzy się, poprzedni przypływ zostawił dziesiątki jesiennych lwich grzyw, aktualny przywlókł kolejne:

Kraciasty od przedpołudnia w Nowej Aleksandrii, najpierw wędrował po mieście w poszukiwaniu kawy, potem rozgaszczał się u mamy, stamtąd zadzwonił, żeby mi pokazać prezent dla mnie od teściowej (złote kolczyki). Nie spodziewałam się. Ryszard też dostał prezent (dwie obróżki).

Po południu pod muzykę Taste i Thin Lizzy układam. Układam i układam. Puzzle naprawdę zajmują umysł i relaksują. Oczywiście nadal nie ułożone, ale kot już jest ;). Poza tym, dzięki puzzlom zapomniałam o praniu w ogrodzie i wyszłam je zebrać dopiero o zmroku. Dobrze się stało, chyba pierwszy raz tutaj mogłam zaobserwować latającego nietoperza. 

piątek, 26 sierpnia 2022

983. W sobie.

Nawiązując do Hebiusowego komentarza zostawionego onegdaj, małżonek za morzem wpływa na moje pisanie tutaj w taki sposób, że żyję w innym tempie. Gadam tylko do siebie, a w ciągu doby poza jedzeniem i siku mogę np. robić dwie rzeczy, które dominują nad dniem. Nosa na dwór nie wyściubiłam (small talku z sąsiadami o kocie nie liczę), do wczesnego popołudnia odczytywałam stare dokumenty pisane zawijasami, potem mi do głowy wpadło, że dzisiaj (znaczy: DZISIAJ) ułożę puzzle, co to je od Freda dostałam. Pięć godzin i obiad później: kolana trzeszczą, kolory w sztucznym świetle się rozmazują, ze sto puzzli ułożonych, czyli dziewięćset innych chichra się po kątach, łypię naokoło coraz bardziej przekonana, że dostał mi się wybrakowany zestaw. Ale twarz Małej Mi jest, chyba żeby mi ironiczne spojrzenie rzucić.

A Fred jest na Saskiej Kępie, ot co!

wtorek, 9 sierpnia 2022

966. Pierogi na katar.

Wyglądałam jakbym chodziła w spodniach od pidżamy. Bardzo miłe uczucie, które polecę każdemu. Niestety w ten piękny dzień męczyły mnie zatoki, więc na obiad kupiłam ruskie pierogi na rozgrzanie słowiańskiej duszy (które okazały się działać zgodnie z moją intencją — boli mniej, choć nadal smarkam).

Wróciłam do wsi autobusem, przede mną siedział Majkel (wesoły a trzeźwy, o dziwo). Poinformował mnie, że Anne podróżuje ze swoją mamą po Quebecu, a jego Honda już nie pojeździ, bo nie przeszła przeglądu. Poza tym Ryszard jak dostaje od niego przysmaczek, to daje się pogłaskać tylko dwa razy, potem syczy. Mała łajza (z tego Ryszarda), nie przyznaje się do smaczków od sąsiadów, ale i tak wszystko wiemy (dzisiaj kot przyszedł rano z piórkiem na głowie i twierdził, że nie ma pojęcia skąd się tam wzięło).

Zaczęłam oglądanie 13 sezonu Midsomer od The Sword of Guillaume (2010). Odpakowałam puzzle, które Fred kupił mi kilka tygodni temu (elementy wysypałam z plastikowej torby, żeby je uwolnić od jej nieładnego, chemicznego zapachu; układać będę jak przyjdzie czas). Piję płyny i czekam na Kochanego, który skończył pracę, pokazał mi przez telefon ulice Mullingar, a teraz zmierza w kierunku domu. 

czwartek, 14 lipca 2022

940. Czwartek chodzony.

Kotu magicznie wrócił poranny apetyt. Odetchnęłam, tym bardziej, że dzisiaj miało być miło z definicji. Nawet dałam się namówić Fredowi na założenie jedwabnej sukienki Aquascutum, która wiele księżyców temu prawie została moją suknią ślubną i od tamtego czasu czekała na swoją szansę wisząc w szafie z kompletem metek. Aś podjechała pod nasz dom około dziesiątej, wyjechaliśmy jej samochodem do miasta, żeby dalej udać się do stolicy pociągiem z poręczną pomocą leap cards, €8:

Wysiedliśmy na stacji Connolly, z peronu piątego wsiedliśmy w pociąg do stacji Pearse i na piechotę doturlaliśmy się do Royal Dublin Society, akurat na czas, aby "przed van Goghiem" napić się kaffków/herbatków z budki stojącej na zewnątrz Shelbourne Hall:

Po półgodzinnym doświadczeniu multimedialnym (częściowo fajnym, częściowo takim sobie) chwilę rozmawiałam z Kieranem i Grace, oboje z Dublina, choć wcześniej to on z Północnej, ona z Edynburga. Sympatyczna para wyglądająca na artystów (po prawdzie pojęcia nie mam kto oni, Kieran zaczepił mnie, gdy oboje czekaliśmy pod toaletami na partnerów). 


Następnie z RDS udaliśmy się piechotą do Tolteki na Suffolk St. Dla Aś było to miłe odkrycie, możliwe, że też będzie tu wracała. Po Toltece spacer do kawy i ciasta w Bewley's na Grafton St. Miejsce otwarte w 1927 roku, zazwyczaj tłoczne, ciasta warte spaceru z bolącym haluksem.

W drodze powrotnej do Pearse odwiedziliśmy jeszcze sklep z płytami. W Tower Records tym razem nie było nic, co by nas zachwyciło, możliwe, że byliśmy już zmęczeni (widziałam Metropolis Langa na dvd, ale odłożyłam to w głowie na później, Fredowi spodobał się pewien T-shirt, ale nie było jego rozmiaru). Za to z powodu przyjaciółki, która weszła do księgarni vis-a-vis, mam taki prezent od małżonka:

1000 elementów :) Siniec na kolanie to jeszcze od wdrapywania się na czworakach na Great Sugar Loaf.

Niespodziewanie po powrocie miałam telekonferencję z mamą, gdyż:


Czyli wiem już po kim te bałkańskie korzenie i się tym oczywiściem jaram (powraca temat prababci, która kisiła kapustę w całych główkach, tak jak podobno jej babcia). I tym, że głodny kot na nas czekał. W ogóle, raz mi zimno, raz gorąco, termiczne mam przeżycia. Pogoda dziwnie na mnie działa ostatnio, wykopuję się spod kołdry i sypiam z gołym tyłkiem na wierzchu.