Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szczepienie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szczepienie. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 20 listopada 2025

2165. Na wyspie snów.

Ach, jaki dziwny sen! Śniłam, że Gosia ze Szkocji już nie nagrywała filmików, gdyż została alkoholiczką i wizualnie bardzo zmieniła się na niekorzyść :D

Kochany miał dzisiaj szczepienie. W tym czasie byłam zapewne w Czarnej i niejaki Dermot Mówiący Szeptem puścił mnie poza kolejką, bo niby że się spieszę (niekoniecznie, ale bardzo to było miłe ze strony Dermota), więc z nowego nanoczipa dla moi nici, niestety. W biurze ziąb niesamowity, na Wyspie jeszcze zimniej niż wczoraj. Kochany był rano tak dobry, że po ciemnicy wykaraskał z szopki nasz grzejnik i zawieźliśmy go do mojej pracy. Zrobiło to dużą różnicę (bo oczywiście, ktokolwiek miał rzekomo wymienić filtry w nawiewie, nie pokazał się ani wczoraj, ani dzisiaj). Po pracy wizyta w kocim sklepie, aby uniknąć cierpienia z powodu niedoboru żwirkowego. 

Po obiedzie zasiedliśmy do Polowania na muchy (1969); ciekawy seans, nie wiem, co miał Wajda w głowie, gdy to kręcił, ale pozytywnie. Tylko senność męczy mnie taka, że niemalże mną rzuca o ziemię. Gorący prysznic nie pomógł, nie dam rady za wiele czytać, Morfeusz powrzaskuje.

środa, 4 grudnia 2024

1813-1814. Środek tygodnia.

Wtorek
Czytam (zaczęłam bardzo nie lubić bohaterki obecnie czytanej powieści), piszę, rozmawiam z tatką, robię obiad, umawiam się na szczepienie i nie wiem, czy robię dobrze, ale rezerwuję sobie dwa kłucia na raz: covid i grypa. Jeśli wyjdzie koktajl Mołotowa, mam dwa tygodnie na wyzdrowienie. Tak sobie teraz przypominam, że gdy wczoraj wracałam autobusem po zmroku, mnóstwo domów było już ustrojonych świątecznie, albo przynajmniej z choinką rozświetloną centralnie w oknie.

Środa
Spaliśmy przy otwartym oknie (dla odmiany) i rano obudziły mnie rozmowy ptaków robiących inspekcję ogródka. Na szczepienie byłam umówiona kwadrans przed dwunastą. W mojej głowie rozcinało mi to dzień na pół, chciałam jeszcze coś przejrzeć na jutro, na wypadek, gdybym po szczepieniu nie czuła się rewelacyjnie. Korona na prawym ramieniu, grypa na lewym, pani robiąca zastrzyki okazała się mistrzynią (ugryzienie komara bardziej się czuje). Na obiad wątróbka, mąż w roli kuchmistrza (skoczył do lokalnego rzeźnika, gdy czekałam w przychodni). Świat za oknem bury, ani jednego promyka słońca, poza tym dość mokro, choć wcale nie padało. Kochany całuje mnie w szczepionki (covidowa boli bardziej, czy to nie interesujące?). Skończyłam czytać The Discomfort of Evening Marieke Lucas Rijneveld (Faber & Faber, 2020); dyskomfort, indeed. Było jeszcze przed piątą, więc postanowiliśmy obejrzeć dłuższy film na który zazwyczaj nie mamy czasu. Przed seansem zadzwoniłam do mamy, na chwilę tylko, zapytać, czy szelki doszły. Przy okazji dowiedziałam się, że mama zaraz jedzie do dentysty. Poza tym Malinka i Maksiu źle się czują, nie chcą jeść. Stareńcy oboje i zmęczeni, Malinka zjadła dopiero jajecznicę i przynajmniej pije wodę. Może to tylko zły dzień dla staruszków. W kinie domowym odrestaurowana kopia Człowieka z marmuru (1976) Wajdy. Właśnie skończyliśmy i o tym rozmawiamy. Dobry.

poniedziałek, 21 października 2024

1770. Poniedziałki wracają.

Budziłam się kilkakrotnie, w końcu wstałam o siódmej, zakropiłam misiowi oczko (Kochany zaraz wyjeżdżał w swoim kierunku), włączyłam laptopa i zaczęłam słuchać NDR Kultur. Akurat leciał szósty odcinek Kalte Füße (Francesca Melandri, w czyt. Niny Kunzendorf; niemiecki mi śniedzieje, dlatego). Miałam w głowie rozpisany poranek: serfowanie, herbata, odpisywanie, lekkie śniadanie, o dziewiątej ustalenie co mam na zajęcia & zrobienie rozpiski, o dziesiątej ubieranie się, może deser (mam coś na deser?), druga herbata, po jedenastej wyjście na przystanek. Plan zadziałał prawie prawie, tylko zirytował mnie emilek od szefowej. Na przystanku Eugene Gej i sąsiadka (chyba po wylewie, bo chodzi o kuli). Znowu mam szczęście, mili ludzie, do tego ciepło i słonecznie.

W Centrum jak to w Centrum, niezbyt długo, z uśmiechem Giocondy piję hektolitry bardzo rozwodnionej herbaty i nie daję się wyprowadzić z równowagi, gdyż nie warto.

Kochany miał dzisiaj szczepienie przeciw covidowi, więc o czwartej wyszedł z pracy i mógł mnie zabrać z miasta. We wsiowej przychodni kolejka do szczepienia, osób z piętnaście, jak twierdzi mąż (nie było gdzie usiąść, wszyscy po nanochipa). 

Zadzwoniłam do domu zapytać jak tam z Maksiem, tymczasem zabieg przeniesiono z powodu choroby personelu. Miałam nadzieję, że skoro nikt nie puszcza pary z ust, to wszystko się udało, a tu taki gips. Mały głównie śpi, ma jeszcze tydzień czasu.

środa, 16 października 2024

1765. Miau miau miau miau.

Tak jak sobie wczoraj umyśliłam, na śniadanie zrobiłam dla siebie frytki (Kochany nie jest fanem tego dania o poranku), żeby wykorzystać sos czosnkowy sprzed dwóch dni. Noc taka sobie, nie kaszlałam bardzo dużo, a pomiędzy atakami nawet wydajnie mi się spało. Rano weszła do wsi morska mgła, normalnie byłby to dobry moment na pracę w ogrodzie (zostało jeszcze kilka donic do zabezpieczenia), ale nie dzisiaj, nie wystawiam nosa. W tej białoszarości wolę siedzieć w domu, pić kawę, czytać lub coś oglądać, np. vlogoween Gosi.

Kochany poszedł do lekarza, a stamtąd wyjechał na zakupy. Gdy wychodził z domu, został zauważony przez Bána, który natychmiast do nas przykłusował, przywitał się, a nawet dał się pogłaskać po uszach przyprószonych opadającą właśnie chłodną mgłą. Rzadko do nas zagląda, ale też nie zachęcamy go, okna zazwyczaj pozostają przezornie zamknięte, nie ma zanęty jedzeniowej, wujo Rysio odszedł nie zostawiając darów dla natrętów.

Kilka dni temu odezwała się do mnie niejaka Emily, daleka kuzynka taty. To efekt DNA umieszczonego w sieci i mojego listu do niej. Być może mamy wspólnego prapradziadka, choć genetycznie Emily jest spokrewniona z tatą, ze mną nie (co nie jest niczym niezwykłym, widocznie akurat tych genów nie odziedziczyłam).

Małżonek wrócił z wątróbką na obiad, oraz z njusem, że zaszczepił się przeciw grypie i pewnie zaszczepi się przeciw covidowi. Takie darmowe gifty od tutejszej służby zdrowia, gdyż Kochany jest na liście jednostek wrażliwych. A mnie coraz bardziej kręci i dusi, trudno przewidzieć, co się jutro wydarzy. I piosenka kocia się przyczepiła. 

czwartek, 14 grudnia 2023

1459. Nadal ciemność.

Ciało rybaka, którego szukano od wtorku, znaleziono dzisiaj rano. Tu gdzie mieszkamy jest to zawsze duża rzecz, takie poszukiwanie i znalezienie. 

W pracy pożegnałam się z Bridżet (odchodzi na dobre?) oraz z Luizą (widzimy się dopiero w nowym roku). Kochany odebrał mnie z Centrum jak zwykle (gdy ma wolne), tym razem poirytowany, bo wszystko jakoś idzie nie tak (np. zapomniał, że miał rano umówione szczepienie na covid, a po południu w ośrodku głucha cisza i nie ma informacji, kiedy są otwarci).

Po powrocie do domu zanieśliśmy prezent Annie kilkakrotnie potwierdzając daty naszej nieobecności. Sąsiadka przypomniała nam o czymś, co już wiedzieliśmy od Katlin: do domu Betty wprowadzili się nowi lokatorzy. Betty, którą zabrano z naszego osiedla rok temu, podobno nadal żyje, ale nie może już mieszkać samodzielnie.

Już wiem, co dostanę od mojego Gwiazdora. Gwiazdor poprosił o namiary na przedmiot, a ja mu je udostępniłam. Uważam, że Gwiazdor wydaje za dużo pieniędzy :)

Tymczasem czytam o co chodzi z powiedzeniem Święta Łuca dnia przyrzuca. I się okazuje, że może i owszem, ale to było dawno i nieprawda, przed zmianą kalendarza na gregoriański. Teraz nic z tego, ciemność nadal trwa, a ja mam po dziurki w nosie jeżdżenia do pracy i zajmowania się mało interesującymi sprawami innych ludzi. Fred zaczął przegląd rzeczy do spakowania.

poniedziałek, 20 grudnia 2021

734. Dzień prezentów.

Ach, ach, udałam się do pracy, a tam info mnie zastało, że jutro już nie przychodzimy, pracujemy online ... jeśli nam się chce, bo krismas w końcu. Trochę papierologii zostało odhaczone i powiedzieliśmy sobie bye bye oraz mind yourself. Jeszcze w trakcie pracy sprawdziłam, czy mogę dostać boostera w Drołdzie i nawet znalazłam miejsce do które mogłabym się jutro udać na kolejkowanie, ale gdy Fred przyjechał do Centrum postanowiłam spróbować dzisiaj szczęścia w innym miejscu, skoro i tak jechaliśmy w kierunku północy. To była dobra decyzja, w Dundalk kolejka rozluźniła się nieco po drugiej i czekałam tylko pół godziny. Trzecie dawka, tym razem Moderna, dobry prezent :)

Po kolejkowaniu pojechaliśmy z Kochanym do Aś, żeby podrzucić jej do zmierzenia buty, które na mnie okazały się za ciasne. I tak rozsiedliśmy się (ja w różanym fotelu) przy napojach i szarlotce w Ruby Ellen's, a Fred wyszedłszy na chwilę z butami, wrócił z dwoma prezentami dla nas obojga, grubaśnymi skarpetami z Connemary:



Dobre popołudnie przy pysznym (jak zwykle) deserze. Siedzimy, siorbiemy, wylizujemy, gaworzymy. Tak też myślę, że bardzo nam dobrze ze sobą :)

Wróciliśmy do domu po zmroku, okazało się, że w czasie naszej nieobecności odwiedził nas Mikołaj :D. Pierwsza paczka była od Anny dla nas, dostaliśmy zestaw ręczników, jestem przekonana, że to wróżba na większy dom w którym może być miejsce nawet na półkę z ręcznikami. 


W drugiej paczce ze słusznymi błyskawicami były rzeczy dla dobrej żony: zestaw mleczko + lotion z Clarinsa, kusa i fikuśna sukienka Diesel, cieniusi kardigan Majestic Filatures w morskim kolorze i z tej samej firmy sportowa, czarna marynarka z wełny i jedwabiu. A na deser katana Hilfigera. Nigdy nie miałam katany! Ta jest spatynowana, przepalona i z wielkim jęzorem Rolling Stones na plecach !!! Pielgrzymkowa zaiste.

Lewe ramię boli tylko trochę. Fred robił obiad, gdy zaczytywałam się, zadowolona, że obraz katastrofy się dopełnia i nie wiedzieć kiedy znalazłam się dzisiaj za stroną sześćsetną. Wybrzydzałam nad Mannem uczciwie, teraz przyznać muszę (kończąc sprawę wpół do jedenastej wieczorem), że niesłusznie. 

Mąż wypróbowuje sny. Dobra-noc i dobry-dzień.

środa, 14 lipca 2021

575. Szczepienie i miła reszta dnia.

Budzik o 6:50, gdyż ja zawsze potrzebuję czasu na wygmyranie się z pieleszy w dobrym nastroju. O 9:05 termin szczepienia. Było więcej ludzi niż poprzednio, czekałam w kolejce tyle samo czasu, co odczekiwałam po szczepieniu. Tym razem ramię rozbolało mnie od razu (pielęgniarka kłuła inną techniką), ale za to po południu bolało mniej niż ostatnio.

Wróciliśmy do domu nie tracąc czasu, bo Fred w południe wybierał się do Kilkenny. Obiad zjedliśmy więc w zasadzie w zastępstwie drugiego śniadania (za pierwsze śniadanie robił u mnie jogurt z chlebem). Fred do pracy, ja nad morze (Rysio chciał się dołączyć, więc Katlin zaoferowała się mi pomóc i zagadywała kota typowym irlandzkim chit-chatem, aż zniknęłam za rogiem). 

Dzień był znowu ciepły, częściowo słoneczny i bezdeszczowy. Pranie cudownie wyschło w letnim wietrzyku i teraz stos rzeczy do prasowania sięga sufitu. Podlałam ogródek, rozmawiałam z Luś i mamą. Na raty oglądałam odc. MM, Ring Out Your Dead (2002). Kot większość dnia wylegiwał się w ogrodzie Anne, rozmawiałam z nią o tym, i owym późnym wieczorem (Anne zagadnęła mnie przez messengera, jak się czuję, miło z jej strony). Zrezygnowałam z późnej kolacji i pewnie dlatego teraz marzę o paście jajecznej.

czwartek, 8 lipca 2021

Postscriptum #568.

Co to był za dzień, ta środa!

Wyjechaliśmy po ósmej rano w takt the Queen. Zatrzymywaliśmy się kilka razy w rejonie Burren, na szlaku moherowym nie doszliśmy do Wiedźmy, bo już trochę brakło nam czasu i ochoty. Pracodawca nawet informował Freda tekstowo o możliwości rozpoczęcia zmiany o godzinę wcześniej, ale pozostaliśmy przy swoich planach. Jeszcze kawa na miejscu. W Galway byliśmy po ósmej wieczorem — mąż poszedł do pracy, ja najpierw zrobiłam małe zakupy, czytałam Muminki, potem w samochodzie zawinęłam się w kokon na rozłożonym siedzeniu i zasnęłam. Po drugiej w nocy ruszyliśmy do domu (Janis Joplin, Dire Straits, Oddział Zamknięty), żeby pojawić się w drzwiach przed piątą. Nie do uwierzenia jak o tej porze jest jasno.

Wczoraj w drodze odebrałam sms z wiadomością, kiedy i gdzie drugie szczepienie Pfizerem; szczęśliwie znowu niedaleko.

poniedziałek, 14 czerwca 2021

545. Happy vaccination day!

Wczoraj zerwałam się na równe nogi chwilę po szóstej, dzisiaj do trzech razy sztuka, za trzecim budzik mnie zaskoczył, za drugim w kuchni słyszałam koncertującego Rory'ego — Fred już nie spał. Szczepienie miałam w DIFE o 8.50, dziesięć po dziewiątej było po wszystkim. Jestem pod wrażeniem organizacji — 3 stanowisk recepcji, 6 stanowisk szczepiących, 36 miejsc siedzących dla osób po szczepieniu. Żadnego sapania na karku, ludzie zdyscyplinowani, pilnujący odległości, przerób jak na dworcu.

Gdy siedziałam na sali już "po", odczytałam wiadomość od Anne, jak w tytule notki.

Fred na mnie czekał, podwiózł mnie do centrum miasta i pofrunął do Dublina. W nagrodę za zajęcie pierwszego miejsca kupiłam sobie w Bootsie trzy kredki do oczu (Rimmel 061, Maybelline 100, Revlon 865) i zachwycona faktem, że za wszystko zapłaciłam punktami z karty lojalnościowej ruszyłam w kierunku Scotch Hall. Po drodze zauważyłam, że z krajobrazu centrum miasta zniknęło Relish Cafe przy galerii Highlanes, gdzie bardzo smakowała mi super sałatka. Na ich miejsce jest już nowe Five Good Things Cafe. W dawnym Hotchpotch, który zwinął się na początku pandemii, jest z kolei ciastkarnia prowadzona przez Portugalczyków. 

Zakupy w Waterstones:

Lalala, bikoz aj kan. Do dwóch biografii Rory'ego dorzuciłam klasycznego Joyce'a i przepięknie wydane przez brytyjczyków W Dolinie Muminków. I jeszcze przy wyjściu kupiłam łagodne flat white na wynos w Insomnii (łagodne, bo mają też mocne, a wiem, bo zapytałam zdumiona, że jest coś takiego jak łagodne flat white). Powiewając papierową torbą z książkami i siorbiąc kawę ruszyłam przed siebie. Wróciłam do domu autobusem, na klamce od drzwi czekało na mnie zawiniątko ze sconesami od Katlin, a po drugiej stronie ulicy kot, który, gdy mnie rozpoznał, podbiegł radośnie kicając jakby był psem. Nastawiłam pranie, podgrzałam sconesy, zrobiłam sobie na oku kreskę kredką Revlonu o nazwie powerful plum, zjadłam sconesy z masełkiem. Ok, to teraz czekamy, co będzie.
___
edit 13:30 Ręka zaczyna mnie boleć, a Fred przesłał mi właśnie fotkę zrobioną na O'Connell St, pod pomnikiem Johna Graya:

___
edit 23:27 Wróciłam do książki Eileen, ale ruszyłam z trzydzieści stron i porzuciłam ją na rzecz pilota Midsomer Murders z panem Pokrzywą. The Killings at Badger's Drifts (1998), co za tytuł, co za twarze. Jeśli zaś chodzi o covid ręka boli ociupinę, nudy, myć ząbki i spać.

piątek, 16 kwietnia 2021

486. Szczepionka x 3 i odchudzanie.

Pracę skończyłam o godzinę wcześniej — Saren wróciła po kilkutygodniowej przerwie do prowadzenia zajęć w taki sposób, że pojawiła się spóźniona o 20 minut i po pięciu minutach zniknęła w college'u machając na pożegnanie. 

Po wczorajszej eskapadzie na północ zostały nam sadzonki truskawek, od Aś dla znajomych. Dzisiaj przy okazji wyjazdu na zakupy przetransportowaliśmy je dalej, do osiedla w Drołdzie. Gdy byliśmy w Tesco Fred odebrał telefon od naszego gp. Natychmiast pofrunęliśmy do naszej wsi, bo tam na męża czekała ostatnia dawka szczepionki. Zadzwoniłam do rodziców, że zapytać jak się czuje tatko (przypomniało mi się, że miał na dzisiaj termin), okazało się, że oboje rodzice są już po Wakcynacji W Samo Południe. Tak więc trzy osoby w mojej rodzinie zostały dziabnięte (na zdrowie) Pfizerem tego samego dnia. Verrrry good. Ja muszę czekać.

Mamy mnóstwo marchewki, buraków i jabłek na soki dla misiów puszystych. Kupiliśmy też baterie do wagi, żeby monitorować postępy w kształtowaniu rzeczywistości. Ale dzisiaj czipsiki do filmu. Dokończyliśmy biografię Casha (2005), którą zaczęliśmy oglądać we wtorek. Jest w porządku, amerykański pokrzepiacz, ale dobry Phoenix.