Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bernikle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bernikle. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 2 marca 2025

1901. Czekam na duszę.

Ach, no jednak trzeba coś zacząć. Trzeba, ale cienszko. Zrobiłam trochę papierowej roboty, została mi przynajmniej połowa, rozpraszam się prysznicem w środku dnia, albo obserwowaniem ptaków (wrony są po prostu megafajne). W głośnikach Nick Cave Carnage (2021) oraz nadal Patti Smith. Kochany podał obiad; na wieczór byliśmy umówieni z Ka i postanowiliśmy jechać do El Paso wcześniej, żeby łby nastroić pięknem przemieszczania się.

Wyjechaliśmy po czwartej, za późno na kawę w 3rd Place. Po drodze Kochany zakręcił jeszcze do rzeźnika, bo mi oświadczył, że będzie robił bigos (zawsze śmiejemy się z tego braku mojego nadzoru, mąż sobie robi co chce). Pogoda łagodna, niezbyt jasno, ale znośna temperatura. Zaraz za wsią takie spotkanie:

Czyli Costa, siedzieliśmy tam do szóstej rozmawiając o filmach, patrząc na zachodzące słońce. Zrobiliśmy zakupy w Tesco, potem Kochany podjechał zatankować i do myjni samochodowej, żeby zetrzeć kurz z Babci. Ach, i Lidl.

U Ka napoje i rozmowy (o szczurze, który zginął na posterunku, o polityce aktualnej niestety), do tego film Na mlecznej drodze (2016). Chyba się już z panem Kusturicą nie polubimy.

W drodze powrotnej mgła gęsta jak dym.

wtorek, 26 listopada 2024

1806. Po śniadaniu ...

... poszliśmy z Kochanym nad morze, słońce miło przygrzewało, wiatr w normie, więc wyciągnęłam z futerału aparat, żeby móc zaobserwować fruwacze. Najpierw zaszliśmy do kawiarenki przy plaży.

W kawiarence wystrój bożonarodzeniowy, w kącie stała mała choinka, i to pewnie już od trzech tygodni :) Po wypiciu kaw wypuściliśmy się na piasek; wszędzie pozostałości po niedawnym sztormie, mnóstwo połamanych muszli ensis ensis (po polsku ich nazwa brzmi chyba okładniczka) oraz dużo muszli ślimaków, niektóre naprawdę spore (wielka łapa Freda daje pojęcie o skali):



Ach, i nareszcie zrobiłam fotkę zimowym gościom z północy, to rzeczywiście bernikle obrożne, spokojne, niezbyt rozgadane, akurat oddawały się relaksowi połączonemu z czyszczeniem piór:

Pozwoliły trochę do siebie podejść (bez przesady, oczywiście), mogłam się przyjrzeć ich jasnym, pękatym brzuchom. Były też inne spotkania, z wronami, szpakami, mewami i z czerwonookimi ostrygojadami, a przy zejściu z plaży Fred wypatrzył chowającego się w mule małża (lub kraba); obiecaliśmy, że mewom nie powiemy (na zdjęciu akurat jest część innego kraba, który nie miał szczęścia).


Wracając z plaży natknęliśmy się na Uśmiechniętą Kathleen i jej córkę, trzeba było się zatrzymać, chwilę porozmawiać, że jest ładnie, że do świąt został mniej niż miesiąc. Dostaliśmy błogosławieństwo oczywiście. W domu byliśmy chwilę po drugiej, nasze cienie już długie i cienkie.

Kochany najpierw miał pomysł na obiad morski, ale sklep rybny w porcie zastał zamknięty. Małżonek dłuższą chwilę grzebał w ziemi ogrodowej, i pewnie rozważał, co lubi bardziej: jechać na zakupy bez żony i zaraz wrócić, czy jechać z żoną i po kupieniu chleba pójść z nią na obiad. Ha! W zachodzącym słońcu wyjechaliśmy do Drołdy i obiad został zjedzony w Il Forno (makaron carbonara, ale tak bardziej z polskim akcentem, chyba na śmietanie, a jakby wędlina była z polskiego sklepu, to bym się wcale nie zdziwiła). Wyszliśmy z restauracji, gdy było już zupełnie ciemno i zrobiliśmy małe kółko po dwóch ulicach miasta. Zimno; szliśmy w oparach własnych oddechów.

Po powrocie pod dom przez dłuższą chwilę bawiłam się myślą, gdzie zgubiłam gwiazdę polarną, bo Wielki Wóz bardzo wyraźnie widniał nad domem sąsiada. Trzeba było rozłożyć mapy nieba, które przekręcałam i przekręcałam.

A potem mniej przyjemne rzeczy. Przez dłuższy czas oboje paraliśmy się ładowaniem na pewną stronę ważnych dokumentów. Do kroćset! (nieprawda, inaczej klęłam). I jeszcze strzyknęło mi w plecach bardzo boleśnie. I nos mam suchy niemiło (nie dodzwoniłam się dzisiaj do lekarza, trzeba będzie się tym zająć wcześnie rano). Junonę odwiedziłam dwa razy, ma spust kocinka.

piątek, 15 listopada 2024

1795. Wyciszony piątek.

Dzień zaczęłam bardzo bolesnym skurczem łydki. Wstaliśmy późno i po pochłonięciu śniadania zaczęliśmy się rozglądać za możliwościami lotniczymi. Przerwaliśmy sobie te rozważania spacerem nad morze. Żałowałam później, że nie wzięłam normalnego aparatu fotograficznego, bo na plaży ludzi prawie wcale (głównie morsujący), za to wielkie stado bernikli człapało sobie godnie, a potem poderwało się do lotu i kołowało nad Głową. Po powrocie zrobiłam obiad i zaczęłam się znowu troskać bzdurami pt. gdzie i kiedy. W końcu wykupiłam lot w jedną stronę dla siebie. Kochany musiał czekać na rozwój sytuacji z jego pracą; wiemy już, że nie lecimy razem, ja przewożę cięższy bagaż; nie zdecydowałam jeszcze o dacie powrotu.

Wieczorem obejrzeliśmy Czasem trzeba odpuścić (2024), szwedzki film o rodzinie. Dobrze się zapowiadał, ale im dalej w las, tym bardziej wątek pokrzepiający dominował nad logiką.

Tak ogólnie, po spacerze i obiedzie byłam bardzo senna (wychłodzenie?). Poziom energii po południu -0, więc i słuchanie audiobooka nie idzie tak, jak by mogło (tylko dwie sprawy kryminalne). 

sobota, 20 kwietnia 2024

1586. Słoneczna sobota.

Ostatnio miewam bogate sny, wiem, tylko zapominam o co kaman. Tym razem główną bohaterką snu przygodowego była Lorejn. 

Wstałam wcześnie i z przyjemnością kręciłam się po Kuchniosalonie. Dopiero przed śniadaniem, około dziewiątej, zdałam sobie sprawę, że dla odmiany słońce sobie z nas nie kpi. Sprawdziłam mapę wiatrów, wiatru brak! Natychmiast powstał pomysł spacerowy, jeszcze tylko pranie w pralce musiało się domielić i wysadziłam do nowej doniczki ostatnie cebule. Gdy tylko przykucnęłam okazyjnie wyharatać z grządki jakiegoś chwasta, pod ręką pojawił się sąsiad-pomocnik:



Bán kręcił się pod nogami, zaglądał do doniczek i jak zwykle rzucał się pod nogi brzuchem do góry. Po prostu gamoń jakich mało. A na tych kilku metrach wiosna, kwitną obydwie jabłonie, kły mieczyków posadzonych dwa tygodnie temu mocarnie podnoszą ziemię.

Po grzebaninie i wystawieniu prania do ogródka na tyłach, ruszyliśmy z Fredem przed siebie (tylko lekkie okrycia, precz z mych oczu zimowe kurtachy!). Zaliczyliśmy postój w kawiarence przy plaży:


No i pięknie, idziemy dalej. W tym samym miejscu, co zazwyczaj, zauważam pasące się bernikle obrożne (pora obiadowa, to czego się dziwię?):


Dalej krowy na łące, kajakarze w wodzie, kwiatki na skałach, ptaszki na skałach, skały, więcej skał, dzwonię do tatki pokazać mu, gdzie idziemy, kończę rozmowę, idziemy dalej, wchodzimy coraz bardziej pod górkę i nagle widzę to:


Czy wy też to widzicie? Przyjrzyjmy się bliżej:




Cała kolonia puchatych dupelców z młodymi. Od kilku lat widzieliśmy tylko efekty ich wykopków pod szlakiem przy klifie, dziury w ziemi, czyli prace budowlane i żadnych mieszkańców. Dzisiaj jednak kłóliki za nic miały spacerujących turystów, widocznie one też czekały na to słońce jak na zbawienie. Ach, piękna sytuacja, warto było się przejść i dobrze, że oprócz kalkulatora miałam aparat fotograficzny. Co poza tem? Gorse pomimo przeschnięcia kwitnie i pachnie mirabelkami, psy spacerują, kajakarz czyta coś w smartfonie :D







Doszliśmy do portu, po drodze jak okiem sięgnąć wszystko w nastroju romansowo-lunchowym (kormoranów brak, pewnie na połowach, foki i mewy czekały w porcie na powrót kutrów). Weszliśmy na molo zobaczyć irenki, po czym wróciliśmy do domu krętą drogą bez pobocza (czyli jak zwykle). Przywitaliśmy się z sąsiadem-marynarzem, który siedział w słowiańskim przykucu na zewnątrz swojej chałupy (przyjechał do niego gość, którego znam z Czerwonych Drzwi; nie pamiętam imienia, bardzo ciężki życiorys, ostatnio chyba chciał być kobietą, ale może zrezygnował) oraz z Anną, która też postanowiła wygrzać kości i właśnie rozstawiała krzesełko przed lokum obok. Przerwa na obiad. Po zjedzeniu łazanek wybyliśmy do miasta, najbardziej potrzebny był nam papier do drukarki, ale zahaczyliśmy też o Costę.

Wieczorem po powrocie do domu Fred dostał ataku entuzjazmu i zaczął kopać w ogródku, przesadził dwa schowane w cieniu wrzośce w bardziej eksponowane miejsce, obkopał mini choinkę, żeby zabezpieczyć ją korą od zakusów perzu, i skosił trawnik. Po pracy długo rozmawiał telefonicznie z Wu.

Jeszcze jestem oszołomiona bogactwem słonecznym. Nom. Dobry dzień to był.

niedziela, 3 marca 2024

1538. Skarpetki, spacer, kawa, relaks.

Mam poczucie jakby kończył mi się wakacje. W nowym tygodniu grupa wraca w pełnym składzie, ale jeszcze dzisiaj nie chciało mi się myśleć o tym garbie. Po wspólnym śniadanku, gdy Kochany relaksował się przy drugiej kawie, przejrzałam skarpetki i powoli zaczęłam wypełniać szuflady nowego mebla. Na razie kontrolnie, żeby zaplanować, co gdzie chcę przemieścić (mam tyle rupieci w szafach, że wypadają, gdy otwieram drzwi). Zapału starczyło mi na razie na wypełnienie trzech i pół szuflady. Jedną Fred zarezerwował dla siebie na robocze dynksy. 

Ponieważ pogoda była ładna, z góry wiedziałam, że nie zamierzam spędzić kolejnego dnia na borsuczym szuraniu w poszukiwaniu rzeczy. W południe odziałam się stosownie i z mężem za rączkę poszliśmy na poszukiwanie wiosny. Przy wejściu z plaży na szlak do klifów spotkaliśmy Uśmiechniętą Kathleen w różowej czapce z pomponem. Na uwagę, że dawno się nie widzieliśmy zdradziła nam, że przez 4 miesiące była w Australii u córki (słusznie, trzeba używać życia). I powiedziała, że coraz jesteśmy młodsi :)


Pogoda świetna na taki kilkukilometrowy marsz, momentami było mi nawet za ciepło. Ścieżka gdzieniegdzie błotnista (to jeszcze po piątkowych opadach), na horyzoncie brak gór, ale morze łagodne, zupełnie nie przypominające tego sprzed dwóch dni. Przy plaży trzyma się od jakiegoś czasu spore stado bernikli obrożnej. Goarse dopiero zaczął kwitnąć, więc jego mirabelkowy zapach nie był jeszcze bardzo mocny.







Po dojściu do portu Fred kupił steki z tuńczyka na obiad i zawróciliśmy do domu. Spacerując przez wieś zauważyłam, że nie czuję już do niej takiej niechęci, jaką miałam po śmierci Ryszarda. Możliwe, że najgorszy czas mija. 

Kochany podkarmił "nasze" szpaki (czyli też całą resztę hałastry, łącznie z wronami-sąsiadkami i hałaśliwymi gawronami) i zrobił obiad (tuńczyk, ryż, sałatka z pora á la Kris) po którym wyjechaliśmy do miasta (chleb/inne takie/kawa). Po randce zakupowo-kawiarnianej wróciliśmy do domu skołowani i padnięci. Oczy mnie bolą, prawdopodobnie od chodzenia w pełnym słońcu. Powinnam nosić okulary przeciwsłoneczne, tylko jak, skoro bez korekcyjnych jestem ślepa jak kret.

sobota, 23 września 2023

środa, 13 kwietnia 2022

848. Kłóliczy dzień.

Miało (tylko trochę) padać, więc na spacer wyszłam w wodoodpornej kurtce. Zmyłka, trzeba ją było ściągnąć, trafiliśmy na kawał chmurozmiennej, ale suchej aury w której grzebaliśmy się wolnym spacerem aż do popołudnia. Cieszyłam się działaniem nowego-starego aparatu, jest lepszy od naszego poprzedniego, szybszy, dokładniejszy, parę zdjęć nie wyszło tylko dlatego, że jeszcze nie posługuję się nim tak sprawnie. Ale obfociłam stado bernikli obrożnych mizdrzących się do siebie tuż przy wejściu na ścieżkę:


Czas jakiś podążaliśmy wzrokiem za prawie nieuchwytną kląskawką, która kręciła się jak z rozwolnieniem:


Kormorany zwyczajne suszyły skrzydła w towarzystwie czapli siwej:


Czarny kłólik wypoczywał w płytkiej jamce i miał w pączku, czy go widzę:


Muchy tańczące przy klifach przyciągały różne ptaszki, tutaj chyba drozd, nie wiem, trudno zgadnąć jaka jest wielkość ptaka na takim tle:

Daj mi rączkę, żebym się nie wyjebała.
— Dobrze, królewno.

Już schodziliśmy z Głowy do portu, gdy mijająca nas para powiedziała nam, że można tam zobaczyć spore stado delfinów. Nic z tej naszej obserwacji nie wyszło, może ssaki podążyły za kutrami, bo port był dzisiaj pusty, widać ryba bierze jak szalona. Z przewróconych siłą natury głazów przyglądała się nam wrona.

Fred wypatrzył naszą starą toyotkę stojącą przy doku. Czyli zakupił ją marynarz. Ha!


Z flory jeszcze coś, co zawsze zwraca moją uwagę, gdy idziemy do wsi wzdłuż pól odgrodzonych murkami, zanokcica skalna:

Po obiedzie złożonym z łososia z kartoflami i sałatą w śmietanie mąż mi się wyłączył (Bowie przygrywał, a on cichcem poszedł spać). Po chwili namysłu też wybrałam się na drzemkę i tak mi zeszło do szóstej po południu. Kochany ma problemy z zatokami, ja oglądam odcinek Morderstw w Midsomer, 11.5, z kłólikiem wyskakującym z kapelusza. Słuchamy Nohavicy, rozmawiamy o wszystkim jak leci, nie wiadomo kiedy zleciała środa.

piątek, 27 listopada 2020

346. Rhut, rhut, rhut.

Wróciłam po spacerze tuż po dwunastej, spocona jak ruda mysz. Przewidująco ubrana w zimową kurtkę nie przewidziałam, że mój organizm przyzwyczaił się do temperatury 4℃ bez wiatru. Ponownie pożałowałam, że nie wzięłam normalnego aparatu — ze zdjęć kalkulatorem wynika, że przysiadły u nas bernikle jasnobrzuche, zimowi goście z kanadyjskiej arktyki. 

Jako się rzekło, na wybrzeżu stadko gęsi, trochę ludzi, przy zejściu na plażę trzyłapek Cookey przygotowujący się do spaceru ze swoją mamą, w szkole dzieci ryczące tak głośno "Jingle bells", że słyszałam je ze stu metrów przez ściany. Pod domem wpadłam prosto w objęcia męża milusio gawędzącego z Katlin. Fred w czerni i żółci, jak wielki, pluszowy szerszeń z kaszkietem na głowie, czekał na pożegnalny pocałunek przed wyjazdem na Belfast. Pierwotnie miała to być nocka, ale nad ranem szef zadzwonił informując o zmianie planów i małżonek był na nogach dość wcześnie. Anne niepotrzebnie więc wahała się zapukać do naszych drzwi przed wyjazdem. Gdy do niej tekstowałam, była już na lotnisku wyglądającym jak w Langolierach Kinga, gotowa rozpocząć kilkugodziny lot do domu rodzinnego i zaprawiająca się do boju pintą Guinnessa. 

Podbudowana słońcem przelałam symboliczną kwotę na konto ratujemyzwierzaki.pl, żeby pomóc Przystani Ocalenie w zdobyciu zwierzakobusa.

Zakończę dzisiaj ogladanie serii Panny Marple z Joan Hickson — przedostatni odcinek towarzyszył mi przy rozkoszach prasowania i mycia kuchenki, ostatni będzie teraz, gdy czekam na Freda. Długa noc.

wtorek, 31 marca 2020

104-105. Sen i jawa.

Poniedziałek.
Załóż swoje drogowskazy, nakazał głos, i Fred spojrzał na skarpetki ze strzałkami — taki sen miał małżonek. Ja też wcześniej miałam sen, albo nie sen, w każdym razie była druga trzydzieści nad ranem. Boli mnie staw w palcu wskazującym, ostatnio to norma, gdy za dużo "myszkuję", więc od rana używam myszki lewą ręką. Wieczorem obejrzeliśmy sobie tymowego Rysia (2007), zbyt skomplikowana i niejasna fabuła (zresztą w Misiu było podobnie), tylko gang sprzątaczek mi się podobał.

Wtorek.
Żwawy marsz na pocztę po drugiej stronie wsi uświadomił mi po raz kolejny jak pięknie mieszkamy. Dość tego! Od dzisiaj spaceruję codziennie! Wypłatę dostałam za dwa tygodnie (korona korona), czyli za tydzień nie muszę się fatygować. Więc i spieszyć się z wysłaniem listu z poleceniem przelewu też mi nie trzeba. Ale kupiłam znaczek, a na nim:


Rock of Cashel. Chcę zobaczyć w tym roku. Świeżego chleba nie potrzebujemy (mamy pizzę), więc kolejny dzień obędzie się bez wyjazdu do miasta. Za to zaraz po moim powrocie, skoro Fred był już po śniadaniu, wskoczyliśmy w samochód, żedy dojechać na niebieską plażę.







Tym razem wiatr nie zatykał. Szliśmy na północ, aż do kamienistego brzegu. Po drodze spotkaliśmy kilka osób: dziewczynę z dwoma pieskami, parę w naszym wieku, biegacza, faceta, który grał na plaży w piłkę z trójką krasnali. Przypływ nadchodził bardzo spokojnie, żadnej presji. Dobry taki spacer, prawie w całkowitym milczeniu. Nie mogę powiedzieć, że byłam zatopiona w rozmyślaniach, po prostu byłam tu i teraz. W nadciągającej wodzie widzieliśmy spore stadko czarno-białych gęsi, które nadleciało znad morza. Sądzę, że były to białolice bernikle, które wracają na Grenlandię lub Svalbard, ale nie mogę tego potwierdzić, filmowałam je ze zbyt dużej odległości. Nauczka, żeby brać dobry aparat. Pizza, kawa, teraz mam ochotę na stare kroniki filmowe.
___
edit 22:50 Były kroniki filmowe z Łapickim, małżonek natomiast prasował nucąc nowofalową Siekierę. Przypomniało mi się, że mama zrobiła rano zdjęcie przed domem, a na zdjęciu śnieg w marcu. Gdybyśmy byli dzisiaj w Polsce ... Fred mówi brrrrr. Ale przez okno (w każdym oknie byłby kot) takie rzeczy nie szkodzą. I jeszcze, Stokrotki (1966) obejrzeliśmy, czeski film, co się zowie.