Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mysz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mysz. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 grudnia 2023

1473. Długi powrót.

Bezzwłoczna relacja:

Najpierw był plan, żeby wstać o trzeciej. Potem małżonek nastawił budzik na drugą trzydzieści. Obudziłam się jednak już po drugiej, razem z rodzicami. Herbata, śniadaniowa prowizorka (resztki ze świątecznej uczty), mycie zębów, machanie do futrzastego komitetu pożegnalnego i heja. Byliśmy na lotnisku o całkiem znośnej porze, ale tłum przed sprawdzaniem bagażu naprawdę mnie zaskoczył (lotnisko we Wrocławiu nie jest szczególnie duże, a tutaj skumulowało się kilka odlotów, w tym do Męczesteru). Lecieć mieliśmy pszczółką, nieszczęsnym lotniczym owadem. Nie dość, że ścisk (Fred zauważył, że chyba nawet zmniejszyli grubość foteli, aby upchnąć więcej ludzi), to jeszcze siedzieliśmy w środku dodatkowe kilkadziesiąt minut, podczas gdy odladzarka jeździła to tu to tam i polewała samolot. Wystartowaliśmy z godzinnym opóźnieniem mając w prognozie groźby, że wyspy nawiedził ostatnio sztorm Gerrit. Rzeczywiście pod koniec podróży trochę rzucało. W czasie lotu, gdy Kochany drzemał, skończyłam czytać rozmowę Rotkiewicza z Vetulanim, Mózg i błazen (Czarne, 2015) i zaczęłam lekturę kolejnego wywiadu, Agnieszki Drotkiewicz z Dorotą Masłowską, Dusza światowa (Wydawnictwo Literackie, 2013).

Jak na taką pogodę, lądowanie było łagodne. Wyturlaliśmy się do budynku portu lotniczego, jeszcze czekaliśmy chwilę na największa walizkę i ... niestety autobus w kierunku północnym nam odjechał. Czekając na następny (zaczęło padać i nie było sensu wystawać na przystanku) poszliśmy do jednej z kiepskich jadłodajni na parterze, żeby zapchać się czymkolwiek (miejsce nazywało się Upper Crust). Nasza cierpliwość została nagrodzona, drugi autobus 100x był dokładnie na czas, do tego z przemiłym lokalnym kierowcą. Na dodatek wyszło słońce. Wysiedliśmy na przystanku niedaleko domu Ka, Kochany otworzył drzwi, znalazł klucz do samochodu, spakowaliśmy nasze lary i penaty pachnące wiatrem podróżnym (odnajdując przy okazji prezenty od przyjaciół, np. kilogramowe opakowanie ziaren Lavazzy) i pomyśleliśmy, że zjemy coś na mieście. Pomysł był dobry, wykonanie takie sobie. Fred zaparkował pod Tesco i stamtąd poszliśmy zobaczyć, czy są czynne jakieś sensowne miejsca przy głównej ulicy. Doszliśmy tak aż do Lisdoo, zupełnie niepotrzebnie, opuściliśmy lokal po dziesięciu minutach. Zysk taki, że zrobiłam zdjęcia kilku muralom.

Gdy żołądek przykleja się do krzyża, najlepsze są pomysły sprawdzone: przed drugą po południu dojechaliśmy do Drołdy i po dłuższym marszu w kierunku rzeki zasiedliśmy w CG z ulgą i poczuciem, że jesteśmy blisko domu. Jedzenie i obsługa dobre jak zwykle, tym razem nawet ja wymiotłam delicje do końca. Teraz widzę na telefonie, że w poszukiwaniu strawy zrobiłam 10 tys. kroków.

Jeszcze Lidl, małe zakupy spożywcze (chleb, jogurty, banany, coś na jutrzejszy obiad). Jaki dzisiaj jest dzień? zapytał mnie Fred, gdy staliśmy w kolejce do kasy. Dzisiaj jest dzień o nazwie czwartek, powiedziałam i natychmiast w myślach pogłaskałam po głowie Rysia. 

Przed czwartą nareszcie w domu. Ledwie zdołałam dotknąć zamka kluczem, pod nogi wpadł mi Bán ze swoimi kocimi opowieściami. Drugim witającym była Anna. Zadzwoniła do drzwi, gdy herbata już była gotowa, a Fred przebrał pościel; sąsiadka przyniosła nam prezenty od community, które rokrocznie roznoszone są w tej części osiedla (trafili z owsianką, sama bym taką kupiła). Walizki nierozpakowane, wyciągnęłam tylko to, co istotne na teraz, urządzenia elektroniczne, kosmetyki, słodycze z paczek świątecznych (wydaje się, że mysz rzeczywiście znalazła wyjście lub wyzionęła myszego ducha, ser zostawiony przez nas pod lodówką pozostał nietknięty). Piszę, zajadam się toffifee. Kochany właśnie zanurkował pod kołdrę.

*zdjęcia wklejone dnia następnego.

wtorek, 28 listopada 2023

1443. Z przyjemnością.

I po co do pracy? Na dworze ciemno i zimno, proponowałam Kochanemu, żebyśmy może zwiali dzisiaj do Szwecji (to byłoby coś nowego). Tuż przed obudzeniem śniłam, że dziadek Bronek kierował samochodem (gdzieś w naszej wsi uciekaliśmy przed policją), poza tym w innym odcinku (gdy wracałam z uczelni, bo chyba uciekłam z egzaminu) na środku drogi spotkałam eM. 

Przy lodówce zniknął jeden serek. Ach, czyli nasz mały współlokator rzeczywiście biega regularnie między Kuchniosalonem a sypialnią (wieczorem na pewno słyszałam go pod szafką nocną). 

Dzień w pracy upłynął mi bardzo szybko, połaziłam tu i tam, i już. Przyjechałam do domu pierwsza, więc zaraz zaczęłam robić prosty obiad z deserem (jogurty); Kochany pojawił się jak zwykle po szóstej, jakąś godzinę po mnie, głodny i zmęczony, więc mu z przyjemnością zaserwowałam, co tam dzisiaj było w menu. Po obiedzie zanurzyłam się w skrobaniu listu dziękczynnego do dr Pierzastej.

Jeszcze wczoraj bardzo dobrze się mi czytało Drugie imię Fossego (ArtRage, 2023), na tyle dobrze, że dzisiaj skończyłam, choć nie jest to łatwa, typowo prowadzona fabuła. Jedną kartkę przeczytałam przy kawie w Czarnej, kilka innych w drodze z pracy, dokończyłam w łóżku, w świetle nocnej lampy, z Ryszardem obok. Miałam robić coś innego (nagryzmolić szkic egzaminu, którym zamierzam zakończyć ten tydzień), ale lektura była ważniejsza. Tak trzymać. 

poniedziałek, 27 listopada 2023

1442. Odpoczywam.

Mysz wczesnym porankiem chrabęściła papierami w sypialni (powiedziałam jej, żeby wróciła do kuchni, nawet jej drzwi otworzyłam, a potem zostawiłam kawałek sera przy lodówce - Kochany nic nie komentuje, widomy znak, że jesteśmy stuknięci oboje). 

Budzik wrzasnął o piątej, żeby obudzić Kochanego do pracy. Po tym fakcie zapadłam się jeszcze w sen i wstałam dopiero po ósmej. Zachciało się mi ugotować kartofli, tylko po to, żeby je potem usmażyć z rozmarynem. W ogóle to cały dzień mielę ustami i trudno mi było cierpliwie doczekać do wspólnego z Fredem obiadu. 

Obejrzałam 23.3 odcinek Midsomer Murders

Zagadałam do Martaszki, bo się mi przypomniało, że w zeszły czwartek, gdy wyszłam na lunch do B&B, Izolda zapytała, czy mam z nią kontakt (między wierszami sobie powiedziałyśmy, że z jej głową było nie ten teges od dawna). Martaszka jest w Polsce i pisała normalnie, jak gdyby nigdy nic (nie zapytam przecież, czy już nie ma świra, ale tak pisała, jakby trochę nie miała, z kolei jej feed na fb mówił mi co innego). Rozmawiałam też z Fredem, gdy miał przerwę w pracy.

Kochany przyjechał nareszcie po szóstej i mogliśmy omówić wydarzenia dnia. Zadzwoniłam do mamy, żeby się chwilę pośmiać z nowego rządu, zapytać o zapowiadaną w mediach śnieżycę. Mame się przyznała, że ostatnio po obiedzie raczą się z tatkiem Jägermeisterem, ale dzisiaj nie piła, bo była w pracy. Taka sytuacja rodzinna, alkoholowa. Zmęczona jestem nicnierobieniem. Lektura i spać.

środa, 15 listopada 2023

1430. Podobnie.

Grafik dnia podobny do wczorajszego, poza tym jest trochę chłodniej i jaśniej. Mysz nadal ma się dobrze, szeleści w papierach, po czym słyszę podchodząc do kuchenki jak frenetycznie tupta za moimi plecami, żeby dobiec do swojego ulubionego miejsca zanim się odwrócę. Po pracy idę do polskiego sklepu (np. herbata malinowa). Wracam do domu (ciemno), odpalam piekarnik, bo wiem, że Kochany wiezie kacze nóżki. No i cuszzzz, jemy obiad (okazuje się, że bardzo dobry) i już jesteśmy zmęczeni. Kaś Matka Kotom dzwoni z zapytaniem, czy podróżnicy spakowani i śmieje się, gdy Fred zgodnie z prawdą jej relacjonuje, że w domu pierdolnik, a my odpoczywamy. Wstępnie umawiamy się z przyjaciółką na spotkanie i szamę w chińskiej dzielnicy. Nareszcie kończę czytać Nasz bieg z przeszkodami Woydyłło (2023). Podobnie jak z poprzednią jej lekturą, nie jestem adresatką tej książki.

poniedziałek, 6 listopada 2023

1421. Zmiana nastroju.

Ponownie kaszlem nie dawałam Fredowi spać. Zamówiłam telefoniczny kontakt z lekarzem, żeby mi przepisał coś dodatkowego. Czekałam, zadzwoniłam nawet jeszcze raz, ale się nie doczekałam. Przyszło mi do głowy kilka rasistowskich myśli, to fakt. Rozchmurzył mnie dopiero Kochany, który wrócił przed trzecią, przywiózł mi drugi test covidowy, zrobił nam obiad, podpowiedział jakie bilety kupić i poszedł spać. Najlepszy z mężów. Okazało się więc, że drugi test wyszedł mi bezsprzecznie negatywny, natomiast bilety do Polski na święta zamknęły się w znośnej cenie. Zadzwoniłam z tą ostatnią wiadomością do mamy akurat w momencie, gdy ona zamierzała zadzwonić do mnie, bo stresowała się wizytą u dentysty. Trochę nam mówiła, że jak to, osobno tak, może się Fred pogniewa, ale wiem, że była szczęśliwa, już mi rozdysponowała pieczenie wigilijnych krokietów (poza tym na pewno ma nadzieję, że Fred nie będzie jednak osobno). Pokazałam jej dzisiejszą przesyłkę z małym upominkiem od administratora strony na której umieściłam Rysiowe pożegnanie - kilka bomb siewnych z nasionami typowych irlandzkich dzikich kwiatów (czytaj: chwastów*). 

Mysz pod lodówką ma się dobrze. Kiedy wstaję napić się wody o różnych porach nocy, słyszę jak robi przemeblowania w swoich przypodłogowych komnatach. 

Wieczorem oglądam MM, 23.2. Kochany budzi się z drzemki wcześniej niż zapowiedział, jeszcze rozmawiamy, jeszcze się śmiejemy, jeszcze mama przekazuje, że nie dała sobie wyrwać zębów. Muzyka Gallaghera pasuje do śmierci Rysia, mówi mąż. Więc na dobranoc słuchamy solówki Rory'ego. Pomysł mam taki, że jutro idę do pracy i zobaczymy jak będzie. 

* bird's foot trefoil, chamomile, corn marigold, corncockle, cornflower, corn poppy, devils bit scabious, field scabious, lady's bedstraw, lesser knapweed, meadow buttercup, meadow vetchling, ox eye daisy, plaitain, purple loosestrife, ragged robin, red campion, red clover, scentless mayweed, sorrel, st. Johns wort, selfheal, tufted vetch, wild carrot, yarrow, yellow rattle.

czwartek, 26 października 2023

1408-1410. Przedloty.

Wtorek
Poniedziałek zakończyłam miłą wymianą zdań z Anne z okazji, że obie zapomniałyśmy o swoich urodzinach. Kot znowu budził mnie z dziesięć razy, więc sen miałam niespokojny, choć twardo nie zamierzałam wstawać na pacnięcia Jaśniepańcia (na śniadanie zeżarł dwie dokładki do czysta, no mój borze, nieomal umarł z głodu przez matkę okrutną i nieczułą). Rano rozmowa z Kochanym, on też w stresie, bo wiadomo, Tworzy. Przy śniadaniu ząb ukruszył się mi do końca, farewell szóstko (i dobrze, to była chyba ta część, która raniła mi dziąsło). Tymczasem mysz żyje sobie cichutko pod miotłą lodówką, całkiem żwawo zwinęła ociupinkę chleba, którą jej podrzuciłam w prześwit między słoikami, cheddarem też nie wzgardziła. Wieczorem Anne zaśmiewała się do rozpuku, gdy opowiedziałam jej o mojej wspaniałomyślności (tuż przed dziesiątą wieczór syn znajomej Anne podrzucił mi żywołapkę, niby przy okazji wyprowadzał psy, ale jestem wdzięczna, tym bardziej, że pogoda nie zachęcała i tuż po jego wizycie lunęła kolejna hojna porcja deszczu).

Środa
Mysz próbowała dostać się do sera, ale nie dała się złapać. My bad. Dzień stresujący, najgłówniej z powodu upływającego czasu, chociaż dzieciak z autyzmem też jest punktem zapalnym. Wieczorem dzwonię do mamy sprawdzić jak tam - w domu rodzinnym nadal choroba. Wymyślam sobie, że po sobotnim odstawieniu maniany, pójdę na cmentarz posprzątać groby dziadków i cioci Stachy. Jeśli rodzice dadzą radę, może pojedziemy na dalszy grobbing, bo to zawsze jest ciekawe. Kochany dzwoni dopiero po dziewiątej, miał bardzo emocjonujący dzień, nagrał dużo materiału i chciał mi o tym opowiedzieć.

Czwartek
Miał być dzień z wilkołakiem, ale cieszę się, że poprosiłam o wolne. Jak miło się nie spieszyć, wstaję dopiero po ósmej i zaraz oczywiście przeganiam Amber (łudziłam się jakiś czas, że żebraczyna dała sobie spokój, ale nic z tego, wczoraj uderzyła ponownie z siłą huraganu wymiatając do czysta wszystkie miski Rysiowe). Czwartek zachęcający, w ciągu dnia byłam nawet na krótkim spacerze ze słuchawkami na uszach. Fred pracował dzisiaj do późna i z góry uprzedzał, że u rodziców będzie dopiero w nocy (tatko jutro znowu do lekarza, bardzo się mi to wszystko nie podoba). Tymczasem "zbiegłam" sweterek Missoni (niebiesko-zielony, w kratkę dziergany), temperatura prania niby letnia, ale podziałała źle na jeden ze splotów i bryndza, nie wiem, czy da się to naprawić. Poza tym po odprawie pierwszy raz mam taką sytuację, że numer siedzenia zostanie mi przydzielony dopiero na lotnisku. Niepokojące. Kochany już u rodziców.

poniedziałek, 23 października 2023

1405-1407. Yeah.

Sobota
W piątek wieczorem światło zgasło jeszcze kilkakrotnie. Chcąc nie chcąc nasłuchiwałam przyjścia prądu, żeby móc wstać, powyłączać światła i nastawić termostat. Sobotę zaczęłam więc później, kot alarmował mnie kilka razy, że na pewno zaśpię. Z kontaktów sąsiedzkich tylko poranna szybka pogadanka z Katlin (o braku prądu i zalanych drogach). U mnie wszystko wg planu. W Polsce, w ramach dystansowania się od chorych, Fred pojechał do Wro i w kinie Magnolii obejrzał Zieloną granicę (2023) Agnieszki Holland. Pod koniec dnia Ilona dzieli się ze mną swoimi zmorami na temat obrony. Oraz wpłacam na zbiórkę dla tego kota.

Niedziela
Kocie wydeptywanie i pacanie budzikowe. Dzień słoneczny i bardzo spokojny, przynajmniej dopóki Ryszard nie przyniósł do Kuchniosalonu żywej jeszcze myszy, która wyrwawszy się mu z pyska natychmiast schowała się pod pralką kuchenką (pralkę odsunęłam, ni ma). Życie z myszą lub z jej trupem. A rodzice w połączeniu messengerowym brzmią fatalnie, z domu wyruszają tylko na chwilę, po aspirynę, lek na wszystko. Pogoda jest taka, że pół dnia szłabym przed siebie, sytuacja zmusza do siedzenia i tańczenia w Kuchniosalonie. Z kontaktów sąsiedzkich jedynie szybki czat z Anną, która tuż po południu ze szczotą ruszyła do akcji "mycie okna z zewnątrz". Wieczorem jeszcze raz dzwonię do rodziców z reprymendą słowną na temat pójścia do doktora. Na deser tego wszystkiego, w sypialni wysiadła żarówka (więc przeniosłam tam lampę z Kuchniosalonu i teraz się zastanawiam, czemu na to wcześniej nie wpadłam; jest klimat uszatkowy).

Poniedziałek
W niedzielę postanowiłam się nagrywać (jak gadam). Rano jadę autobusem słuchając samej siebie. Cuda, panie. Poza tym przy przygotowywaniu śniadania słyszałam coś jakby chrupanie. Kolano, albo mysz ostała się przy życiu. Zapobiegliwie zablokowałam kotu możliwość wchodzenia do Kuchniosalonu podczas mojej nieobecności. Wróciłam z pracy późno (autobus znowu miał ponad kwadrans poślizgu, ale i tak nie dość, żeby łeb przypomniał mi o nabyciu żywołapki na stworzonka) i jeszcze przed "obiadem" odbębniam spotkanie online z kulyżanką i dochtórką. No co może nam dochtórka powiedzieć? Kopa na drogę. Kochany w Polsce działa, kręci swoje historie, ale miał czas kupić mi prezent: książkę nowego noblisty, Jona Fosse, świeżo wydane Drugie imię (2023). A rodzice usiłują zdrowieć (tatko był dzisiaj u lekarza, a mama ... w pracy; gdyż są rzeczy, których nie pojmę). No nic, wracam do mówienia do samej siebie (na zewnątrz wzmaga się wiatr, po miłej, nudnej niedzieli Met Éireann znowu ostrzega, że będzie lało).