Bezzwłoczna relacja:
Najpierw był plan, żeby wstać o trzeciej. Potem małżonek nastawił budzik na drugą trzydzieści. Obudziłam się jednak już po drugiej, razem z rodzicami. Herbata, śniadaniowa prowizorka (resztki ze świątecznej uczty), mycie zębów, machanie do futrzastego komitetu pożegnalnego i heja. Byliśmy na lotnisku o całkiem znośnej porze, ale tłum przed sprawdzaniem bagażu naprawdę mnie zaskoczył (lotnisko we Wrocławiu nie jest szczególnie duże, a tutaj skumulowało się kilka odlotów, w tym do Męczesteru). Lecieć mieliśmy pszczółką, nieszczęsnym lotniczym owadem. Nie dość, że ścisk (Fred zauważył, że chyba nawet zmniejszyli grubość foteli, aby upchnąć więcej ludzi), to jeszcze siedzieliśmy w środku dodatkowe kilkadziesiąt minut, podczas gdy odladzarka jeździła to tu to tam i polewała samolot. Wystartowaliśmy z godzinnym opóźnieniem mając w prognozie groźby, że wyspy nawiedził ostatnio sztorm Gerrit. Rzeczywiście pod koniec podróży trochę rzucało. W czasie lotu, gdy Kochany drzemał, skończyłam czytać rozmowę Rotkiewicza z Vetulanim, Mózg i błazen (Czarne, 2015) i zaczęłam lekturę kolejnego wywiadu, Agnieszki Drotkiewicz z Dorotą Masłowską, Dusza światowa (Wydawnictwo Literackie, 2013).
Jak na taką pogodę, lądowanie było łagodne. Wyturlaliśmy się do budynku portu lotniczego, jeszcze czekaliśmy chwilę na największa walizkę i ... niestety autobus w kierunku północnym nam odjechał. Czekając na następny (zaczęło padać i nie było sensu wystawać na przystanku) poszliśmy do jednej z kiepskich jadłodajni na parterze, żeby zapchać się czymkolwiek (miejsce nazywało się Upper Crust). Nasza cierpliwość została nagrodzona, drugi autobus 100x był dokładnie na czas, do tego z przemiłym lokalnym kierowcą. Na dodatek wyszło słońce. Wysiedliśmy na przystanku niedaleko domu Ka, Kochany otworzył drzwi, znalazł klucz do samochodu, spakowaliśmy nasze lary i penaty pachnące wiatrem podróżnym (odnajdując przy okazji prezenty od przyjaciół, np. kilogramowe opakowanie ziaren Lavazzy) i pomyśleliśmy, że zjemy coś na mieście. Pomysł był dobry, wykonanie takie sobie. Fred zaparkował pod Tesco i stamtąd poszliśmy zobaczyć, czy są czynne jakieś sensowne miejsca przy głównej ulicy. Doszliśmy tak aż do Lisdoo, zupełnie niepotrzebnie, opuściliśmy lokal po dziesięciu minutach. Zysk taki, że zrobiłam zdjęcia kilku muralom.
Gdy żołądek przykleja się do krzyża, najlepsze są pomysły sprawdzone: przed drugą po południu dojechaliśmy do Drołdy i po dłuższym marszu w kierunku rzeki zasiedliśmy w CG z ulgą i poczuciem, że jesteśmy blisko domu. Jedzenie i obsługa dobre jak zwykle, tym razem nawet ja wymiotłam delicje do końca. Teraz widzę na telefonie, że w poszukiwaniu strawy zrobiłam 10 tys. kroków.
Jeszcze Lidl, małe zakupy spożywcze (chleb, jogurty, banany, coś na jutrzejszy obiad). Jaki dzisiaj jest dzień? zapytał mnie Fred, gdy staliśmy w kolejce do kasy. Dzisiaj jest dzień o nazwie czwartek, powiedziałam i natychmiast w myślach pogłaskałam po głowie Rysia.
Przed czwartą nareszcie w domu. Ledwie zdołałam dotknąć zamka kluczem, pod nogi wpadł mi Bán ze swoimi kocimi opowieściami. Drugim witającym była Anna. Zadzwoniła do drzwi, gdy herbata już była gotowa, a Fred przebrał pościel; sąsiadka przyniosła nam prezenty od community, które rokrocznie roznoszone są w tej części osiedla (trafili z owsianką, sama bym taką kupiła). Walizki nierozpakowane, wyciągnęłam tylko to, co istotne na teraz, urządzenia elektroniczne, kosmetyki, słodycze z paczek świątecznych (wydaje się, że mysz rzeczywiście znalazła wyjście lub wyzionęła myszego ducha, ser zostawiony przez nas pod lodówką pozostał nietknięty). Piszę, zajadam się toffifee. Kochany właśnie zanurkował pod kołdrę.
*zdjęcia wklejone dnia następnego.

