Sobota
Mroźny poranek bez jednej chmurki na niebie. Kochany musiał jechać do pracy; byczyłam się cały dzień wyjadając z miseczki biały ser. Po pracy mąż przywiózł szafę z Jysk, trzy spore elementy przenieśliśmy do kuchni, teraz zalegają na tapczanie motywując nas do szybszego zajęcia się sprawą.
Wieczorem niuchałam trochę w aktach IPN-u i przypadkowo, nie szukając tej konkretnie informacji, odkryłam, że jeden z moich pradziadków zginął w czasie powrotu z robót przymusowych. No ale i tu pojawia się zagwozdka. Znalazłam potwierdzenie wojennych losów babci Frani, ale nie jej rodziny. Prababci Heleny nadal nie ma. Jak to możliwe, że teść babci Frani jest w IPN, ona jest w IPN, a cała dalsza rodzina, pochodzenie matki, jak kamfora, jak w wodę kamień, choć przecież byli tam, jechali jednym wagonem?
Niedziela
Dobrze spałam (ciekawe?). Obudziłam się razem z Kochanym, który po ósmej zmierzał do pracy. Jadło, prasówka, kaffka, zadzwoniłam do tatki porozmawiać o pradziadku, przelałam kasę na WOŚP, w antologii wierszy Herberta dokończyłam czytać jego pierwszy zbiór, Struna światła.
Pogoda dla kaczek, w tę kaczkową aurę przebiegłam w południe drogę do Anne, żeby ją przytulić i pożegnać się przed jej trzytygodniową podróżą. Anne przeczytała książkę Hjorth (poruszyła ją) oraz poleciła mi ciekawą literaturę. Od dzisiaj Junona przechodzi pod moją opiekę (lista "sings to do" zostawiona na kuchence, w salonie lista jak obsługiwać piloty do telewizorni oraz zapas słodyczy w słoiku). Sąsiadka już wyruszyła w podróż, jej samochodzik wyturlał się z otuliny i przy ciągle rozkręcającym się wietrze zniknął w oddali.
Drugi raz zadzwoniłam do tatki, tym razem zaczęłam się zastanawiać, czy syn ciotecznego pradziadka, który miał zostać zamordowany na Ukrainie z całą rodziną, jednak przypadkiem nie przeżył. On ci to, nie on? Hm.
___
edit 19:45 Włos umyty, kot nakarmiony, obiad zjedzony, wszystko w kolejności wspak. Za oknem nadal pada i wieje. Najedzona mogę sobie dumać o rzeczach.






