Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą charytatywność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą charytatywność. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 26 stycznia 2025

1866-1867. La di da oraz sztorm Herminia.

Sobota
Mroźny poranek bez jednej chmurki na niebie. Kochany musiał jechać do pracy; byczyłam się cały dzień wyjadając z miseczki biały ser. Po pracy mąż przywiózł szafę z Jysk, trzy spore elementy przenieśliśmy do kuchni, teraz zalegają na tapczanie motywując nas do szybszego zajęcia się sprawą. 

Wieczorem niuchałam trochę w aktach IPN-u i przypadkowo, nie szukając tej konkretnie informacji, odkryłam, że jeden z moich pradziadków zginął w czasie powrotu z robót przymusowych. No ale i tu pojawia się zagwozdka. Znalazłam potwierdzenie wojennych losów babci Frani, ale nie jej rodziny. Prababci Heleny nadal nie ma. Jak to możliwe, że teść babci Frani jest w IPN, ona jest w IPN, a cała dalsza rodzina, pochodzenie matki, jak kamfora, jak w wodę kamień, choć przecież byli tam, jechali jednym wagonem?

Niedziela 
Dobrze spałam (ciekawe?). Obudziłam się razem z Kochanym, który po ósmej zmierzał do pracy. Jadło, prasówka, kaffka, zadzwoniłam do tatki porozmawiać o pradziadku, przelałam kasę na WOŚP, w antologii wierszy Herberta dokończyłam czytać jego pierwszy zbiór, Struna światła.

Pogoda dla kaczek, w tę kaczkową aurę przebiegłam w południe drogę do Anne, żeby ją przytulić i pożegnać się przed jej trzytygodniową podróżą. Anne przeczytała książkę Hjorth (poruszyła ją) oraz poleciła mi ciekawą literaturę. Od dzisiaj Junona przechodzi pod moją opiekę (lista "sings to do" zostawiona na kuchence, w salonie lista jak obsługiwać piloty do telewizorni oraz zapas słodyczy w słoiku). Sąsiadka już wyruszyła w podróż, jej samochodzik wyturlał się z otuliny i przy ciągle rozkręcającym się wietrze zniknął w oddali.

Drugi raz zadzwoniłam do tatki, tym razem zaczęłam się zastanawiać, czy syn ciotecznego pradziadka, który miał zostać zamordowany na Ukrainie z całą rodziną, jednak przypadkiem nie przeżył. On ci to, nie on? Hm. 
___
edit 19:45 Włos umyty, kot nakarmiony, obiad zjedzony, wszystko w kolejności wspak. Za oknem nadal pada i wieje. Najedzona mogę sobie dumać o rzeczach.

poniedziałek, 23 października 2023

1405-1407. Yeah.

Sobota
W piątek wieczorem światło zgasło jeszcze kilkakrotnie. Chcąc nie chcąc nasłuchiwałam przyjścia prądu, żeby móc wstać, powyłączać światła i nastawić termostat. Sobotę zaczęłam więc później, kot alarmował mnie kilka razy, że na pewno zaśpię. Z kontaktów sąsiedzkich tylko poranna szybka pogadanka z Katlin (o braku prądu i zalanych drogach). U mnie wszystko wg planu. W Polsce, w ramach dystansowania się od chorych, Fred pojechał do Wro i w kinie Magnolii obejrzał Zieloną granicę (2023) Agnieszki Holland. Pod koniec dnia Ilona dzieli się ze mną swoimi zmorami na temat obrony. Oraz wpłacam na zbiórkę dla tego kota.

Niedziela
Kocie wydeptywanie i pacanie budzikowe. Dzień słoneczny i bardzo spokojny, przynajmniej dopóki Ryszard nie przyniósł do Kuchniosalonu żywej jeszcze myszy, która wyrwawszy się mu z pyska natychmiast schowała się pod pralką kuchenką (pralkę odsunęłam, ni ma). Życie z myszą lub z jej trupem. A rodzice w połączeniu messengerowym brzmią fatalnie, z domu wyruszają tylko na chwilę, po aspirynę, lek na wszystko. Pogoda jest taka, że pół dnia szłabym przed siebie, sytuacja zmusza do siedzenia i tańczenia w Kuchniosalonie. Z kontaktów sąsiedzkich jedynie szybki czat z Anną, która tuż po południu ze szczotą ruszyła do akcji "mycie okna z zewnątrz". Wieczorem jeszcze raz dzwonię do rodziców z reprymendą słowną na temat pójścia do doktora. Na deser tego wszystkiego, w sypialni wysiadła żarówka (więc przeniosłam tam lampę z Kuchniosalonu i teraz się zastanawiam, czemu na to wcześniej nie wpadłam; jest klimat uszatkowy).

Poniedziałek
W niedzielę postanowiłam się nagrywać (jak gadam). Rano jadę autobusem słuchając samej siebie. Cuda, panie. Poza tym przy przygotowywaniu śniadania słyszałam coś jakby chrupanie. Kolano, albo mysz ostała się przy życiu. Zapobiegliwie zablokowałam kotu możliwość wchodzenia do Kuchniosalonu podczas mojej nieobecności. Wróciłam z pracy późno (autobus znowu miał ponad kwadrans poślizgu, ale i tak nie dość, żeby łeb przypomniał mi o nabyciu żywołapki na stworzonka) i jeszcze przed "obiadem" odbębniam spotkanie online z kulyżanką i dochtórką. No co może nam dochtórka powiedzieć? Kopa na drogę. Kochany w Polsce działa, kręci swoje historie, ale miał czas kupić mi prezent: książkę nowego noblisty, Jona Fosse, świeżo wydane Drugie imię (2023). A rodzice usiłują zdrowieć (tatko był dzisiaj u lekarza, a mama ... w pracy; gdyż są rzeczy, których nie pojmę). No nic, wracam do mówienia do samej siebie (na zewnątrz wzmaga się wiatr, po miłej, nudnej niedzieli Met Éireann znowu ostrzega, że będzie lało).

wtorek, 31 stycznia 2023

1142. I co tak się dziwi?

Przecież jutro Imbolc, to jak ma pachnieć, jak nie wiosną? Bardzo dużo czasu zabrało mi robienie rzeczy błahych i podstawowych, nic dziwnego, że za okno nie wyglądałam i dopiero mąż mnie uświadomił. Z powodu pracy online śniadanie było szczątkowe, obiad też taki sobie. Kochany po powrocie z własnej pracy na wyjeździe i po obiedzie walnąl się do łóżka, żeby zregenerować się przed wizytą u przyjaciół, a ponieważ słońce nagle spuściło z tonu, odechciało się mi wychodzenia na spacer i nadrabiania, czego nie da się nadrobić. Rozmoszczona w mężowskim fotelu wróciłam do czytania Rokeacha, naostrzyłam ołówki, wyciągnęłam podręcznik do niemieckiego i przerobiłam pół lekcji. U Ka&Jot Fred spóścił powietrze na temat pomocowej przygody z Aś i jej kupowaniem samochodu (wentyl był najwyraźniej potrzebny). We trójkę, bez Jot, obejrzeliśmy na Netflixie dokument Procession (2021), o kilku gościach z Kansas w dzieciństwie molestowanych przez księży katolickich, którzy przechodzą terapię sztuką. Pomysł był zacny, realizacja mnie nie przekonała. 

W niedzielę nic nie napisałam o WOŚP-ie, bo tv oglądane u nas nie było, ale małżonek rzucił wówczas groszem, co odnotowuję teraz z kronikarskiego obowiązku. A w ogóle to gdzie ja byłam, że mój mózg nie zmagazynował wiadomości o śmierci Vivienne Westwood pod koniec grudnia? Mija styczeń:

niedziela, 8 stycznia 2023

1119. Deficyt uwagowy.

Znowu będziemy się mijali, wcześniej niż myślałam. Jeszcze z rana zadzwoniłam do mamy, więc mogła pomachać umundurowanemu Fredowi, zanim Kochany zaczął powoli przemieszczać się w kierunku Ballymeny. 

Spacer nad morze zaczęłam w dobrym momencie, deszcz przyszedł kilka minut po tym jak wróciłam do domu.

Kama się mi dzisiaj śniła, zagadałam do niej na facebooku i chwile dwie porozmawiałyśmy, co tam u niej (przy okazji wrzuciłam grosze do jej wirtualnej puszki wośpowej). Obejrzałam Murder by Magic, 17.02 odc. Midsomer w pięknych okolicach Buckinghamshire i jeszcze z Jackiem Shepherdem, czyli inspektorem Wycliffem. Czy ja mam jakiś deficyt uwagowy? Powinnam pracować intensywnie, tymczasem drugi dzień lejce luzem puszczone, łażę po domu jak nieszczęście i najbardziej koncentrującym neurony działaniem jest precyzyjne nałożenie kotu karmy do miski. Bardzo nagannie, bardzo źle, tylko mgła umysłowa może mnie wytłumaczyć. 

wtorek, 5 kwietnia 2022

839-840. Dół, góra, dół.

Już przed szóstą stojąc na golasa w sypialni obserwuję jak ktoś pomyka między blokami. Jasno. I duszno. Trudno wrócić do snu. Tak się nam zaczął poniedziałek wyjazdowy. Bo w końcu trzeba się było ruszyć z domowego ciepełka, by przejechać do kolejnego domowego ciepełka. Naładowaliśmy samochód dobrami jak rumuńska rodzina i jeszcze przed dziesiątą ruszyliśmy z darami dla chłopaków z Dragan. Dotarliśmy do nich bez większych przeszkód, ubrania zostały przekazane, wypiliśmy po kawie, porozmawialiśmy o genealogii i katolicyzmie (panowie są franciszkanami świeckimi, albo będą) po czym Andrzej zaproponował miejsce, w którym moglibyśmy zjeść obiad — Klemensów. Bardzo mnie to ubawiło, muszę powiedzieć, że co się obśmiałam w duchu jak norka, to moje. Byliśmy więc w restauracji Klemens (mieszczącej się w dawnym domu dyrektora cukrowni), a po obiedzie odwiedziliśmy znajdujące się obok małe muzeum różności. Potem chłopaki zaproponowały wizytę w radecznickiej bazylice Andrzeja i kapliczce na wodzie. Było trochę zimno, czas minął nam tak szybko, że nie wiadomo kiedy zrobiła się piąta i czas był na nas pędzić w kierunku Zielonki, czyli znowu do góry mapy, po drodze machając pojawiającym się i znikającym kominom Azotów. Doturlaliśmy się do miejsca przeznaczenia po siódmej wieczorem, gdy wieczerza już się rozpoczęła. U Andrju z żoną i córką byli Jackowie, posiedzieliśmy trochę i jedząc jajka w majonezie pogadaliśmy o starych Polakach. Bardzo nam się spodobał nowy dom przyjaciół, łazienka pełen luksus, w hotelu to pewnie byłoby 250 za noc.

Komu w drogę temu kopa we wtorek rano. Obudziliśmy się po siódmej, Andrju zrobił nam śniadanko, zjedliśmy je z Natką. Jeszcze trochę pogadaliśmy z panią domu, która przygotowywała się psychiatrycznie do pracy i po dziewiątej pora była na nas. Teoretycznie mieliśmy jechać cztery godziny, niestety w okolicach Łodzi niechcący zgubiliśmy S8 i musieliśmy omijać Bełchatów przez paskudną odkrywkę węgla. Nom, nie było wygodnie, na dodatek wkurzyła mnie wiadomość z pracy na temat kursu dokształcającego (nie denerwuj mnie, Bridżet, zajęta jestem). W dalszej drodze okazało się, że puławianki smakują nawet lepiej drugiego dnia po zakupie (lubelski cebularz też dawał radę). Na wieś dojechaliśmy po trzeciej, gdzieś po drodze na Dolny Śląsk zniknął śnieg, rodzice wrócili po piątej (z kichającym kotem, bo Rózia chorenia i miała inhalacje u weterynarza). Przywitali nas Malineczka i Maksiu, zupełnie zaskoczona babcia Mania, Mruczysław, który od razu wbił na kwadrat, żeby mieć informacje z pierwszej łapy. Jest dobrze, Fred pokazywał rodzicom swoje podobizny z czasów najwcześniejszej, bezzębnej młodości. Mama się zrewanżowała i wyciągnęła antyczny album z bezzębną moi. Po kolacji jest Poirot oczywiście, 1.3, i oglądanie wiadomości z wojny w Ukrainie. Domowo. Dopijam kubek przegotowanej wody, chyba pora na sen.

środa, 2 marca 2022

806. Deszczowa środa.

Wpłaciłam pieniądze dla Ukrainy na konto PAH, teraz tylko tyle mogę zrobić, a ponieważ fundacja jest sprawdzona, jestem pewna, że z kasy zostanie zrobiony dobry użytek.

Zasmarkana pogoda. Po wczorajszym słoneczku planowałam wybrać się dzisiaj na długą przechadzkę, może nawet wędrówkę naokoło Głowy z aparatem fotograficznym, ale z planów wyszły nici. Deszcz nie jest duży, czasami to zwykły mokry kurz rozpylany przez wiatr, ale w takich warunkach można co najwyżej wychodzić z psem, a jak wiadomo psa na razie nie mamy. Siedzimy z Ryszardem w domu (kot wrócił wzburzony po kolejnej próbie spaceru, zaległ na tapczanie i powiedział, żebym go nie budziła), Kochany utknął w pracy na dłużej, przejadam się słodyczami.
___
edit 21:37 Fred wrócił po bardzo długiej zmianie, dopiero co zjadł, wszedł pod prysznic, jutro znowu zaczyna wcześnie. Jutro się poprawię, obiecuję sobie. Bo spędziłam środę dumając nad rzeczami na które nie mam wpływu. W weekend pierwszy zjazd nowego semestru, trzeba się przygotować psychicznie i merytorycznie. A na razie trawię rosół i pizzę.

piątek, 11 lutego 2022

787. Flag day.

Zbieraliśmy dzisiaj kasę na naszą organizację, kwestowałam przez godzinę pod pocztą, było zimno, ale też całkiem miło. Zapamiętałam parę osób ... Orastę, dziewczynkę z Afganistanu, która wrzuciła 5 juro, chłopaka i kobietę z Bahrainu, dwóch starszych Irlandczyków z których jeden powiedział mi swoje imię, ale nie byłam w stanie powtórzyć, a drugi chciał porozmawiać po polsku. Trzy razy zdarzyło mi się, że kierowcy wołali mnie chcąc wrzucić coś do puszki. Wolontariusze wrócili na ulice miasta, znak, że pandemia się skończyła. Po powrocie do Centrum pustki. Zastępowałam na chwilę Ger w recepcji, bo ludzie rotacyjnie schodzili z posterunków i panowało lekkie zamieszanie połączone z podekscytowaniem.

Przy okazji small talku z Bridżet okazało się, że Centrum nie dofinansuje mi studiów (na co liczyłam), gdyż mają politykę utrzymania pieniędzy w kraju, a ja studiuję oficjalnie w Polsce. Mają pieniądze, mogę wybrać jakiś kurs. Znalazłam coś ciekawego w ciągu kwadransa, co kosztuje tyle, ile dwa semestry w Polsce. Jeśli sami mnie zgłoszą i zapłacą 100%, nie ma sprawy. Wygląda na to, że nie ma sprawy :)

Z Fredem rozstaliśmy się o poranku, zostałam w miasteczku, on ruszył do stolicy na coroczny przegląd. I tak Kochany do popołudnia chodził na jednej kawie (pobranie krwi miał dopiero po tomografie), ja lepiej, zjadłam śniadanie, potem współodczuwałam z mężem. Umówiliśmy się dopiero po trzeciej. Zanim Kochany zdążył wjechać do miasta, poszłam do Il Forno, żeby zagrzać nam stolik :D. Tak więc oświadczyłam kelnerowi for now, I just grab a cup of tea uświadamiając sobie, gdy ten już odpłynął, że nie sprecyzowałam mu o co mi chodzi. Dostałam czarną z mlekiem, wypiłam czarną z mlekiem, pierwszy raz w życiu. 

Lunch upłynął nam rozkosznie, Fred powoli odtajał, po frykasach była jeszcze kawa i ruszyliśmy za rączkę ulicami brudnego miasta. Dwóch chłopaków grało na rogu West z Peter (przyciągnął mnie perkusista, grzejący mocno i rudy jak Sajmon, znajomy z poprzedniej pracy, też bębniarz), wrzuciłam im parę drobnych do pudła. Potem drałując do parkingu miejskiego przy dworcu przeskakiwaliśmy przez ulice jak para nastolatków. 

Ka zadzwonił z informacją, że chłopcy przytargali im do domu covida. Wczoraj był kryzys, dzisiaj chyba dobrze, Ka&Jot szczepieni, nie spodziewamy się dalszych sensacji, ale też wieczorem już nie możemy się z nimi połączyć.

Mikroczipy som wszędzie i nas śledzom — z Tesco dostaliśmy właśnie w Walentynkowej ofercie kupony rabatowe. WSZYSTKIE są na produkty takie, jakie zwyczajowo wrzucamy do koszyka, ani jednego przestrzelenia, nawet w drodze po moje ulubione doritosy Wielki Brat mi towarzyszył i zapisywał. Świetnie, niech się w końcu do czegoś przyda.

Wiatr zerwał się wieczorem. Tymczasem Genesis gra Nursery Cryme (1971), Tresspass (1970), The Lamb Lies Down on Broadway (1974).

niedziela, 30 stycznia 2022

775. Finał.

Z ostatnich zajęć z różnic najbardziej zapadnie mi w pamięć, że dobrze jest mieć "Ja ameby", czyli nie rozpłaszczać się z "Ja symbolicznym" gdzie bądź, bo to niezdrowo. Zapisuję. Moja osobowość myszy-archiwistki stoi temu w poprzek, ale mądre. 

Wyniki kolokwium mnie nie zadowalają, myślałam, że mam dobrze wszystko, a tu nie mam dobrze wszystkiego, teraz istotę szarą sobie zamulam deliberacjami przy których to dwóch pytaniach spięcie na stykach miało miejsce. Diagnozy dokończone, kulawo, ale lepiej nie będzie, Marchwa wysłała dzieło i niech się mądrzejszy wypowie.

Anne zatekstowała do mnie, że dobrze, że nie poszłam z nią na sztukę. Test pcr jej pokazuje, że złapała covida, jest zaszczepiona, nie powinno być problemu, jednak lepiej nie mieć gada niż go mieć.

I jeszcze z Kochanym nawrzucaliśmy Owsiakowi pinionszkuff do puszki, bo dzisiaj Wielka Orkiestra. Pół dnia byłam umysłowo nieobecna z powodu koła, ale widziałam jak Fredowi łezka się w oku kręciła, gdy słuchał starych nagrań Voo Voo. Ponieważ zaś prawie (które robi wielką różnicę) uwolniłam się z macek sesji, dla rozrywki pojechaliśmy wieczorem do Ka&Jot. Zwyczajowo zasiedzieliśmy się do późna, głowa mi leciała z powodu senności, i jeżeli Mister T. (2019) jest dobrym filmem, to niestety nie w pełni mogłam go docenić przez głowy mojej skłonność do opadania. 

Zeszłej nocy mama nie spała z powodu niżu Nadia. Nas też podwiewa pod rozgwieżdżonym niebem.

niedziela, 31 stycznia 2021

411. Flota zjednoczonych sił.

Ostatni dzień stycznia zaczęliśmy od sytego śniadania, płyty Voo Voo Łobi jabi (1993) i wpłacenia kasy na WOŚP. Mija 1/12 roku. Ryję w językach jak szalona, w międzyczasie, w przerwach herbaciano-kawowych rozmawiamy o imionach dla naszych drzew. Szaro, buro, siąpi. Wieczorem ogladamy Tysiąc zakazanych krzaków (2008), średni metraż z Lubosem, i słuchamy składanki najlepszych kawałków Śmietanki.
___
edit 22:05 Właśnie wysłuchałam Allegretto z siódmej symfonii A-Dur, op. 92, Beethovena w wykonaniu Wiener Philharmoniker z panem Bernsteinem. To teraz mogę iść spokojnie pod prysznic.

poniedziałek, 21 grudnia 2020

370. Przesilenie.

Dzień zmroku. Wstałam do deszczu za oknem i przez cały czas rzekomego dnia nie ujrzałam ani jednego czystego promyka słońca, noc trwała w nieskończoność. Przed wyjazdem do Drołdy rozmawiałam z mamą plotąc trzy po trzy o kiełbasie, pogodzie i charytatywnej zbiórce chłopaków (Andrzeja i Norberta), którą z okazji Szczodrych Godów zasililiśmy wczoraj kasą. 

Most na Boyne i miasto stały we mgle, albo w wielkiej chmurze, która przykryła wszystko dżdżem i robiła mokro naokoło. W takich warunkach kupiliśmy parę obiadów na następne dni (oczywiście zapomniałam jabłek, bo wcześniej zapomniałam listy na której jabłka były zapisane) i zostawiając samochód na miejskim parkingu ruszyliśmy pod parasolem w miasto, jak to z nami bywa, zdeczko bezcelowo (umyśliłam sobie wczoraj, że do wazonu wstawię gałązkę sosny lub świerku, bez ozdób, w celach zapachowych, ale słusznie uczyniły moje oczekiwania prezentując się światu skromne i z góry nie wyrywając się do przodu). 


Miasto mżyło i drgało, zakotwiczyliśmy na West St w Caffè Nero, żeby posilając się flat white i ciastami zrobić sobie nawzajem dużo zaangażowanych zdjęć.



Po wyjściu z kawiarni około piątej weszliśmy w mrok zupełnie już zgęstniały. Z oglądania koniunkcji Saturna z Jowiszem nici — mgła rozproszyła się tuż przy tafli wody odsłaniając światełka na wybrzeżach Północnej, ale nad nami gruba czapka chmur jest kompletnie do niczego. W głośnikach była składanka Młynarskiego Absolutnie (2017), zrobiłam przy niej obiad, a Fred powoli rozkręcił się w kwestii bigosowej. Jak on pięknie władał językiem, ten Młynarski :). O tej porze jestem po prysznicu, mąż mi mówi, że pachnę mydełkowo.

Z frontu pandemicznego: Unia w południe zatwierdziła do użytku szczepionkę, która jest już od dwóch tygodni w UK, a teraz będzie rozprowadzana w całej Europie. Tymczasem Irlandia właśnie zamknęła przestrzeń powietrzną przed lotami z UK (w Anglii zagnieździła się nowa mutacja covida), na razie na dwa dni, ale pewnie to nie koniec tej historii.

piątek, 27 listopada 2020

346. Rhut, rhut, rhut.

Wróciłam po spacerze tuż po dwunastej, spocona jak ruda mysz. Przewidująco ubrana w zimową kurtkę nie przewidziałam, że mój organizm przyzwyczaił się do temperatury 4℃ bez wiatru. Ponownie pożałowałam, że nie wzięłam normalnego aparatu — ze zdjęć kalkulatorem wynika, że przysiadły u nas bernikle jasnobrzuche, zimowi goście z kanadyjskiej arktyki. 

Jako się rzekło, na wybrzeżu stadko gęsi, trochę ludzi, przy zejściu na plażę trzyłapek Cookey przygotowujący się do spaceru ze swoją mamą, w szkole dzieci ryczące tak głośno "Jingle bells", że słyszałam je ze stu metrów przez ściany. Pod domem wpadłam prosto w objęcia męża milusio gawędzącego z Katlin. Fred w czerni i żółci, jak wielki, pluszowy szerszeń z kaszkietem na głowie, czekał na pożegnalny pocałunek przed wyjazdem na Belfast. Pierwotnie miała to być nocka, ale nad ranem szef zadzwonił informując o zmianie planów i małżonek był na nogach dość wcześnie. Anne niepotrzebnie więc wahała się zapukać do naszych drzwi przed wyjazdem. Gdy do niej tekstowałam, była już na lotnisku wyglądającym jak w Langolierach Kinga, gotowa rozpocząć kilkugodziny lot do domu rodzinnego i zaprawiająca się do boju pintą Guinnessa. 

Podbudowana słońcem przelałam symboliczną kwotę na konto ratujemyzwierzaki.pl, żeby pomóc Przystani Ocalenie w zdobyciu zwierzakobusa.

Zakończę dzisiaj ogladanie serii Panny Marple z Joan Hickson — przedostatni odcinek towarzyszył mi przy rozkoszach prasowania i mycia kuchenki, ostatni będzie teraz, gdy czekam na Freda. Długa noc.

piątek, 23 października 2020

311. La di da, la di da.

Pogoda jest tak słoneczna, że jak raz z rana mogłam wywiesić w ogrodzie delikatne, wełniane pranie i bieliznę praną ręcznie. Po śniadaniu poszliśmy nad morze. Zapomniałam zapisać, że w czwartek dorzuciliśmy po dwie cegiełki na mural, który ma powstać we wsi, ciekawa jestem gdzie dokładnie. Fred źle spał, po wczorajszej długiej, telefonicznej rozmowie z ciocią Ce, w głowie kotłuje się mu sprawa Wu. Nie jesteśmy generałami cudzych losów. Spacer był użyteczny, (może) pomógł się zrelaksować. Po powrocie zrobiłam sobie obiad z łososiem i pomidorkami z dużą ilością cebuli, a Fred pełny śniadaniowego bigosu wyruszył z listą zakupową do Lidla i Tesco. O czwartej jestem sama w domu rozświetlonym ciepłymi promieniami słońca i dopada mnie frustracja z powodu wczorajszego orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego w Polsce. Fred wraca o piątej z zamiennikiem powideł śliwkowych. Czyli jutro z naleśnikami będzie dżem truskawkowy. Mąż przywiózł też pączki. Miałam zadzwonić, żeby kupił pączki, ale tego nie zrobiłam. Od czego są jednak moje zdolności pelepapiczne po ciotecznej prababci, Stasze.

— Szkoda, że nie spotkałam Ciebie wcześniej.
Fred się marszczy ...
— No, nieee wiem, znielubiałabyś mnie jeszcze ... ja byłem strasznie źle wychowany. Musiałem najpierw spierdolić z dala od ośrodka wychowawczego.
— Żeby odnaleźć siebie? Bardzo mi się podoba to, co odnalazłeś.

Życzę Wu, żeby też kiedyś spierdolił gdzieś, gdzie nie jest tylko nieudanym projektem rodziców. A tymczasem dla mnie kolejny Szerlok, Shoscombe Old Place (1991). Fred pisze tekst i gada ze Stu prawie godzinę, oczywiście temat Wu powraca. Chyba jeszcze jeden Szerlok jest konieczny.

czwartek, 14 maja 2020

149. Dzień, jak co dzień ...

ale pamiętajmy za poetką, że nic dwa razy. Pogodowo było trochę lepiej. Fred pojechał po chleb, gdy wrócił, przed obiadem poszliśmy na spacer. W drodze powrotnej mężu obfotografował czarnego kotka chowającego się w wysokiej trawie.


Wieczorem obejrzeliśmy Skazanego na bluesa (2005). Sam film taki sobie, scenariusz słaby, aktorzy dorośli robią, co mogą, kwestia uzależnienia tak spłaszczona i umajona pierdami, jak tylko się da — romantyzacja w wersji premium ze współuzależnieniem w tle. W połowie Fred porozmawiał telefonicznie z kuzynem z Miasteczka i przerwa krzywdy filmowi nie zrobiła.

Z rzeczy miłych: przypomniałam na blogu Galaktycznym o zbiórce Norberta, która utknęła jak nieszczęścia i nie wiem, kto wpłacił, ale zrobił to z komentarzem "Świechna mnie zmobilizowała, życzę zdrowia". Taka drobna przyjemność wieczorna, która niesamowicie mi ego podłechtała. Późną nocą słuchamy na żywo Mary Bridget Davies, która śpiewa na oficjalnym profilu JanisJoplin.

poniedziałek, 23 marca 2020

97. Muć się za nami grzecznymi.

Nie mam pewności, czy termin egzaminu zostanie utrzymany, ale bez zastanawiania się nad tym przerobiłam sporą część przepisów drogowych. Przed południem gadam z Luś przez kamerkę ponad godzinę, dowiaduję się, jak wygląda praca w e-szkole i jak się ma morale. Do sklepu jedziemy po obiedzie, Fred zastanawia się, czy są jakieś nowe obostrzenia związane z social distancing (Räumliche Distanzierung, kocham ten język). Są lub nie, do sklepu wchodzi tylko on. W Lidlu nie było naszego chleba. Był za to bukiet kwiatów. Bukiety też są potrzebne w tych ciężkich czasach.

Norbert otworzył zbiórkę na pompę insulinową dla siebie, trochę zagadałam co tam u niego. Dorzuciliśmy kilka groszy.

sobota, 11 stycznia 2020

25. Róbta co chceta.

Poszłam późno spać, ale i tak budzę się po siódmej. Fred zaczyna sześciodniowy ciąg pracowniczy, nie mogę mu pomóc poza tuleniem, czekaniem i usmażeniem steka. Oboje nas cholernie bawi opcja osobistych podziękowań od Jurka Owsiaka. Rysiu po porannych chimerach siedzi w oknie i z zainteresowaniem śledzi krople spływające po szybie.
___
edit 23:48 Pół godziny temu kochany napisał, że już do mnie mknie przez pola i łąki. Poczekam. Zajrzałam co-tam-co-tam w sprawie medical card i ponieważ żądali jeszcze jednego papierka (biurokracja po nowym roku ruszyła jak żółw ociężale, lecz pewnie) przy okazji dowiedziałam się, że na revenue jest już zbiorcze podsumowanie podatku za miniony rok zamiast formularzy p60 i p45. That's grand. Nie czytam. O tej porze dnia to byłaby parafilia.