Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szumy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szumy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 15 sierpnia 2024

1702-1703. Do przodu.

Środa
Na obiad z mężem pizza w Il Forno, na deser kawa w Czarnej. Safron napisała do mnie tekst z pytaniem, czy nie chcielibyśmy kotka. Annę zapytała, czy nie miałby ktoś ochoty zaopiekować się Junoną już jutro wieczorem. Na nic nie odpowiadam, no mam lenia, albo może bardziej ogólnie: mam taką dyspozycję psychiczną, że awrio (pewnie wpływ ma na to kiszenie się w przegrzanym biurze). Pogodowo dzień przyjemny, ale pod wieczór aura zaczyna się zmieniać, więc zamiast spaceru zasiadłam z Kochanym do Bez przebaczenie (1992); dopiero teraz obejrzałam, po ponad 30 latach od premiery.

Czwartek
W Centrum byłam przez połowę zmiany, reszta to rozmowy z nieznajomymi w Białym Budynku (niespodzianka: sąsiedzi z lewej się pojawili, na krótko). Przez to, że Bridżet wygadała się, że niedługo odchodzę, co ktoś znajomy wpada, to robi smutne minki i muszę prostować, żeby je zachowali do następnego tygodnia ;). Do wczesnego popołudnia deszcz. Kochany przywiózł mnie do i z pracy, zrobił nam obiad i wyspacerował mnie nad morzem. Rozmawiałam z rodzicami, a wcześniej z Anne, która dokładnie pokazała, co się zmieniło w grafiku u Junony. 

Kolejna skamielina koralowca:

Meduza beczkowata:

Przypływ nadal się zbierał, temperatura przyjemna, ludzie dokonywali ostatnich zanurzeń. Po powrocie do domu odpowiedziałam w końcu Safron, że jednak nie, na razie nie podejmiemy decyzji adopcyjnej. Koteczka na zdjęciach rzeczywiście bardzo fajna, ale nie mam do tego serca. 

Junona zakutana w ręcznik połknęła obrzydliwe kropelki bez problemu, niestety wcześniej zastrajkowała przy pigułce (przekupstwo tuńczykowe przestało działać). 

Szumy w uszach, które pojawiły się na początku sierpnia, bez zmian na lepsze.

sobota, 3 sierpnia 2024

1691. Szumy.

Kult nam gra, gdy rano jemy śniadanie (guacamole zrobiłam i ekspresową sałatkę egg & mayo z selerem, oraz jakieś tam różne pomidorkopapryki krojone, trochę kupnego pasztetu). Pomiędzy rozwieszaniem prania i robieniem sobie kawy z aeropresu wzięliśmy się za malowanie szopki. Ostatnio była malowana w czerwcu zeszłego roku, wtedy Ryszard z Bánem nam pomagali :( 

Kolor szopki już nie sage. Okazało się, że zapowiadany kolor spruce green też nie. Wyszło coś brudnociemnego. A potem Fred zepsuł mi nastrój i resztę popołudnia spędziłam na swoich zajęciach. Zgniła wisienką na torcie okazała się zaraza na jabłonkach, zgorzel albo rak, trudno powiedzieć. Podobno powszechne w tym klimacie, na dodatek na tych akurat gatunkach. Elstar poważnie już choruje, nekroza niezauważenie rozlała się niewiele ponad korzeniem, trzy liszaje znalazłam też na golden delicjuszu, nie wiem, czy to jest to samo. Po przykrościach z narcyzami (postanowiłam poddać się i na jesieni resztę uratowanych cebul wysadzić gdziekolwiek nie zastanawiając się więcej, czy to mój ogród czy nie mój) kolejny spory mishap ogrodniczy. Wiem, że ziemia w naszym zakątku kiepska, poza tym taki mamy klimat, ale niemiło bardzo.

Wieczorem po raz pierwszy obejrzałam zmagania olimpijskich (RTÉ 2). Głównie dlatego, że lekkoatletyka i finał na 100 m kobiet.

Od kilku dni nowe, inne szumy w uszach.

wtorek, 3 sierpnia 2021

595. Wtorek chodzony.

Delektowałam się dzisiaj chodzeniem. Z przystanku do Centrum, z Centrum na siłownię, z siłowni do polskiego sklepu, ze sklepu do przystanku. Nawet dwa razy do mnie machano z samochodów. Gdy zmierzałam do pracy rozpoznała mnie Martaszka (zdziwiłam się, że jest na Wyspie), a gdy po pracy szłam na zakupy, Fred akurat zmierzał na swoją zmianę.

W pracy dobrze, przy okazji też poznałam z rana Sinead, która robi masaże (akurat byłam przefasonowana po marszu z nierównym obciążeniem, a ona bardzo miło się moim przefasonowaniem zainteresowała). 

Nareszcie umówiłam się do fryzjera na czwartek rano (ostatnie godziny z mopem na głowie). Po pracy same miłe rzeczy i odcinek MM, trochę głupiutki, The Fisher King. Trzeba przypilnować gościa od bojlera, bo nie oddzwania, jakoś to zsynchronizować z naszą obecnością w domu. A teraz chill out i kiełbasa z dziczyzną w akompaniamencie ogórka małosolnego. W głowie mi szumi. Bez żartów. Najbardziej przeszkadza mi to wieczoram, bo mózg niezajęty niczym sensownym, zajmuję się tym dziwnym zjawiskiem.

piątek, 9 kwietnia 2021

479. Przynajmniej piątek.

Miałam krótkie szkolenie w Centrum. Fred zrobił w tym czasie zakupy, potem razem pojechaliśmy do Costy po kawę na wynos i wróciliśmy do domu. Pogoda z rana była bardzo chłodna, ale w słońcu zrobiło się nawet przyjemnie.

Pipity się pięknie odbarwiły:

Ryszard tęskni już do prac ogrodowych, tutaj pomiędzy lawendą od Anny i kalią od Katlin:

O matko, jak ja cię kocham!, rzekłam mężowi, gdy podał mi obiad. Kulinarna pocieszka zrobiła mi dobrze (popołudnie było mętne, zatoki bardzo mi dokuczały i ogólnie nie czułam się za rewelacyjnie). Tom Waits dzięki płycie Blue Valentine (1978) wyparł mi w głowie męczący mnie od kilku dni dżingiel Tylko o nas Bukartyka. Podobno to jedyna płyta Waitsa, którą Kris lubił w całości. Na tyle, na ile znam Krisa z opowieści, nie dziwię się, okładka też mu się pewnikiem podobała.

Miłość blondynki (1965) Formana obejrzeliśmy z przerwami — Fred zaczepił naszą znajomą z Belfastu, żeby ją dopytać o wczorajsze rozruchy w mieście. Wieczorem wróciło rozdrażnienie i szum w uszach. Aaa, kotki.