Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkolenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkolenie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 10 września 2021

632-633. Dwa dni z gościnią.

Praca w czwartek wyjątowo relaksowa, Luiza pojawiła się w realu z nogą niekulejącą, w drugiej części miałam czas dokończyć czytanie Mojego roku relaksu i odpoczynku Ottessy Moshfegh (Pauza, 2019). To była szybka, kuriozalna lektura o depresji i lekomanii w Nowym Jorku.

Fred podjechał pod siłownię z Marksistką i we troje udaliśmy się na obiad do Carlingford, w zasadzie rzutem na taśmę (byliśmy tam o czwartej) najedliśmy się do syta pieczonych kartofli, aby potem pójść na spacer po miasteczku, a następnie spełnić marzenie naszej gościni o zobaczeniu Irlandii Północnej. W przeciwieństwie do pogody u nas, już w czasie górskiej drogi do Carlingford zaczęła towarzyszyć nam mgła, która rozsiadła się od Slieve Foy na północ.

Północna ograniczyła się do Newry. Fred zaparkował samochód przy kanale na Merchants Quay. Po spacerze (mniej więcej do maciupkiego parku Michela i z powrotem) nie oparliśmy się wejściu do TK Maxxa. Fred kupił sobie jaskrawe szelki i sprezentował mi granatową koszulę Hilfiger Denim, taliowaną, ze wszech miar zajebistą. Wyszliśmy ze sklepu o zmroku wizualizując sobie różne rzeczy: Marksistka ceramikę dla chomika, Fred parę butów Dolce&Gabbana dla mnie, ja zaś w swojej wyobraźni szłam przez miasto w sztucznym futrze w kolorze zielonkawym w brązowe grochy (Jakke). Marksistka wróciła się po ceramikę.


śmierdzący camembert

Wieczorem w domu zapowiedź tego, co kontynuowałam dzisiaj — nareszcie miałam dostęp do platformy uczelnianej i zostałam przytłoczona nazwiskami potencjalnych promotorów mojej przyszłej pracy dyplomowej. 

Na piątkowe dzień dobry, do kawy i torta truskawkowego zaliczyłam cztery godziny online kursu pierwszej pomocy prowadzonej przez Rose z irlandzkiego Czerwonego Krzyża, co znudziło mnie solennie. 

Marksistka jest taką osoba, która w trakcie zwykłej rozmowy potrafi wypowiedzieć zdanie: Każdy pieróg będzie zachowywał swoją integralność. Po obiedzie (złożonym z pierogów z gęsiną) wyruszyliśmy z nią w podróż po okolicy. Wychodząc z domu myśleliśmy o innym miejscu, ale wyszło Trim:



Miejsce już z Fredem znamy. Tym razem spodobał mi się młody goth, który przybył pod wieżę wyposażony w grubą książkę, czarny kotek na szlaku i osły karmione przez dzieci.

Ponieważ Marksistka chciała też odwiedzić the Hill of Tara, więc ... halsując po prowincji przez przypadek natknęliśmy się na to:

Bective Abbey, niespodziewane miejsce, w którym kręciła się zadziwiająco spora liczba młodych ludzi. Potem już the Hill of Tara:


Gawrony kołują nad swoimi włościami przed zmierzchem, piesek o imieniu Polly łapie mnie ząbkami za palce (z ekscytacji, to dobry piesek), jakaś pani omadla i obębnia kilka leżących na ziemi osób.

Życie jest dobre, gdy się można najeść i jest ciepło, tyle przy lazanii mojej filozofii życiowej (już w domu).

Wieczorem mieliśmy z Marksistką oglądać Tajemnicę Filomeny (2013), ale po kilku minutach wstępu koleżanka poszła nam nad morze, a do mnie zatekstowała Anne, czy mogę wpaść na pogaduchy. Było to wydarzenie niezwykłe. 

Wpadłam (Junona pierwszy raz przyszła się do mnie pogłaskać), zostałam do "po jedenastej", po powrocie zrobił się nam z domu pokój w akademiku i mogłam potrzymać chomika.

piątek, 9 kwietnia 2021

479. Przynajmniej piątek.

Miałam krótkie szkolenie w Centrum. Fred zrobił w tym czasie zakupy, potem razem pojechaliśmy do Costy po kawę na wynos i wróciliśmy do domu. Pogoda z rana była bardzo chłodna, ale w słońcu zrobiło się nawet przyjemnie.

Pipity się pięknie odbarwiły:

Ryszard tęskni już do prac ogrodowych, tutaj pomiędzy lawendą od Anny i kalią od Katlin:

O matko, jak ja cię kocham!, rzekłam mężowi, gdy podał mi obiad. Kulinarna pocieszka zrobiła mi dobrze (popołudnie było mętne, zatoki bardzo mi dokuczały i ogólnie nie czułam się za rewelacyjnie). Tom Waits dzięki płycie Blue Valentine (1978) wyparł mi w głowie męczący mnie od kilku dni dżingiel Tylko o nas Bukartyka. Podobno to jedyna płyta Waitsa, którą Kris lubił w całości. Na tyle, na ile znam Krisa z opowieści, nie dziwię się, okładka też mu się pewnikiem podobała.

Miłość blondynki (1965) Formana obejrzeliśmy z przerwami — Fred zaczepił naszą znajomą z Belfastu, żeby ją dopytać o wczorajsze rozruchy w mieście. Wieczorem wróciło rozdrażnienie i szum w uszach. Aaa, kotki.

wtorek, 2 marca 2021

441. Już marzec?

Trochę mnie zaskoczył :) 

Brałam udział w drugiej części kursu Child Protection, zajęło mi to kawałek popołudnia. W tym czasie na zapleczu nie objętym czujnym okiem kamery Fred zrobił sobie obiad, posłał mi całusa i wyjechał do pracy. Pośród drobnych robótek domowych wygłaskałam kota i obejrzałam kolejny odcinek 1000-lb Sisters, w którym Amy urodziła Gage'a. Nie wiem jaki algorytm zawiódł mnie do wykładu Marka Jacksona dla The Royal Society o społecznym pochodzeniu kryzysu wieku średniego, ale to nim kończę dzień.

wtorek, 23 lutego 2021

434. Małe wydarzenia.

Pierwsza części kursu Child Protection via zoom zrobiona, jedna z uczestniczek, Ciara, jest z mojej wsi. Po kursie przygotowałam na obiad łososia wg nowego przepisu, który wydał mi się smaczny (i taki był), w tle płyta Skubikowskiego. Fred już w mundurze, usposabiący się do wyjazdu, przy zakładaniu butów przeżył déjà vu (tym razem to na prawej stopie skarpeta ma dziurę na pięcie). Małżonek podejrzewał, być może słusznie, że skarpeta z dziurą to para do skarpety z dziurą z poniedziałku. Oprócz tego już wychodząc z domu odkrył, że wczoraj zgubił gdzieś szalik Dentsa (szukając szalika znalazłam pod tapczanem mój kubek ze zwierzętami, jak się tam znalazł pozostaje tajemnicą).

Po wyjeździe Freda do pracy (cały dzień pogoda jest fatalna, deszczowa i wietrzna) zajęłam się czytaniem książki z przerwą na Poirota — ponownie ominęłam kilka odcinków wybierając Tragedię w trzech aktach (2010), świetną rzecz z dwunastego sezonu, której nie pamiętałam. 

Późnym wieczorem połączyłam się z mamą, w domu Niunia zdążyła już nasikać morze do kuwety i obwąchiwała wszystkie kąty bardzo szczęśliwa. Dopiero gdzieś w tym czasie zauważyłam, że chwilowy brak prądu w południe wyłączył mi bojler. Nie umiałam go zresetować, więc po szybkim prysznicu wskoczyłam do łóżka serwując sobie w nim kolację, książkę i programy na yt. Pod kołdrą czytam o rządowych decyzjach dotyczących przedłużenia lockdownu :I Nie jest mi to na rękę, mocniej opatulam się kołdrą.
___
Przepis na rybę w sosie śmietanowo-serowym:
Łososia w kawałkach (4), posolonego, krótko podsmażam na maśle z obydwu stron, następnie odkładam na talerz. Na połososiowe masło wrzucam pomidorki koktajlowe (10) i pół posiekanej cebuli. Gdy cebula się zeszkli dodaję trzy posiekane zabki czosnku, sól i pieprz do smaku. Chwilę podsmażam, następnie dolewam słodkiej śmietanki (250 ml) i dodaję starty ser pecorino (50 g). Gdy śmietanka połączy się z serem, dorzucam dwie garści świeżego szpinaku. Wszystko mieszam i do bulgoczącego sosu ponownie wkładam usmażoną rybę. Na wolnym ogniu ryba w sosie dochodzi jeszcze z 10 minut, z 2-3 krążkami cytryny położonymi na wierzchu.