Jeszcze wczoraj wysiadł nam na dobre czajnik. Chciałam przeprosić się ze starym, trzymanym na wszelki wypadek w szopce, ale kiedy przyszło co do czego, przypomniałam sobie, dlaczego jest tam gdzie jest (trzeba się pozbyć niedziałających gratów). Tak więc żyję bez czajnika. Kochany zawiózł mnie rano do pracy i pojechał w kierunku Cork; przez dwa dni jesteśmy z Ryszardem sami na gospodarstwie.
Dla odmiany przyjemne ciepło (wzięłam kurtkę przeciwdeszczową, potem chodziłam po mieście w lekkiej marynarce). Miejscówka pod Cork (raczej dobre 30 km dalej) wg mężowskiej relacji okazała się zatęchłą norą ze słabym Internetem. Taki dom w którym, gdyby to było Midsomer Murders, niewątpliwie ktoś by zginął (więc cieszę się, że Fred nie jest tam jedynym gościem; mam nadzieję, że mimo wszystko zdoła wypocząć).
Gdy jestem sama, zmieniam dietę na wsiową. Dzisiaj kartoffeln ze zsiadłym mlekiem, jajkami sadzonymi i żółtą fasolką okraszoną masłem. Bardzo zacne. Jedząc te wielkopolskie delicje zerkałam na ostatnie pożegnanie Sinéad w Bray. Nawet gdybyśmy mieli wolny dzień, pewnie patrzylibyśmy na wszystko z góry (nie w tym sensie, tylko w normalnym). Za dużo ludzi. Ciekawe, gdzie (i czy) ją pochowają.
Wybory będą 15 października.
Ciekawy zestaw obiadowy. Bym nie wpadł na podobne połączenie.
OdpowiedzUsuń@Dariusz, najprostszy z możliwych. To, co mniej więcej było w lodówce, albo co przyciągnęło mi wzrok w sklepie :)
UsuńProsty zestaw to ziemniaki i zsiadłe mleko. Mnie już nic więcej by do tego potrzebne nie było.
Usuń@Dariusz, widzę, że dobrze, że nie pisałam rano całej prawdy o śniadaniu :D
UsuńCzasem mam wrażenie, że ten akurat Twój blog jest kulinarny. Lubimy pojeść. 😉😀
OdpowiedzUsuń@MaB, oczywiście, że lubię jeść. Człowiek sporo je w ciągu życia, więc tym lepiej dla mnie :)
Usuń