Poranek ciężki, dobrze, że zaczynałam pracę tuż po południu, mogłam jeszcze chwilę poleżeć, wygrzać się. Kochany jechał na rano, u mnie ostatni autobus przedpołudniowy. Na szczęście pogoda piękna, było bezwietrznie, a w słońcu wręcz gorąco. Rzadko jeżdżę o tej porze, w bonusie miałam miłe towarzystwo lokalnych wirażków, Eugene'a Geja i Gerarda. Trochę snuliśmy o pogodzie i różnych takich randomowych rzeczach (Eugene podzielił się myślą, że wprowadził się tu dwadzieścia kilka lat temu i do miasta wracać nie zamierza), aż temat zszedł na Rysia i do końca już opowiadaliśmy sobie jaki to był wspaniały egzemplarz kota.
W pracy na początku małe zawirowania, jak zwykle, gdy nie informują o zmianach ludzi, którzy nie są stałymi bywalcami; ogólnie raczej bezboleśnie. Wróciłam wcześniej niż Kochany, więc upichciłam strawę. Pod wieczór dokończyłam Przetainę Pilipuka (Fabryka snów, 2022); pół na pół. Coś tam wymyślam na jutro. W tle kompilacja Voo Voo, Nabroiło się (2021). Nogi ciężkie, zmęczenie mnie dopada, kicham, pół obiadu zostawiłam na jutrzejsze śniadanie, może się zje.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.