Dzień ciągnął się niemiłosiernie. Byłam jednocześnie zadowolona, że nie poszłam do pracy i zła, że nie poszłam do pracy. Nos zatkany, kaszlę, nie mogę się jasno wysłowić. A potem coś robiłam, nie wiem co. Usiłowałam oglądać filmik z Lucy Worsley o śmierci Jane Austen — aktywność dość mnie znudziła, zaczęłam czytać przywiezioną z Polski Tortilla Flat Steinbecka — fabuła mnie irytowała (dzisiaj słabo toleruję ironię, szczególnie taką, którą wszyscy inni wydają się nie za bardzo łapać, mam pretensje i do autora i do świata). Czyli deficyty uwagi indukowane przeziębieniem. Kochany wrócił z pracy, zjedliśmy ziemniary z jajkami sadzonymi i buraczkami z polskiego sklepu (mój Anioł nie wiedział, które będę dobre, więc kupił dwa różne słoiki buraczków). Wieczorem trochę radochy za sprawą Krakusów, którzy zadzwonili, gdyż Starsza Latorośl miała marzenie butowe. Marzenie butowe zostało spełnione. Przy okazji poruszony został temat grudniowego koncertu w grodzie Kraka. Ach, ach, pora spać, ale spanie też nie wydaje się atrakcyjne, jakież cienszkie życieeee.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.