Zaczęłam poniedziałek pracowniczy od wylania kawy na spodnie. Potem mogło być już tylko lepiej :) (przez cały dzień miałam na naszym oddziale psychiatrycznym Teresę, nawet wyniknęła z tego jakaś scysja, ale ogólnie dla mnie dobrze, głowa spokojniejsza). Kochany wpadł przed czwartą, więc koleżanka z pracy poznała mojego męża.
Wcześniej Fred pojechał do mechanika w El Paso, podrasował Babcię, a skoro był już tak daleko, przejechał przez granicę, żeby zrobić zakupy dla koteczek. Mnóstwo smakołyków przywiózł :) I sprawdził prognozę pogody, więc gdy dojechaliśmy na wieś, najpierw poszliśmy z kotami na spacer. Prognoza była w punkt: niedługo po tym, gdy wróciliśmy do domu, rozpadało się na dobre i siąpiło cały wieczór.
Rozmawiamy z Fredem o przyszłych cudach: catio (jeszcze nie wiadomo, czy w tym domu czy w jakimkolwiek innym), męża starym projekcie w nowej obsadzie (nie mogę dojść do ładu blogowo-archiwizacyjnego, to chyba projekt nr 2, robiony razem z pewną wigilią), a nawet zamarzyło się nam przeniesienie łóżka z sypialni do Kuchniosalonu, żeby zrobić kotom plac zabaw. Pomysły szalone, zobaczymy co z nich zostanie.
Po obiedzie (ryba, ryż, buraczki czerwone z jabłkiem) i deserze (znowu kupiliśmy ciastka w Termon, mamy cynk, że świeże wypieki są w środę i sobotę) skok glukozy i laba totalna. Kochany zadzwonił do Krakusa, żeby jeszcze raz pogratulować, a tu zrobiło się inaczej: Młodsza Latorośl po wczorajszym sukcesie miała dzisiaj wypadek i jest w szpitalu. Trzymamy kciuki, żeby to była taka tam ... ostrożność, a nie coś poważnego.
Kto to widział, żeby po ósmej siedzieć pod kołdrą ...













