Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krakusy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krakusy. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 maja 2026

2344. Courage!

Zaczęłam poniedziałek pracowniczy od wylania kawy na spodnie. Potem mogło być już tylko lepiej :) (przez cały dzień miałam na naszym oddziale psychiatrycznym Teresę, nawet wyniknęła z tego jakaś scysja, ale ogólnie dla mnie dobrze, głowa spokojniejsza). Kochany wpadł przed czwartą, więc koleżanka z pracy poznała mojego męża.

Wcześniej Fred pojechał do mechanika w El Paso, podrasował Babcię, a skoro był już tak daleko, przejechał przez granicę, żeby zrobić zakupy dla koteczek. Mnóstwo smakołyków przywiózł :) I sprawdził prognozę pogody, więc gdy dojechaliśmy na wieś, najpierw poszliśmy z kotami na spacer. Prognoza była w punkt: niedługo po tym, gdy wróciliśmy do domu, rozpadało się na dobre i siąpiło cały wieczór.

Rozmawiamy z Fredem o przyszłych cudach: catio (jeszcze nie wiadomo, czy w tym domu czy w jakimkolwiek innym), męża starym projekcie w nowej obsadzie (nie mogę dojść do ładu blogowo-archiwizacyjnego, to chyba projekt nr 2, robiony razem z pewną wigilią), a nawet zamarzyło się nam przeniesienie łóżka z sypialni do Kuchniosalonu, żeby zrobić kotom plac zabaw. Pomysły szalone, zobaczymy co z nich zostanie.

Po obiedzie (ryba, ryż, buraczki czerwone z jabłkiem) i deserze (znowu kupiliśmy ciastka w Termon, mamy cynk, że świeże wypieki są w środę i sobotę) skok glukozy i laba totalna. Kochany zadzwonił do Krakusa, żeby jeszcze raz pogratulować, a tu zrobiło się inaczej: Młodsza Latorośl po wczorajszym sukcesie miała dzisiaj wypadek i jest w szpitalu. Trzymamy kciuki, żeby to była taka tam ... ostrożność, a nie coś poważnego.

Kto to widział, żeby po ósmej siedzieć pod kołdrą ...

niedziela, 17 maja 2026

2342-2343. Oświecenia.

W sobotę spałam długo, wytoczyłam się z sypialni po dziewiątej (Kochany w pracy). Gdy weszłam do Kuchniosalonu, Bronia akurat bawiła się starym zdjęciem z Fredowego dziecięctwa (jedną gumową rękawicę używaną do zmywania naczyń też już przegryzła). Ha! Koty jakiś czas temu zabrudziły pokrywę od pudła w którym trzymamy zdjęcia, stąd wzięła się nowa zabawka Broniowa (Fred umieścił pudło bez pokrywy wysoko pod sufitem, ale Bronia jest za cwana na takie proste wybiegi). Rano mąż wrzucił materiałową pokrywę do pralki; wyciągnęłam z pralki szmatkę, w środku zostały kawałki tektury, która w owej szmatce wcześniej przebywała. Pokrywa do śmieci, pralka do czyszczenia. 

Ostatnio Kochany zajął się robieniem domowego cold brew. Przy próbie nastawienia kolejnej porcji napoju odkryłam, że dzbanek filtrujący zarósł nam glonami i z niektórych szczelin nijak da się to to usunąć. Oświeciło mnie, że powinnam trzymać filtrowaną wodę w lodówce, a nie na blacie kuchennym, gdzie słońce i temperatura robią swoje. Czyż człowiek nie uczy się całe życie? Czyż rzeczy oczywiste nie chowają się czasem w bardzo oddalonych zakamarkach umysłu? Mamy nowy dzbanek z filtrem, jest przechowywany tam, gdzie od początku powinien.

Po powrocie męża i obiedzie wyszliśmy z koteczkami na dwór, zajrzałam do Anne. Miło, ale przez większość dnia miałam poczucie, że nie odpoczywam tak głęboko, jakbym sobie życzyła, teraz myślę, że to z powodu mężowskiej pracy — razem jest lepiej.

W niedzielę przed południem przeczytałam do końca Myśliwskiego Traktat o łuskaniu fasoli (Znak, 2022). Zaraz dorzuciłam do listy książek napoczętych Mykwę Rudzkiej, bo mam nierówno.

Anne zamówiła nowy kabel do kamery w Kuchniosalonie w piątek wieczorem, dostawa nastąpiła dzisiaj po południu. Poszłam do sąsiadki, żeby oddać jej pieniądze i przy okazji znowu zostałam oświecona: w aplikacji mojego banku mam możliwość zippay. Dałam Anne gotówkę, ona błyskawicznie wydała mi resztę na konto. Bardzo miłe udogodnienie.

Jeszcze zanim Kochany pojawił się w domu, zerkałam na turniej gimnastyki artystycznej live ... wiadomo, kibicujemy Młodszej Latorośli. I bardzo słusznie. Obejrzeliśmy też przyznanie medali, a Fred wysłał dumnemu rodzicowi gratulacje. 

Zieeeew. I znowu wieczór. Niedziela deszczowa, więc koty niepocieszone. Nie chce mi się nic poza czytaniem. Na weekend przyniosłam z biura trochę papierów, ale od razu wiedziałam buahahaha, że nic z tego, będę je ignorowała a jutro nietknięte zapakuję w drogę powrotną. Do końca czerwca trzeba przegibać w obecnym trybie pracy. Courage!

sobota, 11 kwietnia 2026

2307. Wiatr ...

... wrócił nad ranem. Zjedliśmy śniadanie na bogato, Kochany wypił jeszcze jedną kawę, i wyjechaliśmy do El Paso na kolejną (dla mnie pierwszą).


Po kawiarni, zwyczajowo, spacer do księgarni. Akurat gdy byliśmy w środku, do Freda oddzwoniła Krakuska (mąż wcześniej próbował się z nią skontaktować na okoliczność jej urodzin). Ucięliśmy sobie pogawędkę, pod księgarnią, na spacerze wzdłuż Clanbrassil St, w samochodzie zmierzającym z jednego parkingu do drugiego — przemieszczanie się jak widać nam nie przeszkadzało, trajlowania było z 40 minut.

Ka wrócił już z Polski, odespał przygody, i odezwał się, żeby zaprosić nas na obiad niedzielny do restauranta. Po raz drugi zadzwonił, żeby porozmawiać o ostatnich protestach właścicieli firm transportowych i farmerów, którzy chcą gwiazdki z nieba. Jechaliśmy dzisiaj opłotkami, więc blokad na autostradach nie zauważyliśmy.

Reszta dnia przebimbana dokumentnie, obiad, audiobook, Kochany rozłożył się z pastowaniem butów. Dosłuchałam do końca Panią Dalloway Woolf (Błysk, 2024). Na tapet wjeżdżają Myśliwski w papierze i ebook Cusk z biblioteki.

czwartek, 3 lipca 2025

2025. Strach ...

... miał oczy nieadekwatnie wielkie, kontrola w pracy przeszła błyskawicznie i bezboleśnie (dzięki, Liz). Zaczęłam czytać Kapuścińskiego Zegar piaskowy.

Kochany chciał zawieźć Ka prezent urodzinowy, ale najpierw nie wziął go do miasta, więc musieliśmy jechać przez wieś, a potem nie wziął ponownie (wypakował zakupy, pokazał mi nowego kwiatka w doniczce, jednak wody toaletowej nie spakował). Czyli podjechaliśmy do El Paso tylko na naleśniki, które nagle postanowiono zaserwować po hamerykańsku, żeby było na bogato (lubię jak pancakesy są na talerzu rozłożone, a dostałam stosik, jak na obrazkach z Internetu — taki mój problem pierwszego świata).

Wracaliśmy do domu opłotkami, przez Blackrock, i niebieską plażę na której zrobiliśmy krótki postój. Nieco wietrznie, ale not too bad. W czasie spaceru szukałam kamieni i nawet kilka wzięłam ze sobą do domu.


Po powrocie szybko uderzyłam w kimono. Gdy się obudziłam, zadzwoniłam do Kochanego. Mąż odebrał w Kuchniosalonie telefon z sypialni i ustaliliśmy, co będzie na obiad :E Wątróbka jagnięca z pieczywem. Przy preparowaniu wątróbki Fred konwersował z Krakuską (wiadomo dlaczego, koty przecież trzeba pokazać); po przywitaniu się, wycofałam odwłok do sypialni i zadzwoniłam do mamy zapytać, jak tam im się żyje. Otóż żyje się im tak, że gorąc straszny i mama się rozpływa. Ale też żyje im się tak, że mają światłowód podłączony i ekran tv jest teraz wielki jak boisko. Na tym boisku zaś w technikolorze płonął dach. Pożegnałam się dość szybko, bo rodzice zafascynowani pożarem, a ja wątróbką, ale zaczęłam zgłębiać treści podczas posiłku, ponieważ w marcu'23 podziwialiśmy okolicę z balkonu w Ząbkach. Kochany poruszony wiadomością sprawdził dokładny adres przyjaciela; szczęście w tym nieszczęściu jest takie, że płonie blok obok (co w tragedii mieszkańców bloku po sąsiedzku niczego nie zmienia).

Od dzisiaj Mleczaki mają wykupiony własny plan u weterynarza (Bronka znowu próbowała swoich sił twórczych w miejscu na IBAN wpisując łapulkami gwiazdki i literki). Ależ te bobki są fajne. Nie wiem czy dopiero teraz odkryły, że można sobie w drapaku na piętrze siedzieć razem, ale, gdy zrobiło się cicho po kolacji i zajrzałam do norki, ze skryty gapiły się na mnie dwie pary oczu.

wtorek, 19 listopada 2024

1799. Wtorek hiperczytelniczy.

Pierwszy raz spieniłam mleko do kawy prasą francuską, bardzo mnie rozbawił ten mój nagły koncept (widać, że w takim razie espresso musi być znacznie mocniejsze; poza tym cappuccino domowe wyszło mi super). Na zewnątrz chwilami siąpił deszcz pół na pół z gradem, podrzuciłam więc trochę karmy dla ptaków (nie dokarmiamy codziennie, żeby zanadto nie rozpuszczać, bo trzeba przyznać, że mamy do tego naturalną skłonność; gdy wyszłam opatulona szalem, w kurtce i czapie, na kominie domu natychmiast przysiadła wrona i czujnie obserwowała, czy będą kulki "dla wron", oczywiście były). Potem próbowałam zrobić fruwaczom zdjęcie przez brudne okno, ale większość z nich jest nadal ostrożna (podrywają się do lotu, unikają dobrych ujęć). Poza szpakami, wróblami, wronami przylatują sierpówki, wśród wróbli wypatrzyłam ziębę.

Kochany zrobił mi niespodziankę i wrócił z pracy godzinę wcześniej niż się spodziewałam, wtoczył się przez drzwi razem z białą gapą oświadczając, że szczyty gór Mourne przykrył śnieg. Ha! Mleko tymczasem znowu brudny, wszedł do kuchni z większą pewnością, ale zaraz chciał wychodzić. Pod wieczór małżonek przedzwonił do Krakuski, żeby się jej przyznać, że butów nadal nie wysłał, a nawet zgubił adres. Rozmowa trwała tak długo, że po zamknięciu się w sypialni zdążyłam przeczytać ostatnie 70 stron Rodziny Połanieckich (e-book wolnelektury.pl), po czym wyszłam, oświadczyłam, że koniec i chwilę rozmawiałam z Krakuską (oraz obecną w okienku SL), że w sumie nie lubimy Sienkiewicza. Całego czytania było dzisiaj ponad czterysta stron, jakąś taką miałam melodię.

Miałam wieczorem smażyć naleśniki, gdyż mleko już dziś konkretnie wychodzi z mody. Ale z tego wszystkiego, co się nazywa literatura, zapomniałam i próba naleśnikowa będzie jutro, na przeterminowanym mleku. Żyję na krawędzi :E

niedziela, 20 października 2024

1769. Ashley.

Sztorm przyszedł tuż przed drugą w nocy, połamał mi chryzantemy, potem przez pół dnia udawał, że go nie ma i wrócił o trzeciej po południu. Do tego większość dnia zapchany był odpływ w kuchni, Kochany udrożnił go po powrocie z pracy. Nadal wściekle wieje, prąd jako tako mamy, światło przygasło tylko na chwilę. Za ścianą w ogrodzie sąsiada rozpacza jego pies, pewnie ze strachu przed zjawiskiem

Mam jakieś materiały na jutro, więc pozwalam sobie na kontynuację mentalnego i emocjonalnego lenistwa. Dokończyłam tylko oglądanie The Black Tower z Artem Malikiem, binge-watching trzech odcinków, oraz chwilę czytałam Borę Chung.
___
edit 20:05 wjechała czarna herbata z cukrem i cytryną, rzadko pijam, więc mam z tego dużo frajdy. Jeszcze nic robienie, słuchanie buszującego wiatru, siedzenie niedaleko Freda, który relaksuje się po pracowitym dniu.
___
edit 22:00 na deser rozmowa z Krakusami, którzy chcieli Fredowi zwrócić pieniądze, a przy okazji jeszcze czatowaliśmy sobie o tym i owym, planach, górach i historiach. Wcześniej rozmawialiśmy z Kochanym o ewentualnej podróży w okolicach świąt; wylot w kierunku stolicy małopolski byłby ciekawym rozwiązaniem logistycznym, tylko na razie bilety są zbyt drogie, żeby na poważnie ekscytować się tą myślą. Sprawdziłam kiedy kupowałam bilety w ostatnich dwóch latach, jest jeszcze czas na przemyślenia i podejmowanie ostatecznych decyzji.

czwartek, 17 października 2024

1766. Kupa.

Dzień ciągnął się niemiłosiernie. Byłam jednocześnie zadowolona, że nie poszłam do pracy i zła, że nie poszłam do pracy. Nos zatkany, kaszlę, nie mogę się jasno wysłowić. A potem coś robiłam, nie wiem co. Usiłowałam oglądać filmik z Lucy Worsley o śmierci Jane Austen — aktywność dość mnie znudziła, zaczęłam czytać przywiezioną z Polski Tortilla Flat Steinbecka — fabuła mnie irytowała (dzisiaj słabo toleruję ironię, szczególnie taką, którą wszyscy inni wydają się nie za bardzo łapać, mam pretensje i do autora i do świata). Czyli deficyty uwagi indukowane przeziębieniem. Kochany wrócił z pracy, zjedliśmy ziemniary z jajkami sadzonymi i buraczkami z polskiego sklepu (mój Anioł nie wiedział, które będę dobre, więc kupił dwa różne słoiki buraczków). Wieczorem trochę radochy za sprawą Krakusów, którzy zadzwonili, gdyż Starsza Latorośl miała marzenie butowe. Marzenie butowe zostało spełnione. Przy okazji poruszony został temat grudniowego koncertu w grodzie Kraka. Ach, ach, pora spać, ale spanie też nie wydaje się atrakcyjne, jakież cienszkie życieeee.

niedziela, 30 czerwca 2024

1657. Rozgrzewka.

Wstałam o siódmej, Kochany leżakował dłużej (ale też wcześniej położyłam się spać, padłam na twarz tuż po północy). Coś tam sprawdzałam, bardzo wolno, a Fred pisał swoje pisadełko. Obiad zrobiłam dziwny, wyszedł wege (ryż, kupne hamburgery z kalafiora, trochę falafela i brokuł z sosem jogurtowym), a po nim telefon do tatki (w lesie burza), spacer nad morze i powrót przed szóstą. Na plaży Kochany zadzwonił do Krakusów i pokazał im nasze krajobrazy, a ja znowu zjadłam snickersa (bo ostatnio, w piątek, to był snickers, nie mars; błąd rzeczowy poważny, gdyż marsów nie lubię) i znalazłam kolejną skamielinę, być może koralowca, tym razem drobnego:

Zdjęć w czerwcu zrobiłam całe multum, wybrać 16 z nich sensownie to niepodobność. Ponieważ gór trochę na blogu było, do szesnastki wpadają raczej inne, niemniej (nie)ważne.


Małżonek żegna się ze starą pracą na raty.
Poszedł już spać, bo musi zerwać się przed świtem.
Jeszcze poślęczę nad cudzą głupotą.

czwartek, 11 kwietnia 2024

1577. Kiedy przestanie padać? To nudne.

Deszczowy, wiosenny dzień. Całkiem sporo chodziłam dzisiaj za "rzeczami". Rozmawiałam też z Gronją, przedstawiłam jej sytuację, kiedy ewentualnie mogę być wolna. Kochany woził mnie w obydwie strony do pracy (popołudniem przyjechał do miasta w swoim nowym kaszkiecie Ralpha Laurena; wczoraj kupił sobie także nowy płaszcz Bakera w drobną kratę).

Zakwitło trochę Little Princess i jeden zabiedzony Golden Bell. Oraz Jeden Pipit! Chwalić Zeusa! Nadal jest za mokro i zazwyczaj zbyt wietrznie dla tych maluchów.

W czasie "robienia się" obiadu Fred zadzwonił do Krakuski z życzeniami, więc się podłączyłam; dyskusja trwała długo (przez cały obiad), nie potrafię wskazać jednej wiodącej tematyki wypowiedzi, ale było dużo śmiechu. Wieczorem zamiast filmu obejrzeliśmy z Kochanym Mietczyńskiego analizę 6 dni Strusia. Wyborne, zaiste. Czytanka. Jutro św. spokój.

niedziela, 31 grudnia 2023

1476. 31122023.

Wstałam po siódmej. Pada. W szlafroku zaplątał się mały pająk, chodziłam tak z nim z godzinę, aż zauważyłam panikarza. Kochany jeszcze w łóżku, zaraz go zapytam, czy chce kaffki :)
___
edit 12:00 zrobiłam całkiem fajne śniadanie (guacamole zniknęło zadziwiająco szybko), ryjki otarte; Perlisty zadzwonił, więc trwa ostatnia w tym roku rozmowa z przyjacielem, który twierdzi, że ma plan przyjechania do nas za kilka miesięcy, żeby nam tutaj zamieszać (i dobrze) oraz mję o czytniku opowiada, co to go ma (kindla) i że lubi Zbrodnię i karę. Cuszzz. Coś czuję, że jedziemy na kaffkę.
___
edit 15:50 Wyjechaliśmy do Aury (której może nie było w pracy, a może chowała się w kuchni) i wypiliśmy ostatnią kawę na wyjeździe w tym roku. W drodze rozmawialiśmy o różnych rzeczach, np. gdzie moglibyśmy mieszkać. Okazuje się, że Niemcy zachodnie byłyby dobrym miejscem dla nas obojga, albo ewentualnie Berlin, Szwecja, południe Francji blisko Alp, Madryt. I o Rysiu też wspomnienia się pojawiły, bo cały czas siedzi nam to na sercu i wątrobie (mam nadzieję, że jego zabójcę już pokarało). Po kawie poszliśmy do Tesco, wg planów po mleko na naleśniki i ser halloumi, w wykonaniu trochę więcej tego dobra się nam naniosło, ale wszystko to w zbożnym celu noworocznej konsumpcji. Pogoda zmienna, grudzień-plecień, deszcz i słońce, góry Mourne skryte pod grubą kołdrą chmuromgły. Jesteśmy już w domu. Kochany dodzwonił się do Krakusów i rozmawia z Krakuską na tematy takie, jak młodzieży chowanie i nowe rządy oświatowe (Krakuska jest zdania, że po czarnkach i nowaczkach już tylko słońce, bo trudno jest bardziej wszystko zaorać). Nowy rok, musi być lepiej, ramen. A ja robię kolażyk grudniowy, o:

___
edit 21:50 Po późnym obiedzie pojadając słodycze zrobiliśmy sobie seans całkiem świeżego filmu, Przesilenia zimowego (2023) z Paulem Giamatti.
___
edit 23:25 Jestem po prysznicu, nowy rok może przychodzić ;) O jedenastej zadzwoniłam do rodziców, wznieśliśmy toast, my herbatami, rodzice Jägermeisterem (to kto tu jest emerytem?). 
___
edit 00:13 Przed północą zadzwoniła do nas świekra z życzeniami. Włączyłam koncert NYE Dublin z zamku, żeby mieć orient, kiedy przychodzi nowy rok. Tak więc przywitaliśmy go z zespołem Picture This, herbatami i w towarzystwie moich rodziców obecnych na whatsappie. Happy New Year :)

sobota, 15 lipca 2023

1307. Inaczej zwiariuję.

Wpis z dnia wczorajszego opublikowałam dopiero dzisiaj rano (przed północą byłam zbyt zmęczona, żeby zajmować się sortowaniem wydarzeń).

Jakiś czas po południu Fred oświadczył, że musi coś zrobić, bo inaczej zwariuje. Więc zrobił nam obojgu po zupie z Lidla, następnie wpakowaliśmy się do samochodu i pojechaliśmy gdziekolwiek. Gdziekolwiek było w okolicach Drołdy. Najpierw chodziliśmy po znajomym parku zanurzonym w szarej pogodzie. 




Spotkaliśmy na swojej drodze kilka par, pod jabłoniami leżały pierwsza opadłe jabłka, Generał nie zwracał na nas uwagi, tak był zajęty popołudniową toaletą.

Byliśmy też na kawie u Aury, w TK Maxxie (Fred kupił bluzkę dla mojej mamy) i w Tesco (teoretycznie po kocie żarcie, ale dvd z filmem 1917 też się jakoś znalazło w torbie). Po powrocie do domu było picie herbat oraz telefon do Krakusów z okazji urodzinowej (przyjaciele mieli "rodos" na balkonie wieżowca; ich Młodsza Latorośl ponownie złamała rękę niedawno złamaną). Wertuję statystykę od przodu do tyłu, od czasu do czasu wertuję też dokumenty z okolic Tarnogrodu (mądrala by powiedział, że robię kwerendę), jem obiad zrobiony przez Freda, przytulam Freda, piję herbatę z cytryną. Czekam na godzinę 22:18, żeby potwierdzić, że o tej porze włącza się tuner, zupełnie nieproszony (zauważyłam to jakiś czas temu, problemu na razie nie rozwiązałam; jutro wyłączę laptopa przed godziną 0 i zobaczę, czy o tej samej porze tuner nadal odpala; na razie nie mam innego pomysłu, bo też i za dużo o tym nie myślałam). 

czwartek, 29 czerwca 2023

1291. Zwykłe rzeczy.

Mam wrażenie, że nie obudziłam się aż do dziewiątej, chociaż wiem z całą pewnością, że wcześniej  w kawiarni popijałam macchiato czytając artykuł o tym, jak mógłby wyglądać pan Darcy, gdyby był realną postacią z epoki. W pracy regularnie, pokręciłam się tu i tam, nie wydarzyło się nic niezwykłego; ogólnie panuje radosna atmosfera związana z kończeniem pewnego etapu; najpierw będzie konfetti, potem papierologia i spowolnienie (Luiza śmieje się wszystkimi zębami, bo za kilka miesięcy wyjeżdża do Somerset i nie wraca). Kochany w domu o siódmej. Na obiad rzeczywiście gulasz (z zamrażarki), do tego placki ziemniaczane i ogórki małosolne (przyniesione z polskiego sklepu), wszystko to zjedzone pod wywiad z Davidem Byrnem. Potem do Freda zadzwoniła Krakuska (z okazji imienin, z córką i mężem w tle). Doszło do okazywania koszulek (w koty) i spodni (moich, w jeże) oraz do skrótowej wymiany njusów o świecie. Piękni ludzie. Nie wiedziałam, że Fred miał imieniny, on też nie wiedział, ale to nic nie szkodzi. W temacie pisanek nadal umysłowy zator, spowodowany także tym, że spora część została już napisana i nie mogę się przemóc, żeby otworzyć pliki. Tak czasami mam, że chcę uciec od wszystkiego, zmienić temat, zacząć zajmować się czymś zupełnie innym, nie podlegającym ocenie, nie dającym nikomu żadnych korzyści.

niedziela, 4 czerwca 2023

1266. Letnia transformacja.

Rajtki w trupki, na stopy sandały Martensa, które dostałam od Freda w zeszłym roku na prawie-imieniny, i o poranku, na jednej kromce chleba z bananem, można ruszyć na lans zakupowy, gdyż nam lodówka świeciła pustkami (ponieważ Ryszard zgłaszał potrzebę spaceru, przed startem jeszcze dziesięć minut rodzinnego łazęgowania). Kochany nie pozostał dłużny zakładając swoje ogrodniczki w paski. No i tak, w południe wszelkie dobra spożywcze zostały zwiezione do domu (byliśmy jeszcze na kawie w retailu, ale to wiadomo).

Ze smutnych nowin: w czasie popijania kawy doszła do nas informacja, że zmarł Mallen, jeden z białych kotów Anne. Ostatnio rozmawialiśmy z Fredem, że coś ani jednego jej kota nie widzimy i to jest niepokojące. Mallen miał lat 15 i zapewne niezłe życie. Po powrocie zaprosiłam Anne do naszego ogródka na czat, ale nie byłam zaskoczona, że potrzebowała się najpierw wypłakać w ciszy swojej sypialni (na parterze zastałam tylko płaczącego Majkela). 

Obiad był bardzo dobry (dorsz pieczony, Fredowa sałatka grecka, na deser sałatka owocowa zjedzona w ogródku).

Fred dostał relację fotograficzną Kaś Matki Kotom z marszu w Warszawie. Poza tym, nayerbany rozmawiał przez telefon z Krakusem (Młodsza Latorośli złamała sobie rękę, pokazała nam z dumą gips). Z innych spraw kocich: pokój zawarty z Bánem skutkował tym, że dzisiaj biały sąsiad złowił coś w naszym ogródku. Fred twierdził, że to było większe od myszy, mniejsze od szczura, Krakus wkręcony w opowieść sugerował ryjówkę. 

Chwilę podłubałam w pracy mgr i na siódmą wyszliśmy nad morze. Nadal ciepło, więc było wodowanie stóp, a jakże.







Plaża akurat pustoszała, ale widać, że wieś zamieniła się w letni kurort. Jeśli kiedykolwiek zastanawiałam jak to jest mieszkać w takim miejscu, gdy inni dojeżdżając do niego kilometrami stoją w korkach, albo walczą o miejsce parkingowe, to teraz już wiem. Wspaniałe uczucie. Wieczorem upiekłam kilka naleśników do dżemu truskawkowego. Gdyby nie powracający niepokój o wiadome sprawy uczelniane, byłoby jak w raju. 

poniedziałek, 11 kwietnia 2022

846. Jetlag szmetlag.

Zapisz anbloker, zapodaje Fred. 
Przy tworzeniu listy zakupów w mojej głowie wyświetliło się słowo na "a". Nie znam.
Jak to się pisze?, nie rezygnuję, dociekam.
Unblocker.
Potem wykremowałam sobie dłonie kremem do stóp. Yup. Ale nie będę się już pławiła w smutku powrotów z dziwnych wakacji, zamiast tego myślę o długim weekendzie przed nami. W następny poniedziałek jest bank holiday, wcześniej w piątek u mnie też nie pracujemy, pogoda ma się w ciągu tego tygodnia stopniowo poprawiać, czyli są widoki na spacer z chłopakomężem.

Na lunch zjadłam kawałek samodzielnie zrobionej, tymi rączkami leniwymi, pavlovej. Przez godzinę tłumaczyłam Luizie jak założyć bloga na wordpressie, męka pańska, ale nie pękłam, dumnam z siebie. Męża spotkałam ponownie po pracy, w polskim sklepie, gdy stał przy kasie i młoda sprzedawczyni zaintonowała mi od wejścia już po zakupach! Czy my naprawdę aż tak się rzucamy w oczy w tym mieście? Fred zaciągnął mnie do sklepu odzieżowego, bo wypatrzył obniżkę super kurtki w kfiatki dla mnie, dzięki czemu to ja kupiłam mu coś fantastycznego — czarną koszulę w kremowe róże Dolce&Gabbany, miodzio, luksus, elgiebete na urodziny. Zaszliśmy na pizzę do Borzalino, przemiły czas posturodzinowy się zrobił, jedzenie dobre, obsługa rodzinna, muzyka szura w tle. Po powrocie od razu zapukałam do Anne, mały prezent dla niej woził się z nami od soboty (Majkel leżał akurat pod kotem, życzenia zaległe mu złożyłam, bo rodził się dzień po Fredzie). Była też pogadanka urodzinowa z Krakuską, dłuższa wymiana nie zawsze wesołych aktualizacji na messengerze (ktoś umarł, ktoś ma raka, ktoś dogorywa z przepicia), wydarzenia bardzo ją rozjechały, pomimo to ma dla nas uśmiech. Anne zapukała do drzwi z dwiema wygranymi przez Majkela zupami — są z kurczakiem, a oni wegetarianie, nie ma powodu, żeby śmierć kurczaka poszła na marne, więc mamy od sąsiadów zupy kryzysowe, może choć raz będzie u nas obiad dwudaniowy. W ciągu dnia poczucie bezustannego spóźnienia minęło, jestem u siebie, cieszę się.

poniedziałek, 12 kwietnia 2021

481-482. Kryzys.

W niedzielę w sprawie konta bankowego dowiedziałam się tylko tyle, że nikt mi się na nie nie włamał. Dwa płukania zatok. Prowadziłam samochód spod Drołdy do domu i zjechałam nieco z drogi. Strasznie mnie to rozwaliło emocjonalnie. Świeży chleb z bananem na późną kolację trochę pomógł mi w smutkach.

W poniedziałek obudziłam się z muzyką Barry'ego do Tańczącego z Wilkami w głowie. Skąd ona tam, nie wiem. Pełna rezygnacji jeszcze przed śniadaniem połączyłam się z moim dostawcą telefonicznym (nie, nie mogą rozwiązać mojego problemu). Od jedenastej było milej. Właśnie, gdy kliknęłam na link zoom, do drzwi zapukał Majk z dostawą cieplutkich sconesów od Katlin. Katrina nakreśliła mi obraz tego, co dobrze byłoby zrobić, z sugestią, że możliwe jest sfinansowanie przez nich studiów, jeśli zdecyduję się kontynuować te rozgrzebane w polskim systemie. W międzyczasie Fred wrócił niespodziewanie wcześnie z pracy (wyjechał z domu na piątą rano) i za kamerą pomachał mi torbą z pączkami. Poszedł spać, a ja po rozmowach telefonicznych/wideo z kolejnymi trzema osobami z Obsługi Zdesperowanego Klienta w końcu zalogowałam się do banku.

Oglądałam jakże zajebistą Bernadette Banner rozprawiającą o kieszeniach i równie zajebistą Rachel Maksy robiącą sobie XIX-wieczne fryzury. Chyba jednak nie kryzys, trzeba spiąć poślady i podjąć decyzje. 

Wieczorem dołączyłam do długiej Freda rozmowy z Krakusami (urodziny Krakuski). Optymistyczny jest taki koniec dnia.

środa, 31 marca 2021

470. Nie planuję.

Zdecydowałam się w końcu na kurs ESKK tego języka do którego mam najmniej materiałów w domu. Uczę się tylko dla siebie, więc nie czuję presji poza własnymi ambicjami.

Pipity rozkwitły około soboty i nadal czekam z drżeniem serca na ich bielenie:

Rozmawialiśmy przez kamerkę z Krakusami, o pandemii, warunkach życia itd. Fajnie byłoby się z nimi spotkać, gdy już przylecimy do kraju, choć to trochę z boku naszego miejsca docelowego. Po rozmowie Fred miał postrzyżyny swoich loków. A w czasie obiadu zadzwonił mi polski telefon.

Dzień dobry, nazywam się Taki I Taki, dzwonię z programu eko-gmina ... stru tu tu tu, miesiąc temu przesłaliśmy Państwu ...
Przepraszam ... przepraszam .... przepraszam, udaje mi się w końcu przerwać słowotok, przepraszam, nie mieszkam w Polsce.
A kiedy planuje Pani powrót?
Nie planuję.
O.

Niunia była na kontroli u onkologa. Jest w porządku, następna wizyta za miesiąc. Złapałam rodziców akurat w drodze do domu, więc przy okazji zobaczyłam Malinkę, jedną z Dziewczynek, która ma coraz dłuższe białe wąsy. Tam gorąco, u nas też piękny wieczór, wracamy z Lidla, dolinki we mgle, góry dryfują nad horyzontem. Jem pierwsze truskawki w tym roku, nic to, że hiszpańskie. A potem Nietykalni (1987) z Costnerem i Connerym, oraz z kotem na kolanach.

Sean Connery nie żyje, teraz sobie uświadomiłam. I dlaczego? Przecież to był młody człowiek!

sobota, 11 kwietnia 2020

116. Małe radości.

Z rana, jeszcze kiedy piłam wodę z cytryną i oglądałam vlogi na yt, przypomniało mi się, że nie rozliczyłam się w Polsce z podatku, ale postanawiłam odłożyć grzebanie się w tych sprawach do poniedziałku. Sobota jak marzenie, pogoda taka jaką znam z Dolnego Śląska, po śniadaniu wypuściliśmy się do Drołdy na zakupy, pierwszy raz w tym roku wyszłam na świat w marynarce zamiast kurtki, i pierwszy raz w życiu do marynarki założyłam maseczkę na twarz. Przed wyjazdem zaszłam jeszcze do Anny i dostałam zlecenie na zakup dwóch paczek niebieskich płatków śniadaniowych z Lidla. Najpierw byliśmy w polskim sklepie — jedyny nasz zakup naokołoświąteczny to mazurek od The Breadski Brothers. W kolejce przed Lidlem staliśmy za panem Double Macchiato, niezwykle sympatyczny gość, znam go z byłej pracy, zachodził do nas prawie codziennie. Wszędzie bardzo spokojnie, na mieście widziałam tylko jeden samochód gardy, nie ma tłoku, ludzie uprawiają sport, robią zakupy. Po powrocie, kolejnym chitchacie z Anną i wypakowaniu zakupów wyszliśmy na zielony skwer niedaleko domu. Siedząc na żółtej ławce zrobiłam telekoferencję z mamą, potem złożyliśmy życzenia urodzinowo-świąteczne zaprzyjaźnionym Krakusom. Pomachaliśmy też mężowi Katlin, gdy robił rundkę po osiedlu na swoim harleyu.



Wracając do domu "naokoło", spotkaliśmy Rysia w ogródku opuszczonego domu. Kot dostał oklaski od naszych sąsiadów z naprzeciwka, gdy hyc hyc hyc, szedł za nami w wysokim, osiedlowym trawniku.


Kalafior z beszamelem gotował się pod Zembatego w balladach Cohena (2002). Fred po obiedzie poszedł na drzemkę, ja wyjęłam ulubione ciastki i coś tam jeszcze podłubałam, potem dołączyłam do poobiedniego leżakowania. Wyszliśmy na plażę przed ósmą. Horyzont był tak przejrzysty, że widzieliśmy nie tylko masyw gór Wicklow, ale i Sugar Loaf. Po powrocie zastałam kota drzemiącego w oknie. Obejrzeliśmy Zwolnionych z życia (1992) z Fryczem i Jandą — coś ten film psychologiczny za bardzo psychologiczny, bo zupełnie nie wiedziałam, co tej pani dolegało, i co pani Janda gra. Cały dzień był wysycony słońcem, a małżonek uświadomił mi w trakcie kolacji (pizza again), że od dwóch dni zachowujemy post (z moją małą przerwa na kabanosy o poranku).