Po śniadaniu przejrzałam trochę papierów i wysłałam do Saren informacje zwrotne o uczniach, jak obiecałam. Potem trochę domowej nasiadówki, aż powodowani nieprzewidzianymi okolicznościami wyjechaliśmy do miasta. Fotel Freda niestety przestał być używalny (w newralgicznym miejscu pęka metal), wybraliśmy się do TK Maxxa z nadzieją, że znajdziemy dla niego godne następstwo. Mieliśmy szczęście, Kochany wybrał fotel na kółkach prawie identyczny z moim, różniący się tylko kolorem (brązowy). Zupełnie nie zależało mi na dopasowaniu, mój i tak opatulam kocykami i poduszkami.
Skoro zaś byliśmy w mieście, postanowiliśmy przetestować miejsce jedzeniowe (w ranie po CG już otwarto nową pizzerię, mąż orzekł, że jeśli coś nazywa się King, to nie może być dobre; sporo w tym racji). Odwiedziliśmy Duende, restaurację w południowej części miasta. Spodziewałam się więcej hiszpańszczyzny, ale widać, że menu dostosowano do lokalnego gustu. Nie szkodzi, bo żywią bardzo smacznie, same okoliczności też są zachęcające, miejscówka przestrzenna i ciekawie zaaranżowana.
Pomimo kąśliwego zimna (+6°C, ale wg pogodynki odczuwalne -8°C), niebo jaśniało nawet przed szóstą, gdy dojeżdżaliśmy do domu. Podobno taki ma być cały weekend, wiatr przybywa ze wschodu, dzieli się z nami wspomnieniem Morza Północnego.
"Stary" fotel, kupiony już za Rysiowych czasów, więc wcale nie taki wiekowy, wylądował w szopce.
Tak sobie siedzę w łóżku i uzupełniam to dzisiejsze pisanko pogryzając pain aux raisin, ciastko kupione przed Kochanego w czasie naszej wyprawy. Miło, ciepło. Zakończyliśmy dzień godzinną wizytą u Junony; koteczka najpierw dostała kolację (w drodze do sąsiadki natknęliśmy się na Katlin parkującą swojego czerwonego żuczka, Katlin zdradziła nam, że też była przed chwilą i dała grubasińce coś na ząb ... gdzie to się w tym kocie mieści?), potem mizianko przy oglądaniu serialu Father Brown, 10.07.
Nie byłoby łatwiej zabierać Junone do siebie, przynajmniej na weekend, gdy siedzicie w domu?
OdpowiedzUsuń@Dariuszu, sąsiadka po drugiej stronie drogi, kotek z tych starszych, ma swoją rutynę, czyli trochę by mu zajęło przyzwyczajenie się do nowego, a zaraz matka wraca i znowu trzeba coś zmieniać. Poza tym w naszym minidomku kuweta Junonowa zajęłaby 1/4 Kuchniosalonu. Wybraliśmy łatwiejsze rozwiązanie :)
UsuńRozumiem. W sumie chwilę po wrzuceniu komentarza sam pomyślałem, że dla kota własny dom jest jednak lepszy. Wystarczy Junonie stresu, że codzienna dostarczycielka żarcia gdzieś zniknęła.
Usuń