A jednak nie muszę pisać postów zdalnie, laptop mamy jest wolniejszy, ale daje radę.
Noc spędziłam częściowo w towarzystwie Wojtusia, który wieczorem natychmiast zajął dogodną pozycję w nogach. Wypoczęłam, zregenerowałam się po poprzedniej, słabo przespanej nocy. Rano zielona herbata, zupa pomidorowa, którą mama ugotowała specjalnie dla mnie, kawa, rozmowa z tatkiem. Przywitałam się z Gosieńką, która jest już zupełnie głucha, ale jak na piętnastoletniego psa ma sporo wigoru. Przed południem poszłam na cmentarz, rozruszać nogi, zaświecić dwa wkłady, u dziadków i cioci Stachy. Genealogia. O drugiej ubraliśmy się ładnie, żeby z tatkiem pojechać po mamę (tatko założył swój kraciasty płaszcz, który dostał pod choinkę). Zakupy w Netto, odebranie mamy i do domu. Skończyła się dobra kawa, więc jutro kupię. Zanęciła mnie też wizja domowego bigosu vs testowanie włoskiej restauracji. Co wybrać? ;D Ogólnie spędzamy czas na rozmowie, wałkowaniu obserwacji, jedzeniu; żadnych ambitnych planów. A skoro nieambitnie, chyba dam się namówić na Bitwę pod Wiedniem (2012).
Hmmm... Dla mnie nieambitne oglądanie kojarzy się z czymś lekkim i przyjemnym. "Bitwa pod Wiedniem" miała tak słabe recenzje, że nigdy mnie nie kusiło, by ten film obejrzeć.
OdpowiedzUsuń@Dariuszu, pomiędzy lekkim i przyjemnym a kupą jest cienka granica, niemniej lubię złe filmy. Jest pewna granica beznadziejności, czy to w produktach kultury czy w ludziach, która mnie nęci. W tym przypadku jednak po kwadransie poszłam spać :)
Usuń