Jeszcze leżąc w cieple łóżka przeczytałam na FB u Justy, że ich dom zalało. W ten sposób dowiedziałam się, że Miasteczko poszło w nocy pod wodę. Wały puściły za ośrodkiem należącym do sióstr zakonnych. Wczoraj Kochany powiedział mi, że swego czasu siostrzyczki chciały dostać kasę za budowanie wałów na ich terenie. Trzeba było je zostawić za wałem, powierzyć Opatrzności. Ta myśl razem z obserwacją, że dziennikarze bezmyślnie powtarzają tekst o kontrolowanym zrzucie z zapory (czytam to, co piszę, dlaczego ludzie zarabiający na pisaniu tego nie robią?) postawiło mnie na nogi. Szpetny poniedziałek, tam daleko, tam blisko mojemu sercu.
___
edit 14:00 Kochany w pracy; snuję się, a jako, że się snuję, rozwieszam pranie i słucham audiobooka. Dokończyłam The Big Four, nareszcie, bez satysfakcji, ta intryga nigdy mnie nie fascynowała (odrzucam teorie spiskowe nawet w formie rozrywkowej). Rozmawiałam z tatkiem (też zmartwił się zalaniem regionów, które z nami odwiedzał). Pogoda słoneczna, przyjemnie ciepła, babioletnia, nasilającą moją nostalgię.
___
edit 21:30 Fred od powrotu z pracy do tej pory nic nie jadł (poza ciasteczkami podczas oglądania filmu, ale to się nie liczy). Za to przymierzył kaszkiet od Anne, ja też przymierzyłam mniejszy rozmiar, nie skusiliśmy się jednak na dłuższe zobowiązanie wobec nakryć głowy (sąsiadka przyniosła zbędne części kostiumów teatralnych, bo zrobiło się jej żal, że są wyrzucane). Na poprawę nastroju obejrzeliśmy Drobnych cwaniaczków (2000) Woody'ego Allena (nie najgorszych, ale i nie z tych lepszych).
Sytuacja w Miasteczku wydaje się normować, poziom wody na zaporze trochę spadł (i na nowo rozkwitła turystyka powodziowa). Gdzie indziej jest ciężko.
Nie zrobiłam dzisiaj niczego pożytecznego i nie dokończyłam tego, co zaczęłam: zapomniałam ściągnąć pranie. Kochany zrobił to dopiero teraz, w ciemności, brodząc po omacku w wysokiej trawie. Z ubraniami wszedł do Kuchniosalonu zapach chłodnej świeżości, czystego wieczornego powietrza. Rysiu tak pachniał, stwierdził Fred. Prawda.