Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Smarzowski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Smarzowski. Pokaż wszystkie posty

sobota, 8 listopada 2025

2153. Sobota spacerowo-kinowa.

O poranku mieliśmy we wsi morską mgłę, która powoli przeniosła się na północ. Zachciało mi się gdzieś jechać; po rozważeniu jak dawno nie było nas w Laytown udaliśmy się właśnie w tym kierunku. Woda wysoko, załapaliśmy się na szczyt przypływu, na horyzoncie naliczyłam szesnaście kutrów, plaży nie za wiele, ale zawsze to miło.

Po spacerze poszukałam w Internecie możliwie blisko położonej kawiarni; tak trafiliśmy na nietuzinkową Sonairte Café, z wegefoodownią, niekoniecznie fast, założoną na XVII-wiecznej farmie. Kawa, wedgesy, dodatkowo w zakątku z używanymi książkami znaleźliśmy coś po polsku:



Do Applebaum dobrałam jeszcze Paxa Sary Pennypacker, razem kosztowało nas to €2.

O trzeciej byliśmy w domu i mogliśmy na chwilę przy tej dobrej, jesiennej pogodzie wyjść z kocóreczkami na krótką przygodę ogródkową. 

Umknęła nam okazja wyjazdu na Madame Butterfly, głównie przez moje gapiostwo, bo miałam ochotę na tę operę od późnego lata, potem o niej zapomniałam, a gdy sobie przypomniałam, było już po ptokach. Wprawdzie Anne wciągnęła nas na listę osób oczekujących na ewentualne zwroty biletów, ale po południu doszłam do wniosku, że nie ma co sobie nerwów szarpać przy wolnej sobocie i zarezerwowałam dla nas bilety w IMC na Dom dobry Smarzola (tutaj też odrobinę nerwów szarpanie, bo przecież Smarzowski miły nie będzie).

W międzyczasie Kochany długo rozmawiał z Perlistym, poza tym zdążyliśmy zjeść obiad. W końcu trzeba było ruszyć do miasta i zrobiliśmy to z takim ociąganiem, że prawie spóźniliśmy się na początek, na szczęście puszczono kilka reklam listopadowych sajfajów bum bum. Bardzo dziwna sytuacja: nikt nam nie sprawdził biletów, w ogóle ten budynek oraz okolica to jak widmo miasta z wczesnych filmów Jarmuscha — człowiek zostawia samochód nieopodal na parkingu i idąc pustą ulicą przy której podobno ma być kino, zastanawia się dokąd zmierza i czy świat nadal istnieje. Tutaj po seansie:

No nie było takie drastyczne, powiedział pan wychodzący.
Weź, przestań, odpowiedziała mu pani.

poniedziałek, 15 listopada 2021

698. Weselmy się.

Nawet ciepło. Deszcz złapał mnie i Freda, gdy dochodziliśmy do morza. Czyli dobrze nam radził Ryszard, który po dokonaniu próby kociego wysiadywania w ogródku, wrócił zdegustowany lecącym w dół barometrem.

Namęczyłam się przy abstrakcie badania jak nieszczęście, Kochany zrobił w tym czasie obiad i bazę do sałatki greckiej (bazę, bo we wsi zabrakło oliwek i musieliśmy je przywieźć z Dundalk).

Fred kontaktował się po południu z różnymi osobami, rozmawialiśmy więc z Justą, która grała w filmie, a teraz kaszle, i z Usz, której teść (oczywiście niezaszczepiony, a jakże) z covidem wylądował w szpitalu. Ja z kolei zadzwoniłam do rodziców, żeby się dopytać o chorujące psy — Dziewczynki się trzymają.

Po szóstej zawinęliśmy się w wyjściowe gajerki i powoli zmierzać poczęliśmy w kierunku kina (jeszcze tylko zakup wspomnianych oliwek). Kino-widmo (ICM), bilety po juro 10.60, oprócz nas trzy osoby, jedna pani siedziała przed nami, dwie inne szczebiotki zasiadły z tyłu. Znamy się ze Smarzowskim, więc trudno mnie zaszokować. Wesele (2021) ma dobre momenty i parę słabych. Wróciliśmy z Fredem do wsi po jedenastej i nadal rozmawiamy o fabule, czyli nie jest źle. W tym czasie mąż postawił mi przed nosem sałatkę grecką. Przez to gadanie i wymiatanie oliwek z talerza przegapiłam północ 

piątek, 12 listopada 2021

696. Zawsze to milej.

W robocie nic nie było do roboty, oficjalnie pomór, młodzieży brak. Przejrzałam trochę papierów do zmielenia, przeszłam się do sklepu po prowiant na poniedziałek, i skończyłam wcześniej. Po drodze na przystanek zajrzałam do Stockwell, okazało się, że nie tylko są otwarci, ale mogę zjeść w środku, bo jest wolny stolik. Skorzystałam, zawsze to milej niż czekać za długo na autobus. Oczywiście był falafel ;)

Kochany wrócił z pracy z zapasem filtrów do kawy w ilościach jak na wojnę, i z kolejnym prezentem dla mnie, różowymi, sztruksowymi dzwonami (to spodnie takie) Levisa. Trochę za duże, więc poszukam do nich jakichś dziwacznych szelek. 

Zarezerwowałam bilety na niedzielę. Idziemy do kina na nowego Smarzola! Kiedy ostatnio byliśmy tutaj w kinie? W Polsce na początku zeszłego roku, ale w Irlandii to będzie 2018 rok! Październik. W jednym miesiącu byliśmy na Klerze i na Bohemian Rhapsody. Wesele jest pokazywane w innej sieci, tym razem nie w Omniplexie; kino chyba małe, ale w reżimie covidowym, nie będzie nam nikt obok sapał.

Kochany już w łóżeczku.

piątek, 11 września 2020

268. Poprawiny.

Wczoraj ... Nie spałam prawie do drugiej, a gdy już już miałam gasić światła, w zamku zachrobotał klucz. Powitałam Freda pocałunkiem, a on mnie torbą z prezentami (moim mężem jest człowiek niemożliwy!). Jak słowo daję, skompletował mi outfit — szary, wełniany kapelusz Seeberger, szara bluzeczka z krótkim rękawkiem i zimnym ramiączkiem All Saints, oversizowe dżinsy Diesel.

Z rana media donoszą, że zmarł Gienek Loska. Zanim jeszcze zrobił się znany, pamiętam jak we Wrocławiu panie u nieistniejącego już jubilera na Oławskiej słysząc Gienka ryczącego na ulicy za ścianą zamykały okna z niesmakiem.

Fred proponuje wyjazd do Carlingford na obiad, zbieramy się dobrze po drugiej, jest ciepły, szary dzień. Obiad jemy w pubie Carlingford Arms ...



... a ponieważ pogoda robi się nad wodą zbyt wietrzna na spacer,  zajeżdżamy na pogadankę przez okno z Aś, która po pierwsze wróciła tydzień temu z Polski (kwarantanna), poza tym dostała nowe mieszkanie :) Fajnie, że się jej powiodło w takim momencie, no i ma sypialnię z widokiem na górę. Zapoznajemy się przy okazji z pieskiem sąsiada, małą, uprzejmą dziewczynką, która chętnie wystawia brzuszek do głaskania. Na wieczór umówieni z Ka&Jot, oglądamy z nimi Dom zły (2009) Smarzola i dyskutujemy jeszcze chwilę o patologiach. Film wspaniale pokazujący realia PRL-u, tak dziś kolorowane przez umysł zamglone niepamięcią. Do domu wracamy wolno z powodu szalejących na jezdni królików. Jest po północy. W ten sposób opuściliśmy trzy kocie posiłki (lunch, tea time, dinner) i po raz drugi lambadziarstwem po okolicy przypieczętowaliśmy anniversary. A dzisiaj to dzisiaj, idę pod prysznic.

sobota, 29 sierpnia 2020

Postscriptum #256.

Po napisaniu poprzedniej notki wskoczyłam jeszcze do łóżka, żeby dokończyć czytanie Roku królika Bator (Znak, 2015), który okazał się dziwaczną, ale całkiem przyjemną lekturą (trudno było się nam zebrać do zainicjowania sobotniego poranka, poszliśmy przecież spać dzisiaj, dwie godziny po północy). Po obiedzie wyszliśmy na ogródek i wysadziliśmy z prowizorycznych doniczek kilka kwiatów kupionych jeszcze przed sztormem, dwa tygodnie temu. Fioletowo kwitnący krzaczek Hebe o nazwie Anna poszedł w ziemię przy działce Judżina, naokoło panoszyć się będzie sześć malutkich wrzosów, każdy z innej parafii. W pracach towarzyszył nam Rysiu, bo martwiła nas jego smutna minka. Dzisiaj był pierwszy spacer od wtorku, kot letargicznie obszedł swoje włości i sam wrócił do domu, akurat gdy skończyliśmy sadzenie. Niewiele zostało nam czasu na przygotowanie się do wyjazdu — wieczór filmowy z Ka&Jot spędziliśmy dzisiaj z Weselem (2004) Smarzowskiego (estetyka takich imprez złapana spot on, do tego obraz prowincjonalnego kurestwa i mentalności lokalnego badylarstwa ). Zależało nam, żeby szybko wrócić do zamkniętego w domu Rysia, więc zmieściliśmy się przed północą. Nad domem wschodził Wielki Wóz. Jeszcze tylko pizza na mały głód i pralka nastawiona na popółnocne pranie ...

sobota, 4 lipca 2020

199-200. Kot i drobiazgi.

Piątek.
Spokojnym pochmurny dzień. Do popołudnia majtając palcami pod kołdrą czytałam książkę o patoli u Beksińskich, Fred tymczasem zrobił dla nas gulasz (miał być z kopytkami, ale kopytka się w międzyczasie zamieniły w płynną masę). Od pobudki porannej do obiadu kot Ryszard towarzyszył ojcu w kuchni, w różnych kocich pozycjach medytacyjnych.

godz. 11:44 czasu dublińskiego.


godz. 15:31 czasu dublińskiego.


Na szóstą byliśmy umówieni z Ka&Jot. Było mięso z grilla, tort i seans Kleru (2018) Smarzowskiego na deser. Z nas czworo tylko Jot nie widziała go wcześniej, byliśmy na nim z Ka w irlandzkim kinie, gdy obraz robił furorę w box officie opowiadając o tym, o czym wszyscy od zawsze szeptali po kątach. Wróciliśmy do domu tuż przed północą.

Sobota.
godz. 11:10 czasu dublińskiego.
Hę?


Hęęę?


Przedawkowuję czytanie lub kawę, w każdym razie łeb mnie boli i Fred robi mi terapię, aż kot opuszcza miejsce akcji. Martwi mnie, że jeszcze nie mamy kart do głosowania, drogą porównania z I turą wyborów spodziewałam się ich wczoraj. Sprawdzam pogodę na nowy tydzień, marzy się nam niska choćby górka, gdziekolwiek, a tu kontynuacja szarości się bezczelnie zapowiada. Trzeba było kupić chleb, więc późnym popołudniem jedziemy na miasto i w kolejce do Tesco spotykamy Katlin i Majka. Po wizycie w polskim sklepie chodzimy przez chwilę bez celu po Drołdzie, o tej porze wyraźniej zauważam ogrom pustostanów, jest w tym coś bardzo niepokojącego. Poza tym pomimo bólu łba jestem gdzieś po trzystu stronach i jutro skończę książkę.

sobota, 27 czerwca 2020

192. Zamglony piątek.

Morska mgła wchodziła i wychodziła, nie mogła się zdecydować. Było chłodniej niż w czwartek, ale nadal nie padało, więc Fred pomalował stary murek przed domem resztkami farby, która została po malowaniu szopki i płotu. Astilbe, nasze tawuły, kwitną jak szalone. Dwie zakupione w maju, niby fioletowe, okazały się być w dwóch różnych odcieniach różu, jedna to jasny wrzos, druga róż krwisty.

Od wczoraj wieczór (w czwartek) mózg działa mi na lekko spowolnionych obrotach, mam kłopot z wypowiedzeniem się w jakimkolwiek języku, robię błędy, słyszę je, gdy już opuszczą moje usta. Po obiedzie byliśmy umówieni u Ka&Jot. Czas pomiędzy spędziłam z głową przytuloną do poduszki i powoli jakoś się ogarnęłam. Obejrzeliśmy we czwórkę Różę (2011) Smarzowskiego, film o powojennych zawiłościach losów na Mazurach, lokalesach i innych Polakach. Film na godziny dyskusji o bohaterstwie. Przed seansem Jot nas zapytała, czy gdyby coś im się stało, zaopiekowalibyśmy się ich chłopcami. Takiego pytania nie słyszy się codziennie.

Wróciliśmy około północy. Siekiera była naturalnym wyborem. Niebo świeci nawet o tej porze.