Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą projekt Freda. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą projekt Freda. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 sierpnia 2022

976. Dzień czwarty.

Są dni, gdy jestem tak bardzo w sobie, w swojej głowie, że nie bardzo jest co referować. No chyba, że wspomnę o tym jak rano biegłam za autobusem, bo kierowca dostał zły rozkład i przyjechał za wcześnie. W zasadzie nie biegłam "za", tylko dobiegałam "do". Sprint poranny. Poza tym przed pracą spotykam w kawiarni te same osoby.

Odc. 13.4 Midsomer

Fred już jest z koleżkami trzema tu i tam. A przede wszystkim lokalna tv uwinęła się raz dwa z informacją o projekcie. Jest wywiad z Kochanym w sieci. Jedną z cech, którą podziwiam u męża (a jest ich wiele), jest jego odwaga w obliczu "co ludzie powiedzą". Nie gównodeklaracje paszczowe leszczy, w rodzaju "mam wyjebane", tylko autentyczna odwaga bycia sobą i robienie tego, co chce robić. Rzadki przypadek wolności.

czwartek, 18 sierpnia 2022

975. Nasłuchując nowin.

Młode szpaki kropkowacieją na potęgę, za kilka tygodni nie odróżnię ich od starej gwardii. Wyszłam przywitać się z morzem i przy plaży spotkałam Cookeya. Super, bo sądziłam, że już go nie ma. Starenia, głównie tęsknie spogląda na morze, ale żyje.

Fred cały dzień na wyjeździe, był w miasteczku ("nasz" dom na Politajewa jest ładnie odnawiany, nabył go ktoś mądry, cieszę się), zajechał do Jeleniej, kupił płytę Waglewskich Duchy ludzi i zwierząt, zjadł obiad w Pierogarni na 1 Maja. Dobrze, że miejsce przetrwało, inne biznesy zmieniają się jak w kalejdoskopie. Kochany też widzi, że z babcią Manią coraz słabiej (chwilę rozmawiałam z nią rano), niekoniecznie fizycznie, ale emocjonalne nieogarnięcie postępuje. 

Rodzice mieli po południu czwarte szczepienie, na razie czują się okej. Małżonek już do nich dojechał, zresztą z kolejnymi nowinami (po południu udzielił wywiadu i może jutro będzie w regionalnej tv).

W międzyczasie obejrzałam dwa Midsomery, The-Made-To-Measure Murders (serce rośnie, gdy się słyszy, jak ktoś przykłada wagę do dobrego materiału na marynarkę; James Wilby jak zwykle ziemianinem) i Blood on the Saddle (nie za mądre, akurat do prasowania się nadaje). Przeskanowałam też nostalgicznie ostatni odcinek DiU'80 (widać w sierpniu romantyzm mi się nasila). Jeszcze nie mam ochoty na sen.

niedziela, 14 sierpnia 2022

971. Zwierzęta brodzące.

Szukając płyty Demarczyk gadam trochę do siebie, a trochę do męża:
Widzisz, gdzie ona jest? (znajduję) Leżała na Ralphie.
Myślę, że Ralph nie miałby nic przeciwko temu, stwierdza Fred.

Przy śniadaniu słuchamy pani Ewy, w oczywisty sposób pojawiają się więc tematy ciężkie, jak nadmierna egzaltacja pani Groniec, powstanie warszawskie, czy dywersyfikacja energetyczna Polski. Za to po kawie spacer lekki i zajmujący. Wracamy z niego dopiero o trzeciej, choć przemierzamy tylko naszą wsiową plażę, aż do tamtej wydmy. W czasie spaceru widzimy dużo różnych rzeczy, np. ziemniaki morskie (ten akurat był bardziej byłym ziemniakiem morski, ziemniakiem RIP/śp.):


albo kamienie:


Kamienie były duże, ale małe też:


Pewien piesek o imieniu Lilo przyniósł nam nawet jeden kamień, żebyśmy mieli. Spytałam się chłopca z aparatem na zębach czy to jego pies. Jego, i tak już ma, że przynosi kamienie. Dobry piesek, chłopak też dobry, spokojny, taki irlandzki. To oni tam w oddali sobie gadają:


Plaża robiła się coraz mniejsza i mniejsza, bo morze wracało, ale doświadczenie było niezwykle przyjemne (fale nie za wysokie, woda miała optymalną temperaturę). Pod koniec spaceru obserwowaliśmy, jak Michael (to wioskowa łódź ratownicza) wyjeżdżał z pomocą kolegi z hangaru, zwodował się i odpłynął w siną dal. Potem suszyliśmy nogi na ławce pod kawiarenką:


W sklepie obok domu Fred kupił lody w wafelku, jeszcze chwilę siedzieliśmy na skwerku przy naszej ulicy jedząc te lody i rozmawiając z Anną. Następnie kawa domowa, rozmowa ze Zbyniem (bo przecież Kochany dogrywa wyjazd, rozsyła wici), i wyruszyliśmy do Drołdy pełni nadziei, że w Borzalino uda się nam zjeść lunch. Jak zwykle byliśmy jednymi z pierwszych gości, obiad z deserem został pochłonięty, przejechaliśmy na drugą stronę rzeki do parku Ramparts i zmitrężyliśmy kolejną godzinę po prostu idąc przed siebie wzdłuż Boyne, która korzystając z odpływu bez pośpiechu, nie płosząc drzemiących mew, turlała się w kierunku morza:


W domu ponownie o ósmej. Ryszard się akurat pojawił, bez obroży przeciwpchelnej i z ranką na szyi. Gdyby nie ta dziwna sytuacja, której kot nam nie chciał wytłumaczyć, byłaby to niedziela idealna. Wieczorem miała być burza, radykalna zmiana pogoda. Na razie nic z tego, brak wiatru, niebo łypie na nas bezdeszczowo. Białe koty Anne przywędrowały do naszego ogrodu i w ciemności robią za duchy.

piątek, 5 sierpnia 2022

961-962. Czwartkowa wyprawa, piątkowy odpoczynek.

Co się może dziać, jak Fred wstaje przede mną i radośnie łazi po mieszkaniu w sportowych spodniach? Wiadomo, w góry jadziem :D. Wyruszyliśmy o dziewiątej w kierunku Północy. Dzień zapowiadał się na słoneczny, zatrzymaliśmy się tylko, żeby kupić kremy z filtrem; przy martwym lasku zaparkowaliśmy przed dwunastą, w sam raz, żeby zobaczyć krowy na gigancie.


Plusem wypraw w środku tygodnia jest mała liczba turystów, poza tym większość osób ogarnia, co robi. Już na starcie wyprzedziła nas sympatyczna para zmierzająca do Ben Crom, widać, że zaprawiona w łazikowaniu, bo od razu wiedzieli, co mamy na myśli idąc tam, gdzie na razie nie było śladu na horyzoncie po wspomnianej przez Freda górze.

Najgorszą częścią trasy było dla mnie schodzenie z przełęczy, z jakichś powodów błędnik dawał mi mylne sygnały.




Slieve Bearnagh. Ładnie, ładnie.



W drodze powrotnej na przełęcz (tym razem poszliśmy śladem trzech starszych panów, którzy zwijali sie spod góry, gdy my dopiero do niej startowaliśmy; obserwowanie ich było frajdą) złapał nas lekki deszcz, nic wielkiego, byliśmy przygotowani na taką ewentualność. Przy parkingu stawiliśmy się ponownie przed szóstą, umiarkowanie zmęczeni, nie aż tak, żeby nie dojeść kanapek z jajkiem.

Zanim powstał pomysł na wycieczkę, Kochany umówił nas z Ka&Jot, i nie było powodu, żeby spotkanie odwoływać, tym bardziej, że wracając z Północnej przejeżdżaliśmy obok domu przyjaciół. Po napitkach powitalnych obejrzeliśmy na Netflixie Girl in the Picture (2022). Gdzieś widziałam pozytywną "recenzję" tego dokumentu, tymczasem to typowy amerykański gadaniec, gdzie największa patologia przedstawia samą siebie w dobrym świetle i bez względu na treść wszystko zmierza ku happy endowi ("popatrz jaki jej ładny pomnik postawiliśmy"). Film demaskuje "wartości rodzinne" w USA i niemoctwo policji.

Dzisiaj zaś, cóż, do pracy. W pracy praca, takie tam papierkowe pitu pitu. Z miłych rzeczy: work placement się potwierdziło w ciekawym miejscu, tyle, że dopiero od września.

Fred już się szykuje na wyjazd do Polski, Andrju podłącza się z ekipą (jeśli dobrze rozumiem), będą leciały wióry. Co by jednak kiedyś nie było, dzisiaj po obiedzie poszliśmy z Kochanym na spacer. Nadal jest miło pod wieczór, morze spokojne i nie ma śladu po wczorajszej sensacji (wiejska plaża została zamknięta na kilka godzin z powodu znalezionego po odpływie obiektu, który okazał się dużym kawałek plastiku). Tulamy się i Fred śpiewa mi do ucha Fala! turutututum, fala, fala, fala ...

czwartek, 9 czerwca 2022

905. Zmiana pogody.

Tak mnie zmęczyły noce bez Freda, że dzisiaj nawet nie wiem, kiedy wrócił, zasnęłam snem niedźwiedzicy. Początek dnia nie zapowiadał niczego szczególnie przyjemnego, od rana mżył deszcz, wysiadywałam w domu kompulsywnie gmyrając w drzewie genealogicznym. Nawet nie zjedliśmy porządnego obiadu, Fred od razu wsunął pierogi na późne śniadanie. Potem się niespodziewanie rozpogodziło, a nas kopnął jaś wędrowniczek. 

Pojechaliśmy najpierw na zakupy spożywcze, a tak naprawdę to przejść się po hipermarkecie i spod TK Maxxa, gdzie był zaparkowany samochód, pomaszerować do Costy. Po kawie był rozwlekły powrót samochodem na wieś w towarzystwie trzypłytowej, punkowej składanki Lust For Life: The Music That Changed A Generation (Fred kupił na którymś wyjeździe, zapewne będziemy jej słuchać w czasie podróży autem jeszcze nie raz). Weszłam do domu tylko na chwilę, bo Kochany zaproponował spacer z kotem dookoła osiedla. Voilá:


I niebo nad osiedlem, prosz:


Po drodze napatoczył się Dżejmi, który bardzo zapragnął Ryszarda pogłaskać, więc mu kot powiedział co o tym myśli. 

Przyjemnie, jasno, dość ciepło. Chciałam jeszcze. Żeby nie łazić na głodniaka, przy płycie Hejzela (Fred wcześniej rozmawiał z nim przez telefon, panowie coś tam kręcą akcję z pokazem filmu połączonym z koncertem) napchaliśmy się na szybkiego sałatką jarzynową z polskiego stoiska w Tesco. Potem podjechaliśmy samochodem na parking przy plaży. Ładnie, jakieś chłopaki w negliżu grające w piłkę, parę pań pływających w zimnej wodzie, kilka rodzin z psami. Po piachu skacze mnóstwo pcheł, bo akurat zaczął się odpływ, kolację trzeba zjeść przed zachodem słońca, nie? Fred mnie tula. Dobrze mi, no, co zrobić ;)

piątek, 6 maja 2022

871. Dziękuję, nie narzekam.

Kochany zajęty był przepychaniem dalej swojego projektu filmowego, zgłaszaniem do konkursu, i takie tam inne. Ale przyjechał po mnie do pracy i nawet chwilę jeszcze połaziliśmy po mieście szukając w deszczu dnia wczorajszego. Jak się okazało, można u nas kupić stojaki na winyle, ale już pudełka na pojedynczą płytę dvd niekoniecznie. Czyli nie tyle jesteśmy retro, co zwyczajnie zapóźnione z nas staruchy 😁 Jakby na potwierdzenie tego faktu Fred kupił mi ciepłe kapciuszki na zimę. 

Wieczorem w końcu się rozpogodziło (na pohybel całodziennej chlapie), po obiedzie pyszniastym trochę czytałam na jutro, chociaż zajęcia są kilkaset km w prawo i nie wiem jeszcze, kiedy je odrabiam. Film balkonowy (2021) Piotra Łozińskiego był oglądany, przez pierwsze kilkadziesiąt minut we dwoje, potem małżonek wymiękł. Może jestem zbyt wymagająca, ale za dużo metafory życia jest w tym widoku na ulicę z balkonu przy Walecznych 17. Dłużyzny są, znaczy.

środa, 16 lutego 2022

792. Przypływy.

Jesteśmy uprzedzeni o dwóch sztormach sezonu znanych z imienia — Dudley zawitał dzisiaj z ostrzeżeniami od południa, Eunice przybędzie piątkowym porankiem.

Czy w związku z tym mogliśmy zrobić co innego, niż pojechać do wiejskiej kawiarenki, żeby popatrzeć na fale?

Przejaśnienia poganiały za zachmurzeniami w kółko macieju, wiatr duł. Fred zasiadł przed laptopem i zagłębił się w pracy twórczej (przerabia scanariusz na tekst do publikacji), przerwał sobie jedynie w porze obiadowej. Dzięki rozmowie z tatką wiemy, że Polska też czeka na wiatr. Nuda, niepokój, popołudniowe łażenie w szlafroku. Na chybił trafił wybrałam krótkie słuchowisko ze strony Iskra z ogniska (I wtedy zadzwoniła pani Kemp z panią Kwiatkowską Ireną, 1970), potem razem z Kochanym usiłowaliśmy oglądać sitcom, ale przerwał nam kot, który przyniósł do domu złapanego ptaka (chciwa menda). Do sitcomu wróciłam dopiero po jakimś czasie. Praca się nie pisze, męczy mnie to, gnębi, wczorajszy dobry pomysł nie jest już tak dobrym pomysłem, bo za dużo myślę. Siedzę przed wirtualną kartką, słów na niej niewiele. Jutro trzeba się postarać.

środa, 26 stycznia 2022

771. Trochę flow.

Kochany wyjechał bardzo wczesnym rankiem, po czwartej obudziła mnie cisza dzwoniącą w uszach. Żeby przewietrzyć synapsy w ciągu dnia wyszłam na spacer nad morze i połowę tego czasu przegadałam z tatą i babcią. Pomiędzy szelestem wydruków zrobiłam pranie i test AQ Barona-Cohena. Wynik 27 (szerokie spektrum), ale od razu wiedziałam, które odpowiedzi mi go podwyższą, więc test nie był przeprowadzony rzetelnie. Fred przywiózł świeży zapas czarnej herbaty.
___
edit 21:00 Małżonek dopiero teraz przypomniał sobie, żeby mnie poinformować, że Wu podczas ostatniej rozmowy pochwalił jego film. Na swój sposób oczywiście (znaczy: być może z takim wyrazem twarzy z jakim oglądał kabaret z Andrusem, i nie wiedząc kiedy podczas rozmowy telefonicznej jest jego kolej, żeby zacząć mówić), ale pochwalił. A skoro już piszę, to i mnie się przypomniało, że Rysiu chorował dzisiaj na niestrawność, raczej krótko, acz dobitnie. Nie jestem do końca pewna, czy to, co posprzątałam z podłogi w kuchni to był kawałek mysiego ogona czy coś innego. Czyżby już i myszom nie można było ufać w tych czasach?

niedziela, 21 listopada 2021

705. Nieróbstwo.

Dzisiaj to już naprawdę, nic a nic, żadnej aktywności sensownej, tylko jedzenie wpycham sobie w otwór gębowy. Po trzeciej z kolei nocy pełni księżyca jasnej nie do uwierzenia, dzień słoneczny i przeraźliwie zimny. Wyszłam po południu na moment, tylko do ogródka, żeby uzupełnić zapasy w karmniku, w zasadzie już na jutro, bo zaczynam poniedziałek wcześnie.

Fred dochodzi do siebie po wczorajszych ekscesach kulturalnych. W pałacu nadal żywego ducha, oprócz pana Krzysia, który rano zrobił mężowi śniadanie. Dostałam wiadomość od Justy z gratulacjami, że mam takiego zdolnego męża. Nie moja to zasługa, ale się zgadzam :). Bardzo dawno się nie widziałyśmy na żywo, może przyszły rok będzie tym rokiem.

Dzwonię do rodziców bez powodu, chociaż w międzyczasie wynajduję pretekst, proszę o sprawdzenie, czy przypadkiem nie mamy w biblioteczce antycznego wydania Doktora Faustusa. Tata znajduje tylko Buddenbrooków.

Pod wieczór niespodziewanie puka do mnie Anna z zapytaniem, czy wszystko w porządku, bo nie widziała mnie ani kota już jakiś czas. Wcześniej dzwoniła nawet do Freda. Zaprosiłam ją do środka, zasypałam słowami. 

A co teraz będzie? Perswazje (2007) z Sally Hawkins, które dobrze znam i lubię, więc są idealne na taki dzień. Pewnie jeszcze porozmawiam z Kochanym. Okno zamknięte, kot drzemie, dobra noc.

sobota, 20 listopada 2021

704. Życie domowe.

Pełną gębą, jak w tytule. Nawet śmieci wyrzuciłam do kosza przez okno. W moim śnie w basenie pływał rycerz w pełnej zbroi, a przez większość dnia cyklicznie powracałam do myśli, że dzisiaj jest niechybnie niedziela.

Pomiędzy słuchaniem wykładów z rozwojowej i różnic indywidualnych zajmowałam się prasowaniem, ogladaniem vlogów i czytaniem różności. Myślałam też dużo o Fredzie, bo dzisiaj było zwieńczenie jego projektu. Z niecierpliwości pod wieczór godzinę przegadałam z Lusiem i zrobiłam jej miniwykład o nerwicy lękowej :) Fred w końcu odblokował telefon, wszystko się udało, minęło, napięcie jeszcze jakiś czas będzie z małżonka schodziło, a jutro jest nowy dzień, w którym Kochany zacznie myśleć o następnych projektach.

czwartek, 11 listopada 2021

695. Jesienna ablacja.

Pogoda nam spsiała. Jeszcze wczoraj wieczorem zaczęłam czytać Kubusia Fatalistę i jego pana (Iskry, 2018), dzisiaj kontynuowałam nienamiętnie. 

Jedynym interesującym wydarzeniem sąsiedzkim było pojawienie się dwóch chłopaków, którzy przyszli obejrzeć samochód Judżina w bezruchu butwiejący od roku przed jego domem. Panowie pożyczyli prąd, coś tam wycięli, zapewnili mnie i kota, że nie są złodziejami, tylko deliberują jakby tu grata uruchomić. Faktycznie mieli klucz do toyoty, więc może to być nawet prawda. Na samochodzie jeszcze wiosną zazielenił się mech.

Wiatr i deszcz spowodowały, że Ryszard przespał czwartek, wyruszył na inspekcję dopiero w wieczornej ciemności (gdy Fred wrócił do domu z dwoma jedwabnymi szalikami, w biało-czarną pepitkę i czerwone zawijasy) i zaraz był z powrotem. Jemy obiad, zbijamy bąki, suszę włosy, Kochany usiłuje przesłać w chmurę skończony film, wiatr kręci wiatrakiem w okapie kuchennym. Zwykły, listopadowy dzień.

piątek, 5 listopada 2021

689. Play all, I said.

Luz, posiedzieliśmy z grupką (znowu tylko dwie osoby na zajęciach) w Odd Mollies. 

Kochany zabrał mnie spod budynku punkt trzecia. 

Po wizycie w polskim sklepie szybki powrót do domu i pyszny obiadek. Dłubaliśmy trochę nad napisami (nareszcie udało się nam zrenderować surową wersję, która wyszła nawet z sensem). A potem Fred spróbował jeszcze raz zastartować trzeci sezon Ojca Teda i ... udało się. Zestresowani faktem, że to może być pierwszy i ostatni raz, łyknęliśmy wszystkie cztery odcinki i teraz oboje jesteśmy trochę otępiali. Ryszard śpi w naszym łóżku, w fazie kota rozciągniętego.

czwartek, 4 listopada 2021

688. Zimno, zimniej.

Codziennie piszę, że zimno, jakbym wyczekiwała ciepła, tymczasem to już taka pora roku tutaj: ziąb. Fred się zaparł i wykonał sporą pracę koszenia mokrej trawy w ogródku za domem. Przy okazji pochował synogarlicę w górce kompostu.

Pocztą przyszedł do mnie prezent od Freda, ogrodniczki, albo raczej kostium w czerwono-czarną kratkę, Jawbreaker, bardzo punkowy, idealny do glanów albo wysokich trampek.

Nadal nigdzie nie wędrujemy. Słucham płyt Samych Suk, z zamrażarki wyciągam resztki gulaszu na obiad, z nudów oglądamy z Kochanym Latający Cyrk, tym razem Whither Canada? Ka&Jot z dzieciakami wracają do kraju, mąż zbiera się do Dublina, żeby około północy odebrać ich z lotniska i podwieźć do domu. Zanim to nastąpi mitrężymy czas nad Vegas Pro 16. Wszystko mi się zapomniało, program nie jest za bardzo intuicyjny, więc robienie napisów nie idzie. Złapałam gdzie tkwi problem, ale kontynuacja jutro, bo dzisiaj już mam nerwa.

Kot grzecznie drzemie w sypialni.

piątek, 24 września 2021

646-647. Be brave, be human, make mistakes.

Spacer z kotem w czwartek był, wcześniej była praca, wieczorem ogólne napięcie. Nie wiem, czy to bardziej kwestie pracownicze, czy współodczuwanie z Fredem jego mąk twórczych, ale spałam bardzo, bardzo źle i poranną jogę, na którą zapisałam się u Alison, załatwiłam na leniuszka: wstałam o 6:30 zgodnie z budzikiem, nakarmiłam kota, nastawiłam wodę na herbatę i ... poszłam spać. 

Po śniadaniu i kawie dla odprężenia poleźliśmy z Kochanym naokoło Głowy:



W rybnym nadal nie mają chowdera, więc na obiad wróciliśmy do domu.

À propos mąk męskich, ostatnio Fred intensywnie zajmuje się filmem, bo coś jakby świta na horyzoncie wizja premiery jeszcze w tym roku. Kochany ślęczy więc przed laptopem i dzwoni po ludziach, dzięki temu pierwszy raz od wieków rozmawialiśmy ze Zbyniem.

Wracając do jogi, przed siódmą wieczorem dostałam wiadomość od Alison, że niedługo zaczynamy. WTF? Z moją głową nie jest najlepiej (żeby pomylić poranek z porą wieczorną i zorientować się dopiero, gdy zapadał zmrok!), ale wzięłam udział, od czasu do czasu sprawdzając, co tam z rosołem. Be brave, be human, make mistakes, takie błogosławieństwo na dzisiaj, cheesy, ale coś w tym jest. Zjedliśmy rosół o dziesiątej (dzień kończy się przyjemnie).

Poza tym była rozmowa z Marksistką, bo sprawę mam: chcę się podpisać pod projektem ustawy obywatelskiej Legalna Aborcja, nie można online, a tu nie wiem, kto zbiera.

czwartek, 29 lipca 2021

590. Oberek Wolanda.

Kolejną noc Ryszard Pączek przespał w naszym łóżku. Ojojoj, aura się zmienia.

Wolne miałam wcześniej niż sądziłam, a po mojej pracy pojechaliśmy z Fredem na zakupy. W TK Maxxie kupiłam dla siebie koszulę z błękitnej, prążkowanej bawełny (drawcord shirt, Lee) i koszulę dla Kochanego, z grubej, granatowej bawełny w białe wzorki (Ted Baker). Potem były zakupy spożywcze i powrót do domu, mąż zrobił dla nas obiad (klopsy w sosie pomidorowym), na deser po ciachu z polskiego sklepu, obejrzałam pierwszy odcinek Blackaddera III (1987) i... poszłam spać. Śniłam, że Fred śpiewa. Słusznie, jak sie okazało. Obudziłam się kilka minut temu (dziesiąta wieczorem!), jeszcze w śpiączce wzięłam prysznic, przyszłam do kuchni, a mąż zaintonował mi napisaną przez siebie przyśpiewkę:

Hej, a gdybym ja ci cnoty gruntowała,
hej to bym ci nigdy chłopa nie zaznała.
Hej, bo ten co go mnie matula wskazała,
kcioł, bym jego gacie śmierdzące wyprała.
Niech se som je pierze z proboszczem do spółki,
ja tam wolę chłopców z mej tanecznej szkółki.
A jak jemu proboszcz cnotę ugruntuje,
niech go Czarnek głaszcząc do snu przyszykuje.
A gdy mu się zrobi z tyłu niewygodnie,
niech wylezie z łóżka i założy spodnie,
Hej!

niedziela, 5 lipca 2020

201. Czytanie, pisanie, gadanie, miodownik.

Po śniadaniu wideokonferencja z rodzinką, babcia też pozdrawia i całuje telefon. Wiadomości różne, o zwierzakach takie, że Gosia po śmierci Wali nadal wyje, a Rózi zrobiła się przetoka na pyszczku, zęby trzeba rwać, ale do tego potrzebna narkoza. Kota ma z tym problem, więc najpierw ją czeka wizyta u kardiologa. Pogoda nierówna, rano przejaśnia się, w ciągu dnia kiszka z deszczem walącym o szyby, teraz znowu jasno, przynajmniej od strony morza. Cały dzień przez okno w sypialni słyszę wietrzne dzwonki u sąsiadów. Ponieważ w ciągu dnia zajmowała mnie lektura, okołoposiłkowe rozmowy naturalnie kręciły się wokół patologii domowych. Trzeba przyznać, że obaj panowie mieli urwane śmigła. Skończyłam czytać Beksińscy. Portret podwójny (Znak, 2014) ok. 20:40, z powodu psychopatologii książka sprawiła mi dużo frajdy, choć nie jestem szczególnym fanem żadnego z nich. Przy najbliższej okazji obejrzę film biograficzny, zerknę na dokumenty dostępne w sieci, jestem pewna, że temat jeszcze jakiś czas będzie mnie bawił. Tymczasem Fred, szanując moje intelektualne wyłączenie, zaczął przerabiać swój scenariusz na prozę. Tylko raz zajęcia przerwało nam życie na zewnątrz domu. Przed południem Fred wręczył Anne w prezencie litrowy słoik polskiego miodu (wczoraj, gdy wróciliśmy z zakupów, na drzwiach wisiała obróżka Ryśka, Anne znalazła ją w swoim ogrodzie, gdzie rudy pulpet podobno nie chadza, w każdym razie ukrywa to przed nami. Nie dlatego daliśmy jej miodku, po prostu chcieliśmy). Po południu dzwonek u drzwi — sąsiadka przyniosła nam jeszcze ciepły kanadyjski miodownik.

— Może tak następnym razem dać jej mąkę i upiecze nam chleb?

niedziela, 22 marca 2020

96. Introwertycznie.

Cała północna Europa drży z zimna. Przed południem zadzwoniliśmy każde do swoich rodziców, żeby się upewnić, że wszystko jest w porządku. Małżonek pochwalił się teściom, że robię prawko, więc nie ma żartów. W nowym tygodniu przerobię wszystkie pytania do testów :). Obejrzałam w całości film złożony przez Freda — na laptopie, bo komputer czasami źle znosi podłączanie do innego ekranu. Tylko dźwięk wymaga poprawek. Niesamowite, że przy chałupniczej robocie, można udźwignąć taki kawał materiału. Basia na końcu brzmi jak dziewczyna z Ameryki, no i teksty piosenek robią dużą robotę. Wieczorem obejrzeliśmy wspólnie Baby są jakieś inne (2011), scenariusz równie dobrze mógłby zabrzmieć w teatrze, na ekranie forma po godzinie trochę męczy. Niedziela obyła się bez naszego wychodzenia z domu, wczorajsze sensacje zdrowotne zniknęły bez śladu i wyspałam się jak mops — bardzo introwertyczny dzień.

poniedziałek, 16 marca 2020

89-90. Oddziaływania.

Niedziela.
Po południu, gdy Fred pojechał do pracy, posmarowałam bolący palec wskazujący Voltarolem i miałam taki atak paniki, że chyba więcej go nie użyję. Ostatnio zrobiłam się wrażliwa na takie dziwne historie, łeb mi wysiada, albo nabawiłam się uczulenia. No chyba, że to tak podziałała na mnie rozmowa z teściową przez telefon. Teściowie siedzą zamknięci w mieszkaniu i się boją. Tymczasem Fred wrócił z Północnej całkiem wcześnie, bo przed ósmą. Zgubił gdzieś swoją czapeczkę i punkowy szalik. Po pizzy zasiedliśmy do teatru tv na Ninatece, Komety (2015) w reżyserii Leszka Dawida z Kuleszą. Nie wiem o czym to było, ale dobrze zagrane.

Poniedziałek.





Przed południem poszliśmy na spacer, akurat morze zaczęło wracać. Chłodno, ale byliśmy właściwie odziani, marsz nas nie pokonał, tylko dodał wigoru. Już w domu Fred poprawia i renderuje, renderuje i poprawia, z pojedynczych scen zaczyna się układać coś dużego.

Jaki jest koronny argument mojego męża?
— Wcale że nie! 
___
edit 21:51 Skończyłam Księgę Komety — dość na temat, bo m.in. o epidemii dyzenterii we Lwowie 1759 roku. Wieczorem natomiast wyciągnęliśmy z domowej wideoteki Woody'ego Allena, tym razem Wszystko, co chcielibyście wiedzieć o seksie, ale baliście się o to zapytać (1972), Burt Reynolds, taki młody, chyba jeszcze bez tupecika.

wtorek, 10 marca 2020

84. Artystyczny dom.

Małżonek mój mątuje i mątuje, dostał prawdziwie artystycznego zapału. I tak zleciał nam dzień na intelektualnych przyjemnościach. Oddzwoniłam do taty, babcia chciała pogadać. Przy okazji sypnęło się Mani, że w domu są jacyś robotnicy i mamą przygotowuje im kanapki. Czyli matka coś knuje, nic mi nie mówi, żebym się zadziwiła, jak wpadnę do domu. Nie lubię tajemnic, mamą umie zrobić tajemnicę z wszystkiego — tym się różnimy. Ale cicho szaaaaa ;). Przez kilka dni podczytywałam Księgi Jakubowe, wczoraj i dziś intensywniej, więc skończyłam Księgę Drogi, i najprawdopobniej dzisiaj jeszcze otworzę rozdział 19.

Od kilku dni czuję stawy w palcach jakby bardziej, tak na granicy bólu, choć Boginii widzi, że nic takiego nie robię, a nawet dość się pilnuję, aby robić nic.

poniedziałek, 9 marca 2020

83. Rocznica oświadczyn.

Deszcz, a gdy pada dzieci się nudzą. Lenimy się więc strasznie, piszemy, kaszlemy, Fred internetowo kupuje bilety do teatru na sobotę i od razu umawiamy się na spotkanie przed sztuką w trzy pary we włoskiej restauracji w Drołdzie. Wysyłam parę cv, zjadam mnóstwo ciasteczek, przez otwór w drzwiach wpada do nas Fredowa karta gp. Wieczór. Oboje siedzimy z poważnymi minami i słuchawkami na uszach, mąż nakłada filtry w swoim filmie, ja oglądam archiwalne The View, choćby dlatego, że lubię Whoopi Goldberg.