Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kino. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 stycznia 2026

2236. Randka, kino, strata, szczęście.

Aaaa, poezja piątkowego poranka, wstaję wiedząc, że jutro wstawać nie muszę. Śniło mi się, że byłam na podwórku u rodziców; tuż przede mną wylądował wielki kruk i zaczął karmić czymś kruczątko. Czuła ta chwilą prysnęła jak bańka mydlana, gdy uświadomiłam sobie, że tym czymś jest niedźwiadek. Oczywiście interweniowałam. I tak oto, mamy niedźwiadka ;)

Popołudnie było niezwykle miłe. Nareszcie wydobyłam się z Jamy, pojechaliśmy z Kochanym na Północ, najpierw na obiad do Atami, potem na kawę, następnie do kina na Hamneta (2025). Ach!



W czasie obiadu w suszarni skontaktowałam się z rodzicami. Niestety, Bronisiowe wyniki nadal spadają, może nie zdumiewająco gwałtownie, ale ma to miejsce, takie są fakty. Z Franią za to nie jest najgorzej, dostała syropek na wzmocnienie odporności. Rodzice oczywiście z jednej strony przybici, z drugiej gotują się do wzięcia rzeczywistości na klatę, z trzeciej w międzyczasie rozprawiali się ze sznyclami z wczorajszego kupnego obiadu (sznycle dla olbrzymów, niezjadalne za jednym zamachem).

Nieprzyjemne wydarzenie z którym jeszcze słabo się pogodziłam: zgubiłam jedną mitenkę. Tak byłam dzisiaj podekscytowana i zakutana w różne rzeczy, że prawdopodobnie odłożyłam mitenki na bok w czasie jazdy Babcią i zapomniałam o tym wychodząc z samochodu. Jedną znalazłam po seansie, między fotelem pasażera i drzwiami, więc domyślam się, że druga została gdzieś hen. Może jeszcze ... może jeszcze. Mam męża najlepszego z mężów: objechał ze mną miejsca podejrzane o zagarnięcie mojej mitenki, chodził z latarką i zaglądał pod cudze samochody, wszystko to w oparach po świetnym kinie, które, co tu dużo mówić, wycisnęło mi łzę.

sobota, 8 listopada 2025

2153. Sobota spacerowo-kinowa.

O poranku mieliśmy we wsi morską mgłę, która powoli przeniosła się na północ. Zachciało mi się gdzieś jechać; po rozważeniu jak dawno nie było nas w Laytown udaliśmy się właśnie w tym kierunku. Woda wysoko, załapaliśmy się na szczyt przypływu, na horyzoncie naliczyłam szesnaście kutrów, plaży nie za wiele, ale zawsze to miło.

Po spacerze poszukałam w Internecie możliwie blisko położonej kawiarni; tak trafiliśmy na nietuzinkową Sonairte Café, z wegefoodownią, niekoniecznie fast, założoną na XVII-wiecznej farmie. Kawa, wedgesy, dodatkowo w zakątku z używanymi książkami znaleźliśmy coś po polsku:



Do Applebaum dobrałam jeszcze Paxa Sary Pennypacker, razem kosztowało nas to €2.

O trzeciej byliśmy w domu i mogliśmy na chwilę przy tej dobrej, jesiennej pogodzie wyjść z kocóreczkami na krótką przygodę ogródkową. 

Umknęła nam okazja wyjazdu na Madame Butterfly, głównie przez moje gapiostwo, bo miałam ochotę na tę operę od późnego lata, potem o niej zapomniałam, a gdy sobie przypomniałam, było już po ptokach. Wprawdzie Anne wciągnęła nas na listę osób oczekujących na ewentualne zwroty biletów, ale po południu doszłam do wniosku, że nie ma co sobie nerwów szarpać przy wolnej sobocie i zarezerwowałam dla nas bilety w IMC na Dom dobry Smarzola (tutaj też odrobinę nerwów szarpanie, bo przecież Smarzowski miły nie będzie).

W międzyczasie Kochany długo rozmawiał z Perlistym, poza tym zdążyliśmy zjeść obiad. W końcu trzeba było ruszyć do miasta i zrobiliśmy to z takim ociąganiem, że prawie spóźniliśmy się na początek, na szczęście puszczono kilka reklam listopadowych sajfajów bum bum. Bardzo dziwna sytuacja: nikt nam nie sprawdził biletów, w ogóle ten budynek oraz okolica to jak widmo miasta z wczesnych filmów Jarmuscha — człowiek zostawia samochód nieopodal na parkingu i idąc pustą ulicą przy której podobno ma być kino, zastanawia się dokąd zmierza i czy świat nadal istnieje. Tutaj po seansie:

No nie było takie drastyczne, powiedział pan wychodzący.
Weź, przestań, odpowiedziała mu pani.

sobota, 7 grudnia 2024

1817. Z filmowego rozrzewnienia ...

... poszliśmy spać dopiero dzisiaj, po pierwszej w nocy. W zasadzie leżałam już w łóżku jakiś czas i nasłuchiwałam spokojnie plumkającego deszczu zastanawiając się, kiedy przyjdzie Darragh. Czwarty sztorm sezonu zjawił się około 1:20. W ciągu minuty za oknem zerwał się okrutny wiatr, spojrzałam na zegarek, Fred wyszedł spod kołdry i zamknął okna. Rano strat niewiele, powywracane śmietniki (wiatr od północnego-zachodu), ale pomysł Ka na sobotni spacer wybrzeżem nie nadawał się do użytku (w południe wiatr przetaczał się tam nadal z prędkością ponad 55 km/h).

Gdzieś w trakcie dnia rozmawialiśmy chwilę z Ka podrzucając mu informację, że idziemy w El Paso do kina (przez internet kupiłam dwa bilety na Small Things Like These w Omniplexie). Małżonek wyszorował do czysta łazienkę. W porze obiadowej na stół wjechały pieczone bakłażany. Przed wieczornym seansem kinowym zajrzeliśmy jeszcze na chwilę do przyjaciół, na herbatę i skubanie cheddara. 

Film mnie zaskoczył, po obejrzeniu zwiastuna spodziewałam się czegoś z natury bardziej amerykańskiego, byliśmy tymczasem na kinie europejskim. 

niedziela, 12 listopada 2023

1426-1427. Odmiana.

Sobota
Zaraz po przebudzeniu zadzwoniłam do mamy powiedzieć jej, że w grudniu przylatujemy razem z Kochanym (żeby też mogła się cieszyć i już układać sobie w głowie detale). Na śniadanie Fredowa sałatka grecka, smażony ser halloumi, reaktywowane resztki obiadowe (do ryżu z pieczarkami i cukinią wbite dwa jajka). Pokroiłam jeszcze brie i kiełbasę, ale wszystkiego było dla nas za dużo. Po sytym posiłku wytoczyliśmy się z domu w kierunku północnym. 

Okazuje się, że kilka dni temu Carlingford zalane zostało wodą spływającą ze Slieve Foy, w miasteczku były jeszcze ślady po tym wydarzeniu. Zanim dołączyła do nas Aś chwilę oglądaliśmy biżuterię u Gareta, potem poszliśmy we trójkę do graciarni Williego, gdzie obok piętrzących się talerzy i zarosłych brudem filiżanek stały tanie jak barszcz toaletki i używane kije golfowe. Albo Williego nie zalało, albo nie wpłynęło to zauważalnie na wystrój:

Chłodno i jasno; spacer przez ruiny opactwa i fotografowanie naszych super butów maszerujących po cmentarnej trawie:


Obiad zjedliśmy u Ruby Ellen's, tradycyjnie po pieczonym ziemniaku dla każdego. Dobre były przy tym rozmowy: o traumach, śmierci, miłości, nałogach. Przed czwartą Aś chciała ruszać dalej, my byliśmy umówieni na wieczór filmowy, a że było jeszcze trochę czasu, zjechaliśmy do Costy pod Omniplexem:

Myjnia, gapienie się jak szczota szoruje po autku. Szwendanie się po Tesco. W końcu wizyta u Ka&Jot, gadulstwo przy herbacie, a na deser seans na Netflixie: nowy Znachor Gazdy, nawet znośny, inny niż się spodziewałam. Pieseł-terapeuta towarzyszył nam nieomal cały czas, przyklejając się to do Kochanego, to do mnie:

Nie było nas w domu z 12 godzin, po powrocie żadnych kocich wyrzutów.

Niedziela
Pogoda odmieniona, cieplej, ale ponuro, w Kuchniosalonie półmrok. Na śniadanie do wczorajszych zmiotek (kiełbasa, brie, plastry wołowiny, sałatka grecka) zrobiłam guacamole (niestety bez kolendry, za to z potężną dawką czosnku), ugotowałam jaje na twardo oraz dorzuciłam polskiej sałatki jarzynowej ze sklepu. Na spadek energii zrobiłam sobie kawę i zajęłam się ożywieniem słuchawek bezprzewodowych Bang & Olufsen, których techniczne rozgryzanie tak Freda zniechęciło, że sprzęt od miesięcy (jeśli nie lat) zalegał nieużywany. Fajny gadżet, i działa.

Zauważyłam na dworze kulejącą Amber. Żal mi się jej zrobiło, koteczka dostała wołowinę ze śniadania (nie pojmuję, jak rodzina może się nie interesować kotem z widoczną kontuzją). 

Kiepsko u mnie z decyzyjnością, więc zostawiłam Fredowi rozstrzygnięcie, czy jedziemy do Omniplexa na film, który wczoraj wypatrzyliśmy. Pojechaliśmy, zdążyliśmy nawet zajść do Costy na mince pie. Seans Killers of the Flower Moon (2023) poraża długością, ale z drugiej strony podoba się mi takie niespieszne kino. Wróciliśmy do domu przed siódmą (nad nami rozgwieżdżone niebo i Wielki Wóz). Do tego stopnia nie chciało się nam robić obiadu, że Kochany przyniósł ze skryty ogrodowej słoiki-gotowce; padło na bigos, który okazał się jadalny. 

W ten sposób przebimbaliśmy weekend. Towarzyszyło mi poczucie bezsiły i zniechęcenia, jakbym gdzieś coś miała zrobić, ale zapomniałam co i teraz już po ptokach. Przede mną pięć kolejnych dni w pracy aż do naszego wylotu do Polski. Jak sobie o tym pomyślę, od razu nic mi się nie chce. Ale będzie dobrze, krok za krokiem, musi być.

środa, 25 stycznia 2023

1136. Hello, lovebirds!

Aś zlekceważyła wszystkie porady Freda i znalazła sobie samochód taki, żeby było jej trudno. No trudno, że trudno (Kochany pomoże jej z oglądaniem samochodu dopiero w nowym tygodniu i wtedy nie będzie to mój problem). Po zjedzeniu śniadania postanowiliśmy się zrelaksować dalekim spacerem, a jako wieczorną atrakcję Fred zaproponował wizytę w kinie. Zerkając w archiwum zauważyłam, że ostatni raz byliśmy w kinie w 2021 roku. Ależ ten czas leci! Tymczasem spacer:





Po drodze mieliśmy zmienną pogodę, bo przy wyjściu było słoneczko, ale potem przyplątało się kilka chmur, na szczęście nic nam się na głowie nie skropliło (chociaż byliśmy na to przygotowani). Zrobiłam trochę zdjęć, Kochany jednosobowo rozkręcał pogo, kormorany i inne ptaki z sąsiedztwa robiły to, co zwykle, łąki pachniały krowim nawozem. Wracając z portu poczuliśmy przy jednym z podwórek coś innego: zapach marihuany. Nikt przed nami nie przechodził, okna mijanego domu też nie były otwarte, wiatr zawiewał zapach z łąk ... ciekawe, czy przypadkiem ktoś nie rozwija małej plantacji w tym dość odludnym miejscu. Zgodnie z wcześniejszym planem, we wsi Kochany zaszedł do rzeźnika rodzinnego po steki na obiad. Przy okazji pomachały nam Katlin z Ethanem i Anna jadące w różnych kierunkach za swoimi sprawami (Anna specjalnie zwolniła, otworzyła okno i zakrzyknęła Hello, lovebirds! — uważam, że to bardzo miłe, szczególnie, że jechała pod górkę). Po bardzo dobrym obiedzie, wskoczyliśmy do łóżka (Ryszard trochę się na nas za to obraził). 

Pod wieczór kupiłam bilety online i wyruszyliśmy do miasta. Autko zostało zaparkowane pod zamkniętym kościołem dominikanów, więc mogłam zrobić tę fotkę miasta z wyremontowanego mostu dla pieszych:


Duchy Inisherin to świetny film. Jeszcze go przetrawiamy i analizujemy. Farrell zasługuje na Oscara. Fred pichci wątróbkę na okołopółnocną kolację. 

poniedziałek, 15 listopada 2021

698. Weselmy się.

Nawet ciepło. Deszcz złapał mnie i Freda, gdy dochodziliśmy do morza. Czyli dobrze nam radził Ryszard, który po dokonaniu próby kociego wysiadywania w ogródku, wrócił zdegustowany lecącym w dół barometrem.

Namęczyłam się przy abstrakcie badania jak nieszczęście, Kochany zrobił w tym czasie obiad i bazę do sałatki greckiej (bazę, bo we wsi zabrakło oliwek i musieliśmy je przywieźć z Dundalk).

Fred kontaktował się po południu z różnymi osobami, rozmawialiśmy więc z Justą, która grała w filmie, a teraz kaszle, i z Usz, której teść (oczywiście niezaszczepiony, a jakże) z covidem wylądował w szpitalu. Ja z kolei zadzwoniłam do rodziców, żeby się dopytać o chorujące psy — Dziewczynki się trzymają.

Po szóstej zawinęliśmy się w wyjściowe gajerki i powoli zmierzać poczęliśmy w kierunku kina (jeszcze tylko zakup wspomnianych oliwek). Kino-widmo (ICM), bilety po juro 10.60, oprócz nas trzy osoby, jedna pani siedziała przed nami, dwie inne szczebiotki zasiadły z tyłu. Znamy się ze Smarzowskim, więc trudno mnie zaszokować. Wesele (2021) ma dobre momenty i parę słabych. Wróciliśmy z Fredem do wsi po jedenastej i nadal rozmawiamy o fabule, czyli nie jest źle. W tym czasie mąż postawił mi przed nosem sałatkę grecką. Przez to gadanie i wymiatanie oliwek z talerza przegapiłam północ 

czwartek, 6 lutego 2020

Postscriptum #51.

Spacer.
-2°C.






Wracamy po drugiej, akurat na dwudaniowy obiad. W plecaku oprócz Biblii mam ukrytych kilka płyt (Nowa extradycja Żywiołaka, Święto słońca Kapeli Ze Wsi Warszawa, Młodość Ralpha Kamińskiego) do których Fred dorzucił w ostatniej chwili Komedy Muzykę Filmową. Temat najnowszych wieści i dalszych losów Wu powraca przy stole wielokrotnie.


W drodze powrotnej zahaczyliśmy też o NoveKino na Partyzantów 6, akurat tyle, żeby się przekonać, że na Wieczorze Kinomaniaka po dwudziestej grają Judy (2019) z Zellweger. To nam robi plan na później. Możliwe, że nie każdy widz zorientuje się, że to biografia pikującej lekomanki, poza tym tandetne chwyty muszą zaistnieć, jak to w holiłódzie, ale Renée jest genialna. Kiedy wychodzimy deszczyk mży nam na głowy, wracamy wolno, rozmawiając o tym, co obejrzeliśmy.